sobota, maja 12, 2012

1} ghost town

stranger in a strange land

Moja walizka uderzyła z łomotem o podłogę, wypadła mi z rąk, bo źle ja postawiłem. Źle wymierzyłem odległość między mną a ostatnim schodkiem, sprawiając, że mój bagaż stoczył się ze schodów i leżał na chodniku. Westchnąłem, odstawiłem kota i już miałem po nią zejść, ale Michał złapał mnie za ramię i spojrzał z uśmiechem, po czym ominął mnie zręcznie i sekundę później wracał już z czarną torbą, którą postawił w bezpiecznym miejscu. Odwzajemniłem uśmiech w kierunku brata i z powrotem wziąłem Rybkę ( tak, tak ma na imię mój cudny kot ) na ręce, po czym wszedłem do otwartego już domu. Rozejrzałem się, wykonując przy tym kilka obrotów wokół własnej osi, z szeroko otwartymi oczami. Obraz był jeszcze z deka zamazany, ale nie przeszkadzało mi to tak bardzo, jak bezpośrednio po zdjęciu opatrunków. 

- Ła! To jest cudne! – wykrzyknąłem, oglądając uważnie cały wszechstronny przedpokój. Odstawiłem Rybkę, która już po chwili dopadła kota mojego brata, nazwanego imieniem Eryk i ganiali się w najlepsze po domu. Dotknąłem ściany w przedpokoju i przejechałem po niej palcami. Była gładka i przyjemna w dotyku, mimo że zimna. Ale nie wiedziałem, jakiego jest koloru. – Michał?
- Ehem? – podszedł do mnie mój nieco wyższy brat i przyjrzał się uważnie najpierw mi, a później ścianie.
- Jaki to kolor? – zapytałem, zerkając to na chłopaka to na ślicznej barwy ścianę.
- Brzoskwinia. Odmiana pomarańczowego i owoc za razem. – odparł wesoło, mierzwiąc mi moje czarne kosmyki. 
- Ściana to owoc? – zdziwiło mnie to nie mało, więc spojrzałem na brata dziwnie a rodzice się zaśmiali.
- Brzoskwinia to i kolor i owoc. Tak jednocześnie. – wyjaśnił, po czym złapał Eryka i zaczął go głaskać.
- A, dzięki. – mruknąłem – Wiesz, do niedawna nie zwracałem uwagi na kolory to teraz nie wiem, pokraka ze mnie.
- A zawsze to mnie nazywałeś pokraką! – zawołał Michał z wyrzutem, patrząc na mnie.
- No to dalej będziesz pokraką, pajacu. – zaśmiałem się i rozejrzałem wokół siebie – Ej, powie mi ktoś którędy do mojego pokoju? 
- Michał, byłeś tu, więc zaprowadź brata, co? – powiedział mój ojciec, wysoki szatyn.
- Oj, Tomek, to już ty nie możesz? – zapytała moja mama zmęczonym głosem.
- Ale przecież ja go chętnie zaprowadzę, mamo. – mój brat porwał swojego czarnego kocura na ręce i popchnął mnie wzdłuż korytarza, zakręcając mnie na schody – Tylko się trzymaj poręczy, bo orła wytniesz. – mruknął i zachwiał się, wyprzedzony przez Rybkę i Samuela, tak nawiasem naszego trzeciego, zupełnie białego kocura, należącego do mojej mamy. Biedna, ruda Ryba, była sama kobietą wśród tego zwierzyńca!
            Michałek poprowadził mnie do pierwszego od schodów pokoju, będącego naprzeciw nich. Za nim były jeszcze dwa a za ścianą obok była prawdopodobnie łazienka, tyle słyszałem z opisów, więc tak mi się teraz zdawało. Weszliśmy do pomieszczenia, w którego kierunku szliśmy przed momentem, po czym tato postawił moją walizkę w wolnym miejscu pod ścianą. Michał za to zajął sobie miejsce na łóżku, głaszcząc swego nieszczęsnego kota.
- A to co za kolor? – zapytałem, oglądając tym razem moje ściany. Te były jeszcze ładniejsze, takie ciepłe i głębokie w kolorze. 
- Czerwony, mój drogi. A podłogę masz z ciemnego drewna jakiegoś, nie rozróżniam, wiem tyle, że jest czarna. I nie próbuj skakać z balkonu. – powiedział rozbawiony, wskazując machnięciem głowy na okno z balkonem, po czym wyszedł z mojego pokoju, zamykając w nim drzwi, chociaż zanim mu się to udało, moja kotka wpadła z impetem do sypialni i wryła mi się na zaścielone kołdrą o kolorze podłogi łóżko. Te koty są wszędzie. 
            Znów wykonałem kilka obrotów wokół własnej osi, przyglądając się mojemu nowemu lokum. Michał powiedział, że moje ściany są czerwone? No więc od dziś czerwony miał zostać moim ulubionym kolorem. Ale tylko ten z moich ścian. Żaden inny. Ten jest idealny, będę go czcił i postawię mu ołtarzyk. Serio, był tak cudowny, głęboki i ciepły. Cudny. Kocham czerwony, ludzie. 
            Moja fascynacja rosła z każdą kolejną zauważoną przeze mnie rzeczą, z każdym spostrzeżonym przedmiotem, na pozór bardzo codziennym, ale w rzeczywistości wyjątkowym na swój sposób. Wszystko chłonąłem z niepodobną do mnie ciekawością, wszystkiego byłem ciekaw, obserwowałem każdy skrawek mojej osobistej części naszego wspólnego domu. Podłoga faktycznie była czarna, bardzo czarna. Boże, bardzo czarna, coś mi się już miesza. No w każdym razie.. jak pościel. Też była czarna. I meble też. Nie, nie. Meble były ciemnobrązowe, takie ciemne. Były wyraźnie stare, a przynajmniej utrzymane w starym stylu, dokładnie polakierowane. Ogólnie rzecz biorąc mój pokój był dość wąski a podłużny. Na końcu węższej ściany było okno i drzwi balkonowe, a po bokach od tej ściany, na ścianach dłuższych kolejno biurko, łóżko i szafa a na drugiej, naprzeciwko wymienionych wcześniej przedmiotów, kanapa i szafka na książki. Ta ustawiona była tak, że siedząc przy biurku mogłem sięgnąć po rzeczy z półki, idealnie. Na czarnej kanapie była zaś cała sterta poduszek, czerwonych, białych, czarnych. Ładnie to wyglądało. Na samą myśl o kanapie wydawała mi się miękka. Tak, przyzwyczaiłem się opisywać wszystko tak, jak mogłem to wyczuć pod palcami, więc automatycznie kanapa z poduszkami skojarzyła mi się z miękkością. To chyba było trafne skojarzenie. Usiadłem na brzegu miękkiego na oko mebla, po czym dotknąłem opuszkami palców tworzywa, z którego był wykonany. Miękkie, tak jak myślałem. Nie jakieś puszyste czy bardzo gładkie, ale miękkie i przyjemne w dotyku. Przeniosłem rękę na poduszki, były jeszcze miększe, jakieś takie mniej pofalowane, puchate. Jeszcze fajniejsze. Zsunąłem z nóg trampki i położyłem się na kanapie, kuląc kończyny pod siebie i przykładając policzek do jednej z poduszek, mrużąc oczy. Miękko, no wiedziałem. I bardzo przyjemnie. I cicho, było bardzo cicho. Podobało mi się. 
            Miałem się rozpakowywać, ale wcale mi się do tego nie śpieszyło. Było przed południem, a z Anką mam spotkać się dopiero wieczorem. Mam mnóstwo czasu. Muszę pomyśleć. W końcu za cztery dni idę do nowej, nieznanej szkoły, z nowymi uczniami, których nie znam, z nowymi nauczycielami, z zupełnie innymi niż w starej szkole miejscami, ogólnie, idę do obcego miejsca. Nie czuję tego, nie widzi mi się to. Nie, nie żebym miał problemy z nauką.. Ja po prostu uważam, że jestem zbyt przyzwyczajony do samotności, że tak z dnia na dzień się tam nie odnajdę. Czuję, że zanim to nastąpi, minie dużo czasu, a ludzie zdążą się do mnie zrazić. Bo w sumie to od zawsze uważali mnie za dziwaka. I w sumie nigdy mi to nie przeszkadzało. A to źle, bardzo źle. Nie można nie przejmować się tym, co inni myślą. Przynajmniej ja tak uważam, chociaż sam się tym nie przejmuję.

W końcu podniosłem się raptownie i chwyciłem za swoją torbę. Była ciężka i duża, ale nie wydawała mi się mieścić w sobie zbyt wielu rzeczy należących do mnie. Nie żebym miał ich jakoś strasznie mało, ale na pewno nie jakoś specjalnie dużo, skoro to tylko jedna torba. Bałem się otworzyć i spojrzeć, nie wiedząc co tam może być. W sumie przyglądałem się mojemu bratu w dwa dni po zdjęciu opatrunków, ale nie wiem, czy ubierali mnie podobnie jak jego. On wyglądał bardzo ładnie, miał proste, trochę, ale tylko trochę zwężane spodnie, koszulki, swetry. Ciemne, przyjemne kolory dominowały w jego stroju za każdym razem, gdy go widziałem, a widziałem go zaledwie kilka razy. Ja dziś sam byłem ubrany do niego podobnie, ale nie wiem, czy zawartość mojej walizki nie miała mnie rozczarować. Odsunąłem ją pomału, wcześniej ciągnąc ją pod szafę, która była już otwarta i wszystkie wieszaki były z niej wyjęte. Usiadłem sobie przy torbie, walizce czy jak tam temu było, po czym otworzyłem to coś i spojrzałem po rzeczach tam umieszczonych. Same ubrania, no może nie całkiem. Książki do szkoły, zeszyty, czarny piórnik, zestawy kredek, ołówków i flamastrów i gruby blok z białymi kartkami, zapewne na sztukę. No więc było tego całkiem sporo, tylko walizka wydała się jakaś niepozorna. Szkolne rzeczy zaniosłem na półkę naprzeciw biurka. Miała trzy półki i trzy szuflady. Na jednej z półek stała cała masa książek, jak się okazało wszystkie te, które Michał ściągał mi do słuchania albo sam czytał. Takie strasznie fajne, niektóre horrory, inne już bardziej kryminały, ale same znajome nazwy. Wzruszyło mnie to trochę i chwilę stałem uśmiechnięty do regału. Mam naprawdę wspaniałego brata i dopiero teraz to do mnie dotarło. Przez całe dwanaście lat, nawet jako dziecko miałem w nim oparcie. Pomagał mi cały czas, jak tylko mógł. Piękne, serio. Wiedzieć, że było się nie do końca sprawnym przez trzy czwarte życia i że miało się przy sobie taką osobę.. 

            Dalej, na drugiej półce było nasze zdjęcie, zrobione niedługo po tym, jak zdjęli mi opatrunki. W sumie chyba dwa dni po tym. Musieli je szybko wywołać i mi tutaj postawić, bo było naprawdę nowe. I ładne. W szpitalnym ogródku, rodzice po lewej, potem ja i Michał, wszyscy przytuleni i zadowoleni. Podobało mi się i miało ładną, prostą, czarną ramkę. Obok niego stało puste, czarne pudełko, zapewne przeznaczone na moje domniemane skarby. Kolejna półka była zupełnie wolna, więc postanowiłem tam umieścić zeszyty i książki, za to wszystkie inne przybory zostały rozpakowane, poukładane i znalazły miejsce w pierwszej szufladzie. Jedynie te kilka ołówków, dwa czarne długopisy i zestaw kolorowych cienkopisów do podkreślania trafiło do naprawdę małych rozmiarów czarnego piórnika, który leżał z książkami i zeszytami. Wyszło na to, że miałem na stanie dwie wolne szuflady, bo biurko miało tylko otwieraną szafkę i szufladę na klawiaturę komputera. Jak na razie nie miałem pojęcia czym je zapełnię, więc pozostawiłem je puste i wróciłem do walizki.
            Siadłem na drewnianej podłodze i zacząłem uważnie przeglądać moje ubrania, czyli to, co było w torbie. Policzyłem wszystko i wyszło, że miałem dość dużo ubrań. Pięć czarnych koszulek z krótkim rękawem, dwie szare, dwie czerwone, oraz biała i granatowa. Tak, te kolory już dobrze pamiętałem. Dalej, czarno-szara bluza na zamek, szaro-czerwona wciągana przez głowę, trzy różnego kroju czarne swetry na guziki i dwa szare, podobnie zapinane. Na koniec, spodni miałem cztery pary i ani trochę więcej, dwie sztuki czarnych, jedne granatowe a ostatnie o bliżej niesklasyfikowanej barwie, takiej brudnej czerwieni. Szczerze? Byłem bardzo usatysfakcjonowany zawartością mojej szafy. Ciemne barwy, fajne fasony, no po prostu idealnie. Wszytko zostało zawieszone w szafie na wieszakach, włącznie ze spodniami a bielizna i skarpetki, które znalazły się w innej części walizki trafiły do szuflady na samym dole, w szafie. Potem znalazłem jeszcze jedną kieszeń tej dziwnej, wbrew wszystkiemu dużej torbie i wyjąłem z niej dwie pary trampek, czarne i szaro czarne, które też znalazły się w szafie.
            Przeszukałem walizkę ponownie, żeby nie okazało się, że coś w niej zostało i wyniosłem ją na korytarz na piętrze, po czym zadowolony, że mam ubrania jak brat, rzuciłem się na sofę. Kanapę, albo sofę, jak kto woli. Po prostu mega miękki mebel. Zamknąłem oczy, po chwili słysząc otwieranie drzwi. Uniosłem powieki i zobaczyłem w drzwiach mojego brata obładowanego jakimiś torbami i ubraniami.
- Gerd, chodź do mnie, pokażę ci coś. – odparł radośnie, czekając aż się podniosę. Wziąłem czerwone trampki, w których mnie tu przywieziono pod pachę i wyszedłem za bratem do jego pokoju, gdzie chłopak rzucił wszystko, czym był obładowany na łóżko i wyjął coś z szafy.
- Co to? – spytałem zaciekawiony, podbiegając do niego.
- Torba do szkoły, tylko mi powiedz, którą chcesz. – powiedział tamten i podał mi obie.
- Ależ one są identyczne, Misiek! – parsknąłem, głupio zdrabniając jego imię.
- Gerdziołku, nie są. Mają różne obszycia, otwórz. – odpowiedział, lekko złośliwym tonem, ale to u nas już typowe.
- Michasiu, faktycznie, masz rację. Ja chcę tą z czerwonym, ty masz tą z czarnym. – odparłem, oglądając uważnie torbę. Prosta, ładna, czysta. Ogólnie, tak jak ma być. Czarna, dobra wielkość, dwie kieszenie. Ładnie, bardzo ładnie. 
- No i dobrze, zadowolony jestem, Gerdziu. – zachichotał i zabrał swoją, a ja usiadłem sobie na łóżku cały czas się mu przyglądając. 
- Co tak patrzysz? – spytał nagle, obracając się po pokoju, w jedną i drugą stronę, sprzątając ciuchy i inne tym podobne.
- Chodź tu, siadaj. – odparłem cicho i poklepałem miejsce obok siebie.
Odłożył pudełko z jakimiś gratami i usiadł obok mnie, z lekkim uśmiechem.
- Co tam?
- Dziękuję. – powiedziałem, odkładając moją torbę i mocno się do niego przytuliłem.
Chyba go to zdziwiło, bo lekko się spiął, ale zaraz odwzajemnił uścisk i cicho się zaśmiał.
- O mamuś, za co?
- Zdałem sobie sprawę, jak wiele dla mnie zrobiłeś przez te wszystkie lata, wiesz? Serio. Jak mi pomagałeś, jak ściągałeś książki do czytania, jak siedziałeś ze mną i pokazywałeś mi zespoły.. Wiesz, nie.. chyba nie wiesz.. Ale to naprawdę dużo dla mnie znaczy. Wiedzieć, że ma się tak wspaniałego brata, to naprawdę przyjemne. – powiedziałem, czując jak ciepłe krople spływają mi po policzkach. Kochałem go na nad życie, nie mogłem trafić na wspanialszego brata, niż on. Tyle mi pomagał, tyle dla mnie robił..
- Wiesz.. ja to robiłem bezinteresownie, Gerry. – odparł cicho, mocno mnie tuląc – Nie spodziewałem się, że mi za to podziękujesz..
- Ale widzisz, dziękuję. Jesteś najlepszym bratem na świecie, wiesz? – i znów się popłakałem, teraz już tak naprawdę, porządnie. Zamoczyłem sobie bluzę i sweter brata zresztą też.
- Dzięki, Gerdziu. A teraz chodź. – pociągnął mnie nagle za rękę i po krótkiej chwili wpakował po pomieszczenia, które wcześniej wziąłem za łazienkę. Tak, była to łazienka. Bardzo ładna, biało kremowa łazienka. 
            Chłopak postawił mnie przed lustrem, po czym chwycił za coś, co przypominało grzebień i zaczął rozczesywać moje ciemnobrązowe włosy. Szczerze? Dziwnie się czułem, nie wiedząc, co mój braciszek zamierza, ale cóż, musiałem przeczekać i poddać się jego dziwnym zabiegom. 
- Michał, co ty robisz? – wypaliłem w końcu, nie wytrzymując. No bo już chyba piątą minutę starał się ułożyć z moich już znacznie za długich, bo niemal sięgających ramion włosów, jakąś fryzurę. A raczej jakąś grzywkę.
- Czeszę cię, bo nie wiem, czy wiesz, ale nie idziemy do Anki, tylko Anka z rodzicami przychodzi do nas. – wypalił w końcu, wyraźnie zadowolony z tego, co miałem teraz na głowie.
- Ale po co z rodzicami? – zdziwiony spojrzałem na brata, ale odwrócił moją głowę w stronę lustra.
- Bo nasi rodzice przyjaźnią się z jej rodzicami. – wyjaśnił, poprawiając jeszcze tył włosów.
- Aha. I.. kiedy będą u nas?
- Za pół godziny jakoś. – odparł niewzruszony, teraz łapiąc za jakieś nożyczki. Boże, co? Nożyczki?
- Co ty robisz stary? I jak za pół godziny? Nie dam rady! – pisnąłem spanikowany, aż rękami trzepiąc.
- Nie ruszaj się, matole. Zdążysz, spokojnie. Na razie muszę ci włosy skrócić. 
- Nie umiesz! 
- Umiem. Ja mamie ścinam zawsze, więc i tobie dam radę.
- Naprawdę?
- Tak, Gerd, naprawdę. Siadaj. – i posadził mnie trochę za mocno na jakimś krześle, jednak na tyle wysokim, że widziałem moje odbicie w lustrze.
            Uśmiechnął się triumfalnie i ściął pierwsze końcówki moich włosów, na co tylko zadrżałem. Jaja sobie ze mnie robi. Ogoli mnie na łyso i nie pokażę się przed gośćmi. Wrobił mnie, a mama chodzi do fryzjera. Okej, widząc efekty na mojej głowie, powoli zaczynałem mu wierzyć, ale to jeszcze nie oznacza, że się nie bałem. Za to znacznie się uspokoiłem i zacząłem się przyglądać swojemu odbiciu. Cholera, byłem naprawdę ładny. Nie przypuszczałem, że będę taki ładny. No, nie przesadzajmy, ale serio, sam się sobie podobałem, a to naprawdę rzadkość. Te blade tęczówki, które po operacji dopiero powoli zaczynały wchodzić w kolor, były lekko przerażające, ale mimo to mi one nie przeszkadzały. No i odcień włosów pozostawiał naprawdę wiele do życzenia, nie podobał mi się taki nijaki brąz. Z tym trzeba będzie coś zrobić. I zrobię, naprawdę zrobię. Kupię farbę i pofarbuję. Naprawdę, muszę. 
            Po kilkunastu minutach kłaki na mojej głowie były już przyzwoitej, średniej długości, a grzywka została ładnie skrócona i uczesana. Śmiało mogłem stwierdzić, że mój brat zna się na ścinaniu włosów, chociaż nadal wydawało mi się to mocno absurdalne i już tak chyba miało zostać. Nic, trudno, ważne że mam włosy na głowie i że niczego nie spaprał. Nie wybaczyłbym mu, mimo że nadal go kocham za to wszystko.
- No jazda mazda, masz piętnaście minut. Chodź, zrobię z ciebie modelkę, co ty na to? – zachichotał zadowolony i skierował się do mojego pokoju, więc znów posłusznie stąpałem za nim.
- Czy ja ci wyglądam na jakąś damulkę? Bo chyba nie. Więc przykro mi, ale nie zrobisz ze mnie żadnej modelki. – powiedziałem spokojnie, widząc jak przeczesuje moją szafę w poszukiwaniu ubrań.
- Nie no, gość co to przenośni nie zna. To taki zabieg artystyczny, braciszku, wiesz? A teraz ubiorę cię jak człowieka, bo doprawdy nie wiem, jak matka z ojcem mogli cię wypuścić ze szpitala w.. tym czymś. – uznał, lustrując mój strój złożony z luźnych, szerokich jeansów i granatowego dresu. Chyba miał rację, zdecydowanie nie był to ubiór odpowiedni na przyjście gości, a szczególnie nie na pierwsze spotkanie z osobami, które do tej pory znam jedynie ze Skype’a. 
- No.. e.. to co chcesz na mnie ubrać? – spytałem w końcu, podchodząc bliżej szafy, gdzie braciszek wręczył mi szarą koszulkę, czarny sweter i oczywiście czarne spodnie. 
- Ubierz się. A buty u mnie zostawiłeś. I.. no. Bo mało czasu masz. – zachichotał i tknął mnie a brzuch, wywołując mój niepochamowany śmiech. Oczywiście, musiałem się poślizgnąć, więc sekundę później tłukliśmy się na moim łóżku, śmiejąc się durnowato, do czasu aż mój braciszek nie spadł na ziemię.
- Jeszcze raz mnie tkniesz pokrako, to ja tak cię tknę, że ci flaki nosem wyjdą! – stwierdziłem poważnie, unosząc złowrogo palec w górę, na co tamten tylko wybuchł śmiechem i po chwili już zwiewał do swojego pokoju.


Ubrany przez brata, czując się jak jakaś pieprzona damulka, która dopiero co uzyskała poradę stylisty i wyszła od fryzjera, zeszedłem na parter, wyminięty na schodach przez brata i koty. Sprinterzy się od siedmiu boleści znaleźli, no błagam. Poprawiłem szybko grzywkę i stanąłem przy schodach przyglądając się, jak moi rodzice i brat witają się z gośćmi. Tymi gośćmi okazało się średniego wieku małżeństwo z dwójką dzieci. Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna w okularach, jego najprawdopodobniej rudowłosa żona, syn brunet i ruda, wyższa od matki nieco, dość ładna dziewczyna. Skupiłem się w sumie głównie na niej, bo to ją właśnie najlepiej z nich wszystkich znałem. Jak już mówiłem, miała płomiennorude włosy z prostą, przydługą grzywką, wyraźnie krótkie, bo spięte z tyłu głowy w nieduży kucyk i bladą cerę. Ubrana była w spodnie fasonem podobne do moich i lekko za dużą, czarną bluzkę męskiego fasonu z nadrukiem jakiegoś zespołu, którego nie kojarzyłem, pewnie po prostu Michał mi o nim nie wspomniał. Na nogach miała ciemne trampki i uśmiechała się szeroko do mojej mamy, która stwierdziła, że rudowłosa „straszliwie urosła, odkąd ją ostatnio widziała”. No fajnie, wyszło na to, że tylko ja ich nie znam. Ale cóż się dziwić, kogo ja znam? Czuję, że moje życie będzie bardzo, ale to bardzo trudne.
- A to jest właśnie Gerard. Synku, chodź się przywitać. – uśmiechnięta szeroko moja mama złapała mnie lekko za przedramię, ciągnąc za sobą do gości. Mój brat oczywiście już gadał z tym wysokim chłopaczkiem, najprawdopodobniej o jakiejś grze, za to ja musiałem teraz zostać wyściskany przez ogólne zgromadzenie i zapoznany ze wszystkimi. Tradycja. Gdy już kogoś poznawałem, to zawsze tak było. To się chyba nie zmieni. Uśmiechnąłem się szeroko do małżeństwa i dziewczyny, co tamta trójka odwzajemniła – To są państwo Dubińscy i ich córka. 
- Dzień dobry. – odparłem trochę nieśmiało, przyglądając się uśmiechającej się parze.
Coś tam pogadali, oczywiście także zauważając, że jestem już strasznie duży, po czym zostali zagadani przez moich rodziców, a ja tylko stałem z lekkim uśmiechem, spoglądając to na bruneta, to na rudowłosą.
- No cześć, Gerd! – powiedziała w końcu, rozkładając ręce. Zaśmiałem się, bo poznałem ją po głosie, no nie mógłbym jej nie poznać. Przytuliła mnie mocno, szeroko się szczerząc, po czym walnęła swojego brata w bok – Marcin, weź się przywitaj, tumanie! 
Brunet przeniósł na mnie radosne spojrzenie i też podszedł bliżej, wyciągając rękę.
- Marcin jestem o ile już zapomniałeś. No ale to wiesz, prawda? – zaśmiał się, gdy i ja podałem mu rękę, ej, co w tym zabawnego?
- No wiem, pewnie że wiem! Ale mnie chyba znasz, nie? – spojrzałem podejrzliwie, nie puszczając jego dłoni.
- No jakbym mógł Gerarda nie pamiętać, stary? Za kogo ty mnie masz?
- No nie wiem, wolę się upewnić. Lubię być znany, wiesz.. – Anka i Michał parsknęli śmiechem, a ja puściłem rękę podobnie rozbawionego Marcina, gdy nasz brat zabrał nas na piętro, gdzie najprawdopodobniej zaraz znajdzie nam jakieś twórcze zajęcie.

1 komentarz:

  1. Zapowiada sie ciekawie... Tylko nie ogarniam tych polskich imion, ale poza tym jest okey <3

    OdpowiedzUsuń