środa, kwietnia 01, 2015

XXI – rozdział ostatni

Fell your worries disappear.

„Na samym początku chciałabym przeprosić Cię za to, że w ogóle pojawiłam się w Twoim życiu. I za to, że w ogóle musiałaś mnie poznać. Gdybym powiedziała Ci, że to wszystko było zaplanowane, włącznie z naszym spotkaniem – nie uwierzyłabyś mi, prawda? Więc nie powiem. Nie będę się cofać do początku, ani w ogóle do przeszłości, bo jest już za nami i nie wróci. Właściwie chciałam tylko powiedzieć kilka rzeczy, których nie byłabym w stanie powiedzieć Ci w twarz i nawet nie będę mieć możliwości. Wyjeżdżam. Nie musisz się obawiać, najprawdopodobniej już nigdy się nie spotkamy. Zniknę z Twojego życia na dobre i mam nadzieję, że kiedyś wspomnienia związane ze mną zatrą się w Twojej głowie i nie będziesz o tym więcej myślała. Byłaś ważna. To powinnaś wiedzieć. Ale nie mogę zostać i powinnaś to zaakceptować, a później pogodzić się z tym – im szybciej, tym lepiej. Życzę Ci wszystkiego dobrego. Przeproś ode mnie Franka, Gerarda i każdego, kogo kiedykolwiek skrzywdziłam swoim zachowaniem, proszę. I wybacz mi to wszystko.
 Raina”

Ściskała w ręce kartkę, niezgrabnie zapisaną, z której dopiero co skończyła czytać. Nie widziała nic, kontury mebli zlewały się, zamazane łzami, które ciekły jej z oczu. Wypuszczając ją z domu w sylwestrowy wieczór nie miała pojęcia, że widzi ją po raz ostatni. Że nie spotka jej nigdy więcej. Że zostanie opuszczona. Myślała, że coś dla niej znaczy.
„Byłaś ważna.” Co to w ogóle było? Kipiała ze złości, mimo wszechobecnego smutku. Ważna? Ważna może być godzina spotkania, ważny może być produkt w lodówce. Do niedawna jeszcze czuła się kochana, ale chyba posunęła się za daleko w swoich wyobrażeniach. Bolało ją to, że właściwie nie były to tylko wytwory jej wyobraźni, a przynajmniej nie bezpodstawne; zwykła słyszeć dowody tej miłości na co dzień, ale teraz okazywało się, że były jedynie wierutnymi kłamstwami.
Rzuciła list między książki i otworzyła drzwi na balkon. Oparła się dłońmi o oblodzoną barierkę, spuszczając głowę. Nie hamowała łez i szlochów.
„Nie musisz się obawiać, najprawdopodobniej już nigdy się nie spotkamy.”

~

Gdy Gerard obudził się rano, nikogo poza nim nie było w pokoju. Przez pierwsze sekundy nie zauważył zmiany, jednak po chwili przypomniał sobie, że nie zasypiał sam, a wtulony we Franka. Był zbyt zaspany, by to przeanalizować, jednak jego uwadze nie uszedł jeden fakt – nie słyszał, by chłopak wychodził. Westchnął cicho, wtulając się w zimną poduszkę leżącą na pustym miejscu i uśmiechając się delikatnie. Przez ostatnie dni nie mógł przestać tego robić. Przysnął jeszcze na moment.
Gdy ponownie otworzył oczy w pokoju było znacznie jaśniej, a wewnątrz domu słychać było obecność pozostałych mieszkańców. Wyciągnął telefon spod poduszki. Ku jego zdziwieniu okazało się, że miał trzy nieprzeczytane wiadomości. Odblokował ekran.
„Musiałem wyjść wcześniej.”
„Przepraszam.”
„Widzimy się później?”
Na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech. Cały Franek. Niespodziewana dawka radości uderzyła w niego ze zdwojoną siłą, więc leżał na brzuchu i szczerzył się do ekranu komórki. Nie wiedział, ile to już dni minęło, ale chyba wciąż zbyt mało, by to pojął. Kliknął na pole tekstowe.
„Nic się nie stało. Może wyjdziemy gdzieś po południu?”
Gdy tylko wiadomość została wysłana, odłożył komórkę na biurko i podniósł się z łóżka. Poprawił pościel, pozbierał porozrzucane ubranie i otworzył okno, po chwili wychodząc z pokoju.
- Cześć, Gerdu. – Gdy przeszedł obok pokoju brata, siedzący na swoim łóżku Michał pomachał mu nieśmiało, zaraz wracając do lektury jakiejś książki.
- Cześć – odpowiedział wesoło i zniknął za drzwiami łazienki.
Kilkanaście minut zajęło mu doprowadzenie się do porządku i ubranie. Przed ponownym wyjściem z sypialni sprawdził jeszcze telefon, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi, ani innej wiadomości. Zszedł do kuchni.
Robił śniadanie, rozmyślając o wczorajszym wieczorze. Przywołał w pamięci spacer, uściski, drobne pocałunki i wspólne zasypianie. Cholera, nie umiał myśleć o niczym innym, niewysoki szatyn i jego piękne oczy, wesoły uśmiech i wszystko, co z nim związane zaślepiały mu rzeczywistość i choćby chciał, nie widział w tym nic złego. I wiedział, że nie ma w tym nic złego. Wreszcie, po wielu nieprzyjemnych dniach i tygodniach, był szczęśliwy i nie miał zamiaru tego skrywać. Prawdopodobnie nawet nie umiał schować w sobie tego szczęścia.
Gdy tylko wrócił do siebie po śniadaniu, automatycznie zaczął od sprawdzenia komórki. Ekran blokady był pusty, nic do niego nie przyszło. Już miał wyjąć szkicownik i pozwolić sobie odpłynąć nad szkicem na kilka godzin, gdy telefon zawibrował dwukrotnie, krótko. Wziął go do ręki.
„O 17 w Loli?*”
Wiadomość pochodziła od nieznanego numeru, jednak przeanalizował pierwsze cyfry i stwierdził, że musi być wysłana z telefonu pani Justyny. Pewnie Franek nie miał już nic na koncie. Uśmiechnął się delikatnie i odpisał, potwierdzając.

~

         Na miejscu pojawił się dwadzieścia minut przed czasem. Nie było zbyt wiele klientów. Zajął najbardziej oddalone i schowane miejsce, jakie było wolne w lokalu, po czym zdjął płaszcz i powiesił go na swoim krześle, zapominając o wieszaku obok. Jego dłonie drżały i wydawało mu się, że coś jest nie w porządku. Starał się stłumić w sobie obawy tak długo, aż nie został po nich najmniejszy ślad. Przecież nie miał do nich powodu.
Minęło kilkanaście minut, a wciąż był sam. A co, jeśli jego obawy były słuszne? W końcu mieszkali z Frankiem kilka domów od siebie, równie dobrze mogli przyjechać tu razem. Uczucie niepokoju zaczęło w nim rosnąć, mimo, że nadal próbował się go pozbyć. Gdy drzwi otworzyły się i czarnowłosa weszła do środka, wiedział, że jego obawy były uzasadnione.
Wnętrze nie było zbyt przestronne, jednak w chwili, gdy ich oczy się spotkały, jakby zaczęło się kurczyć jeszcze bardziej. Czuł jak w jednym momencie wszystkie jego mięśnie spięły się, a na dłonie zaczęły się pocić. Patrzyli na siebie zaledwie kilka sekund, ale to wystarczyło. Nie spodziewał się tutaj czarnowłosej postaci, która wywoływała w nim strach za każdym razem, gdy pojawiała się w jego snach bądź na jawie. Ona i jej wibrujące kontury powinny być daleko od niego. Budziła w nim niekontrolowany niepokój, na tyle silny, by nie mógł go opanować. Zacisnął palce na udach.
Kontakt wzrokowy trwał zaledwie chwilę, jednak on czuł, jakby minęła cała wieczność. Dziewczyna zamknęła za sobą drzwi i powoli, z gracją weszła dalej. Gerard rozglądnął się nerwowo. Lokal był pusty; tylko on i ona, oddaleni od siebie o kilka metrów. Odwiesiła płaszcz, przygładziła czarną, krótką sukienkę i ruszyła w jego stronę zupełnie naturalnie. To, co wydarzyło się dalej, kompletnie zbiło go z pantałyku i zaniepokoiło jeszcze bardziej. Dziewczyna z drgającymi konturami odsunęła krzesło przed nim i usiadła, patrząc na niego spokojnie. On również patrzył.
Był w szoku. Postać, która odwiedzała jego sny od dłuższego czasu i pojawiająca się niespodziewanie w zupełnie przypadkowych momentach jego życia właśnie siedziała przed nim. Gdyby nie ta konfrontacja, która jednocześnie była ostatnim, czego mógłby się spodziewać, nie miałby nawet pewności, że jej istnienie jest potwierdzone. Czasem granice tego, co było prawdą, a co wytworem wyobraźni zacierały mu się. Sprawa drżącej, ubranej na czarno dziewczyny była jednym z przykładów takich sytuacji.
- Wiem, że się tego nie spodziewałeś. – jej głos był cichy i spokojny, rozniósł się delikatnie po pomieszczeniu. Nie spodziewał się, że zabrzmi w ten sposób. Uniosła ramiona i oplotła je rękami. Nie wyglądała jak postać, której zwykł się bać, ale wiedział, że to może ulec zmianie w każdej chwili. Nie zawsze mógł wierzyć temu, co widział, lub temu co myślał, że widzi. Tym razem również nie miał zamiaru porzucić czujności. Jej kąciki drgnęły. – Uspokój się, nie zrobię Ci krzywdy.
         Zmarszczył brwi, nieświadomie rozluźniając uścisk zupełnie i zaplatając dłonie. Jej wypowiedź brzmiała jak, jakby odpowiadała na jego myśl.
         - Tak, słyszę je wszystkie, Gerard. – drgnął nieznacznie, choć chyba już nic nie mogło zaskoczyć go bardziej. – Od zawsze. To dla mnie nic dziwnego.
         - Kim ty jesteś? – zapytał słabym głosem. Powoli się rozluźniał, ponieważ nie wyczuwał zagrożenia. Tracił czujność.
         - Przyznam, że odpowiedzenie na twoje pytanie będzie dość skomplikowane. Ale miałeś rację. Nie spodziewam się, że cię zaskoczę. – zaczęła, prostując się i kontynuowała cicho. – Jako dziecko straciłeś wzrok. Tak miało być, prawda? Owszem, twój los był gdzieś zapisany i ustalony z góry. Ale coś poszło nie tak i wszystko wywróciło się do góry nogami. Nie wiem, z jakiego powodu, ale w twoim życiu jakiś czas temu pojawiło się coś, co znasz jako Nadzieję i mimo, że o tym nie wiedziałeś, była z tobą długo przed operacją. Nie myśl, że jestem arogancka, nie znam takich zachowań. Mówię ci tylko, jak to wyglądało. Wiem, że masz mnie za coś złego. Nie jestem niczym złym. Jestem twoim losem i egzekwuję swojego wypełnienia, Gerard. – Z każdym słowem układał sobie wszystko w głowie dokładniej i lepiej. Powoli zaczynał rozumieć całą obecność istot, których nigdy nie powinien dostrzec i które nigdy nie powinny się przed nim ujawnić. Siedział aktualnie przed własnym, spersonifikowanym przeznaczeniem, z sercem w gardle, ale jednocześnie z nietypowym spokojem. Paradoksalnie czuł normalność, której ustępowały wszystkie myśli, że coś jest z nim nie tak. – Nie wiem, co się wydarzyło, że wszystko potoczyło się inaczej, ale to właśnie jest powodem mojej bezpośredniej obecności. Coś poszło nie tak, może sama popełniłam gdzieś błąd, a może ktoś bardzo szukał nadziei da ciebie. Częściowo możesz winić mnie za straty, które od tamtej pory poniosłeś i odczułeś, bardziej lub mniej. Te trzy istnienia miały przywrócić równowagę zachwianemu przeznaczeniu, dobro, które by ich spotkało… No cóż, przypadło w całości tobie.
         - Trzy? Aż trzy?
         - Trzy. Twoja mama – zatrzymała się na moment, ale zaraz kontynuowała. – Twoja koleżanka. I Raina.
         - Nie wiedziałem, że coś jej się stało.
         - Jej unicestwienie przywróciło równowagę, bo przekroczyła granice. Choć ktoś inny miał oddać Ci swoją przyszłość. Sądzę, że wszystkim wyszło to na lepsze, nie była zdolna wypełniać swoich zadań dłużej.
         - Ona też nie była człowiekiem, prawda? – Gerard mówił bardzo cicho, a jego głos drżał. Rozumiał wszystko. Ale żałował, że rozumiał to tak dobrze i że docierało to do niego tak wyraźnie. Jakim prawem zakłócił równowagę do tego stopnia, by inne życia musiały się zakończyć?
         - Nie, nie była. – pokręciła głową, a jej krawędzie zaczęły lekko drgać. Gerard zauważył to od razu. – Nie zwracaj na to uwagi. Raina… Była czymś na wzór waszych zmyślonych demonów i złych duchów, choć jej funkcja była mi pomocna. Kiedyś pracowała poza granicami twojej obecnej świadomości, ale z nieznanych mi powodów trafiła tu, na ziemię. Chyba była zbyt zniszczona, by poradzić sobie dalej, więc odeszła, ale nie ingeruję w to, co dzieje się z istotami jak wy czy ona po śmierci. – zatrzymała się na moment, przyglądając Gerardowi uważnie. Nie wiedziała, co może dodać. -  Nie dręcz się tym, że naruszyłeś równowagę, bo to nie była twoja wina. Nie jesteś też winien następstw tego.
         Analizował wszystko pomału, a z każdą chwilą przytłaczało go to bardziej. W jego krótkim życiu spotkało go więcej, niż powinno i zobaczył zdecydowanie więcej, niż kiedykolwiek mógłby się spodziewać. Więcej, niż każdy człowiek mógłby. Przeżył więcej. Dostał więcej. Nie wiedział, czy na to zasłużył, choć nie czuł, by tak było. Ale prócz doświadczeń, przede wszystkim doznał o wiele więcej szczęścia, niż prawdopodobnie powinien. Przeżył więcej szczęśliwych chwil, spotkał więcej dobrych osób. Czuł się jakby wygrał to wszystko na loterii i choć gryzło go poczucie winy i wrażenie, że kto inny powinien otrzymać takie szczęście, nie umiał żałować niczego, bo były to najlepsze chwile w jego życiu, choć czasem przeplecione dużymi bądź małymi, ludzkimi dramatami. Dręczyło go to najbardziej, to, że nie chciał żałować swoich chwil szczęścia, a jednocześnie żałował ich w podświadomości, bo w pewnym stopniu należały do kogoś innego. Wiedział, że nie może ich oddać. Ale nie chciał korzystać z cudzego dobra dłużej.
         - Chyba nie potrafię. Nie zasłużyłem na coś takiego.
         - Przypadki losowe nie podlegają dyskusji. Dostałeś coś jak druga szansa, choć przyznam, że nie było mi to na rękę. Narobiłeś mi trochę bałaganu. – Jej kąciki uniosły się lekko. – Teraz wszystko jest już w porządku. Jesteśmy zupełnie kwita, Gerardzie.
         Wstała spokojnie, a jej kontury drżały teraz bardziej. Wiedziała, że Gerard miał jeszcze wiele pytań, ale odpowiedziała tylko na to jedno.
         - Wiem, że jesteś ciekawy. Im dłużej mnie widzisz, tym bardziej drgają.
         Odeszła od stolika i sięgnęła po płaszcz. Lokal wciąż był pusty, jakby zatrzymał się tu czas i Gerard nie mógł tego wykluczyć. Wiedział, że to było coś jak pożegnanie i miała zniknąć z jego życia na zawsze. Nie czuł nic specjalnego, prócz niesprawiedliwości. Nie chciał korzystać z życia, trzymając w garści czyjś bilet na dobrą zabawę.
         Poderwał się z miejsca w momencie, gdy otworzyła drzwi i chłód wpadł do rozgrzanego, pachnącego słodko pomieszczenia.
         - A co, gdybym poprosił cię, by to ułożyć?
         Odwróciła się.
         - Co chciałbyś ułożyć? Twoja przyszłość jest jasna. Franka również. Nie musisz się martwić, spędzicie ją razem. Ale jeśli masz na myśli cofnięcie tego…
         - Nie. Wiem, że tego nie da się cofnąć. Ale chciałbym… Chciałbym ci to oddać.
         Podeszła do niego i zatrzymała się, patrząc mu w oczy.
         - Co takiego?
         - Chciałbym oddać, to, co zostało po nich dla mnie. Wiem, mówiłaś, że jesteśmy kwita. Ale nie chcę korzystać z dobra, które nie jest moje. Nie dam rady.
         Pokiwała głową, wiedząc dokładnie co miał na myśli. Zdjęła rękawiczki, które przed chwilą założyła. Od jej ręki odpadały kryształki i rozmywały się w powietrzu, ale wyciągnęła ją do niego.

         Chwycił za chłodną dłoń i ścisnął ją lekko, po chwili odprowadzając wzrokiem swoje przeznaczenie. Znał je już teraz bardzo dobrze.

~
W niedługim czasie ukaże się epilog.