stranger
in a strange land
Moja walizka
uderzyła z łomotem o podłogę, wypadła mi z rąk, bo źle ja postawiłem. Źle
wymierzyłem odległość między mną a ostatnim schodkiem, sprawiając, że mój bagaż
stoczył się ze schodów i leżał na chodniku. Westchnąłem, odstawiłem kota i już miałem
po nią zejść, ale Michał złapał mnie za ramię i spojrzał z uśmiechem, po czym
ominął mnie zręcznie i sekundę później wracał już z czarną torbą, którą
postawił w bezpiecznym miejscu. Odwzajemniłem uśmiech w kierunku brata i z
powrotem wziąłem Rybkę ( tak, tak ma na imię mój cudny kot ) na ręce, po czym
wszedłem do otwartego już domu. Rozejrzałem się, wykonując przy tym kilka
obrotów wokół własnej osi, z szeroko otwartymi oczami. Obraz był jeszcze z deka
zamazany, ale nie przeszkadzało mi to tak bardzo, jak bezpośrednio po zdjęciu
opatrunków.
- Ła! To jest cudne! – wykrzyknąłem, oglądając uważnie cały wszechstronny
przedpokój. Odstawiłem Rybkę, która już po chwili dopadła kota mojego brata,
nazwanego imieniem Eryk i ganiali się w najlepsze po domu. Dotknąłem ściany w
przedpokoju i przejechałem po niej palcami. Była gładka i przyjemna w dotyku,
mimo że zimna. Ale nie wiedziałem, jakiego jest koloru. – Michał?
- Ehem? – podszedł do mnie mój nieco wyższy brat i przyjrzał się uważnie
najpierw mi, a później ścianie.
- Jaki to kolor? – zapytałem, zerkając to na chłopaka to na ślicznej barwy
ścianę.
- Brzoskwinia. Odmiana pomarańczowego i owoc za razem. – odparł wesoło,
mierzwiąc mi moje czarne kosmyki.
- Ściana to owoc? – zdziwiło mnie to nie mało, więc spojrzałem na brata dziwnie
a rodzice się zaśmiali.
- Brzoskwinia to i kolor i owoc. Tak jednocześnie. – wyjaśnił, po czym złapał
Eryka i zaczął go głaskać.
- A, dzięki. – mruknąłem – Wiesz, do niedawna nie zwracałem uwagi na kolory to
teraz nie wiem, pokraka ze mnie.
- A zawsze to mnie nazywałeś pokraką! – zawołał Michał z wyrzutem, patrząc na
mnie.
- No to dalej będziesz pokraką, pajacu. – zaśmiałem się i rozejrzałem wokół
siebie – Ej, powie mi ktoś którędy do mojego pokoju?
- Michał, byłeś tu, więc zaprowadź brata, co? – powiedział mój ojciec, wysoki
szatyn.
- Oj, Tomek, to już ty nie możesz? – zapytała moja mama zmęczonym głosem.
- Ale przecież ja go chętnie zaprowadzę, mamo. – mój brat porwał swojego
czarnego kocura na ręce i popchnął mnie wzdłuż korytarza, zakręcając mnie na
schody – Tylko się trzymaj poręczy, bo orła wytniesz. – mruknął i zachwiał się,
wyprzedzony przez Rybkę i Samuela, tak nawiasem naszego trzeciego, zupełnie białego
kocura, należącego do mojej mamy. Biedna, ruda Ryba, była sama kobietą wśród
tego zwierzyńca!
Michałek poprowadził mnie do
pierwszego od schodów pokoju, będącego naprzeciw nich. Za nim były jeszcze dwa
a za ścianą obok była prawdopodobnie łazienka, tyle słyszałem z opisów, więc
tak mi się teraz zdawało. Weszliśmy do pomieszczenia, w którego kierunku
szliśmy przed momentem, po czym tato postawił moją walizkę w wolnym miejscu pod
ścianą. Michał za to zajął sobie miejsce na łóżku, głaszcząc swego nieszczęsnego
kota.
- A to co za kolor? – zapytałem, oglądając tym razem moje ściany. Te były
jeszcze ładniejsze, takie ciepłe i głębokie w kolorze.
- Czerwony, mój drogi. A podłogę masz z ciemnego drewna jakiegoś, nie
rozróżniam, wiem tyle, że jest czarna. I nie próbuj skakać z balkonu. –
powiedział rozbawiony, wskazując machnięciem głowy na okno z balkonem, po czym
wyszedł z mojego pokoju, zamykając w nim drzwi, chociaż zanim mu się to udało,
moja kotka wpadła z impetem do sypialni i wryła mi się na zaścielone kołdrą o
kolorze podłogi łóżko. Te koty są wszędzie.
Znów wykonałem kilka obrotów
wokół własnej osi, przyglądając się mojemu nowemu lokum. Michał powiedział, że
moje ściany są czerwone? No więc od dziś czerwony miał zostać moim ulubionym
kolorem. Ale tylko ten z moich ścian. Żaden inny. Ten jest idealny, będę go
czcił i postawię mu ołtarzyk. Serio, był tak cudowny, głęboki i ciepły. Cudny.
Kocham czerwony, ludzie.
Moja fascynacja rosła z każdą
kolejną zauważoną przeze mnie rzeczą, z każdym spostrzeżonym przedmiotem, na
pozór bardzo codziennym, ale w rzeczywistości wyjątkowym na swój sposób.
Wszystko chłonąłem z niepodobną do mnie ciekawością, wszystkiego byłem ciekaw,
obserwowałem każdy skrawek mojej osobistej części naszego wspólnego domu.
Podłoga faktycznie była czarna, bardzo czarna. Boże, bardzo czarna, coś mi się
już miesza. No w każdym razie.. jak pościel. Też była czarna. I meble też. Nie,
nie. Meble były ciemnobrązowe, takie ciemne. Były wyraźnie stare, a
przynajmniej utrzymane w starym stylu, dokładnie polakierowane. Ogólnie rzecz
biorąc mój pokój był dość wąski a podłużny. Na końcu węższej ściany było okno i
drzwi balkonowe, a po bokach od tej ściany, na ścianach dłuższych kolejno
biurko, łóżko i szafa a na drugiej, naprzeciwko wymienionych wcześniej
przedmiotów, kanapa i szafka na książki. Ta ustawiona była tak, że siedząc przy
biurku mogłem sięgnąć po rzeczy z półki, idealnie. Na czarnej kanapie była zaś
cała sterta poduszek, czerwonych, białych, czarnych. Ładnie to wyglądało. Na
samą myśl o kanapie wydawała mi się miękka. Tak, przyzwyczaiłem się opisywać
wszystko tak, jak mogłem to wyczuć pod palcami, więc automatycznie kanapa z
poduszkami skojarzyła mi się z miękkością. To chyba było trafne skojarzenie.
Usiadłem na brzegu miękkiego na oko mebla, po czym dotknąłem opuszkami palców
tworzywa, z którego był wykonany. Miękkie, tak jak myślałem. Nie jakieś
puszyste czy bardzo gładkie, ale miękkie i przyjemne w dotyku. Przeniosłem rękę
na poduszki, były jeszcze miększe, jakieś takie mniej pofalowane, puchate.
Jeszcze fajniejsze. Zsunąłem z nóg trampki i położyłem się na kanapie, kuląc kończyny
pod siebie i przykładając policzek do jednej z poduszek, mrużąc oczy. Miękko,
no wiedziałem. I bardzo przyjemnie. I cicho, było bardzo cicho. Podobało mi
się.
Miałem się rozpakowywać, ale
wcale mi się do tego nie śpieszyło. Było przed południem, a z Anką mam spotkać
się dopiero wieczorem. Mam mnóstwo czasu. Muszę pomyśleć. W końcu za cztery dni
idę do nowej, nieznanej szkoły, z nowymi uczniami, których nie znam, z nowymi
nauczycielami, z zupełnie innymi niż w starej szkole miejscami, ogólnie, idę do
obcego miejsca. Nie czuję tego, nie widzi mi się to. Nie, nie żebym miał problemy
z nauką.. Ja po prostu uważam, że jestem zbyt przyzwyczajony do samotności, że
tak z dnia na dzień się tam nie odnajdę. Czuję, że zanim to nastąpi, minie dużo
czasu, a ludzie zdążą się do mnie zrazić. Bo w sumie to od zawsze uważali mnie
za dziwaka. I w sumie nigdy mi to nie przeszkadzało. A to źle, bardzo źle. Nie
można nie przejmować się tym, co inni myślą. Przynajmniej ja tak uważam,
chociaż sam się tym nie przejmuję.
W końcu podniosłem się raptownie i chwyciłem za swoją
torbę. Była ciężka i duża, ale nie wydawała mi się mieścić w sobie zbyt wielu
rzeczy należących do mnie. Nie żebym miał ich jakoś strasznie mało, ale na
pewno nie jakoś specjalnie dużo, skoro to tylko jedna torba. Bałem się otworzyć
i spojrzeć, nie wiedząc co tam może być. W sumie przyglądałem się mojemu bratu
w dwa dni po zdjęciu opatrunków, ale nie wiem, czy ubierali mnie podobnie jak
jego. On wyglądał bardzo ładnie, miał proste, trochę, ale tylko trochę zwężane
spodnie, koszulki, swetry. Ciemne, przyjemne kolory dominowały w jego stroju za
każdym razem, gdy go widziałem, a widziałem go zaledwie kilka razy. Ja dziś sam
byłem ubrany do niego podobnie, ale nie wiem, czy zawartość mojej walizki nie
miała mnie rozczarować. Odsunąłem ją pomału, wcześniej ciągnąc ją pod szafę,
która była już otwarta i wszystkie wieszaki były z niej wyjęte. Usiadłem sobie
przy torbie, walizce czy jak tam temu było, po czym otworzyłem to coś i
spojrzałem po rzeczach tam umieszczonych. Same ubrania, no może nie całkiem.
Książki do szkoły, zeszyty, czarny piórnik, zestawy kredek, ołówków i
flamastrów i gruby blok z białymi kartkami, zapewne na sztukę. No więc było
tego całkiem sporo, tylko walizka wydała się jakaś niepozorna. Szkolne rzeczy
zaniosłem na półkę naprzeciw biurka. Miała trzy półki i trzy szuflady. Na
jednej z półek stała cała masa książek, jak się okazało wszystkie te, które
Michał ściągał mi do słuchania albo sam czytał. Takie strasznie fajne, niektóre
horrory, inne już bardziej kryminały, ale same znajome nazwy. Wzruszyło mnie to
trochę i chwilę stałem uśmiechnięty do regału. Mam naprawdę wspaniałego brata i
dopiero teraz to do mnie dotarło. Przez całe dwanaście lat, nawet jako dziecko
miałem w nim oparcie. Pomagał mi cały czas, jak tylko mógł. Piękne, serio.
Wiedzieć, że było się nie do końca sprawnym przez trzy czwarte życia i że miało
się przy sobie taką osobę..
Dalej, na drugiej półce było
nasze zdjęcie, zrobione niedługo po tym, jak zdjęli mi opatrunki. W sumie chyba
dwa dni po tym. Musieli je szybko wywołać i mi tutaj postawić, bo było naprawdę
nowe. I ładne. W szpitalnym ogródku, rodzice po lewej, potem ja i Michał,
wszyscy przytuleni i zadowoleni. Podobało mi się i miało ładną, prostą, czarną
ramkę. Obok niego stało puste, czarne pudełko, zapewne przeznaczone na moje
domniemane skarby. Kolejna półka była zupełnie wolna, więc postanowiłem tam
umieścić zeszyty i książki, za to wszystkie inne przybory zostały rozpakowane,
poukładane i znalazły miejsce w pierwszej szufladzie. Jedynie te kilka ołówków,
dwa czarne długopisy i zestaw kolorowych cienkopisów do podkreślania trafiło do
naprawdę małych rozmiarów czarnego piórnika, który leżał z książkami i
zeszytami. Wyszło na to, że miałem na stanie dwie wolne szuflady, bo biurko
miało tylko otwieraną szafkę i szufladę na klawiaturę komputera. Jak na razie
nie miałem pojęcia czym je zapełnię, więc pozostawiłem je puste i wróciłem do
walizki.
Siadłem na drewnianej podłodze
i zacząłem uważnie przeglądać moje ubrania, czyli to, co było w torbie.
Policzyłem wszystko i wyszło, że miałem dość dużo ubrań. Pięć czarnych koszulek
z krótkim rękawem, dwie szare, dwie czerwone, oraz biała i granatowa. Tak, te
kolory już dobrze pamiętałem. Dalej, czarno-szara bluza na zamek,
szaro-czerwona wciągana przez głowę, trzy różnego kroju czarne swetry na guziki
i dwa szare, podobnie zapinane. Na koniec, spodni miałem cztery pary i ani
trochę więcej, dwie sztuki czarnych, jedne granatowe a ostatnie o bliżej
niesklasyfikowanej barwie, takiej brudnej czerwieni. Szczerze? Byłem bardzo
usatysfakcjonowany zawartością mojej szafy. Ciemne barwy, fajne fasony, no po
prostu idealnie. Wszytko zostało zawieszone w szafie na wieszakach, włącznie ze
spodniami a bielizna i skarpetki, które znalazły się w innej części walizki
trafiły do szuflady na samym dole, w szafie. Potem znalazłem jeszcze jedną
kieszeń tej dziwnej, wbrew wszystkiemu dużej torbie i wyjąłem z niej dwie pary
trampek, czarne i szaro czarne, które też znalazły się w szafie.
Przeszukałem walizkę ponownie,
żeby nie okazało się, że coś w niej zostało i wyniosłem ją na korytarz na
piętrze, po czym zadowolony, że mam ubrania jak brat, rzuciłem się na sofę.
Kanapę, albo sofę, jak kto woli. Po prostu mega miękki mebel. Zamknąłem oczy,
po chwili słysząc otwieranie drzwi. Uniosłem powieki i zobaczyłem w drzwiach
mojego brata obładowanego jakimiś torbami i ubraniami.
- Gerd, chodź do mnie, pokażę ci coś. – odparł radośnie, czekając aż się
podniosę. Wziąłem czerwone trampki, w których mnie tu przywieziono pod pachę i
wyszedłem za bratem do jego pokoju, gdzie chłopak rzucił wszystko, czym był
obładowany na łóżko i wyjął coś z szafy.
- Co to? – spytałem zaciekawiony, podbiegając do niego.
- Torba do szkoły, tylko mi powiedz, którą chcesz. – powiedział tamten i podał
mi obie.
- Ależ one są identyczne, Misiek! – parsknąłem, głupio zdrabniając jego imię.
- Gerdziołku, nie są. Mają różne obszycia, otwórz. – odpowiedział, lekko złośliwym
tonem, ale to u nas już typowe.
- Michasiu, faktycznie, masz rację. Ja chcę tą z czerwonym, ty masz tą z
czarnym. – odparłem, oglądając uważnie torbę. Prosta, ładna, czysta. Ogólnie,
tak jak ma być. Czarna, dobra wielkość, dwie kieszenie. Ładnie, bardzo ładnie.
- No i dobrze, zadowolony jestem, Gerdziu. – zachichotał i zabrał swoją, a ja
usiadłem sobie na łóżku cały czas się mu przyglądając.
- Co tak patrzysz? – spytał nagle, obracając się po pokoju, w jedną i drugą
stronę, sprzątając ciuchy i inne tym podobne.
- Chodź tu, siadaj. – odparłem cicho i poklepałem miejsce obok siebie.
Odłożył pudełko z jakimiś gratami i usiadł obok mnie, z lekkim uśmiechem.
- Co tam?
- Dziękuję. – powiedziałem, odkładając moją torbę i mocno się do niego
przytuliłem.
Chyba go to zdziwiło, bo lekko się spiął, ale zaraz odwzajemnił uścisk i cicho
się zaśmiał.
- O mamuś, za co?
- Zdałem sobie sprawę, jak wiele dla mnie zrobiłeś przez te wszystkie lata,
wiesz? Serio. Jak mi pomagałeś, jak ściągałeś książki do czytania, jak siedziałeś
ze mną i pokazywałeś mi zespoły.. Wiesz, nie.. chyba nie wiesz.. Ale to
naprawdę dużo dla mnie znaczy. Wiedzieć, że ma się tak wspaniałego brata, to
naprawdę przyjemne. – powiedziałem, czując jak ciepłe krople spływają mi po
policzkach. Kochałem go na nad życie, nie mogłem trafić na wspanialszego brata,
niż on. Tyle mi pomagał, tyle dla mnie robił..
- Wiesz.. ja to robiłem bezinteresownie, Gerry. – odparł cicho, mocno mnie
tuląc – Nie spodziewałem się, że mi za to podziękujesz..
- Ale widzisz, dziękuję. Jesteś najlepszym bratem na świecie, wiesz? – i znów
się popłakałem, teraz już tak naprawdę, porządnie. Zamoczyłem sobie bluzę i
sweter brata zresztą też.
- Dzięki, Gerdziu. A teraz chodź. – pociągnął mnie nagle za rękę i po krótkiej
chwili wpakował po pomieszczenia, które wcześniej wziąłem za łazienkę. Tak,
była to łazienka. Bardzo ładna, biało kremowa łazienka.
Chłopak postawił mnie przed
lustrem, po czym chwycił za coś, co przypominało grzebień i zaczął rozczesywać
moje ciemnobrązowe włosy. Szczerze? Dziwnie się czułem, nie wiedząc, co mój
braciszek zamierza, ale cóż, musiałem przeczekać i poddać się jego dziwnym
zabiegom.
- Michał, co ty robisz? – wypaliłem w końcu, nie wytrzymując. No bo już chyba
piątą minutę starał się ułożyć z moich już znacznie za długich, bo niemal
sięgających ramion włosów, jakąś fryzurę. A raczej jakąś grzywkę.
- Czeszę cię, bo nie wiem, czy wiesz, ale nie idziemy do Anki, tylko Anka z
rodzicami przychodzi do nas. – wypalił w końcu, wyraźnie zadowolony z tego, co
miałem teraz na głowie.
- Ale po co z rodzicami? – zdziwiony spojrzałem na brata, ale odwrócił moją
głowę w stronę lustra.
- Bo nasi rodzice przyjaźnią się z jej rodzicami. – wyjaśnił, poprawiając
jeszcze tył włosów.
- Aha. I.. kiedy będą u nas?
- Za pół godziny jakoś. – odparł niewzruszony, teraz łapiąc za jakieś nożyczki.
Boże, co? Nożyczki?
- Co ty robisz stary? I jak za pół godziny? Nie dam rady! – pisnąłem
spanikowany, aż rękami trzepiąc.
- Nie ruszaj się, matole. Zdążysz, spokojnie. Na razie muszę ci włosy skrócić.
- Nie umiesz!
- Umiem. Ja mamie ścinam zawsze, więc i tobie dam radę.
- Naprawdę?
- Tak, Gerd, naprawdę. Siadaj. – i posadził mnie trochę za mocno na jakimś
krześle, jednak na tyle wysokim, że widziałem moje odbicie w lustrze.
Uśmiechnął się triumfalnie i
ściął pierwsze końcówki moich włosów, na co tylko zadrżałem. Jaja sobie ze mnie
robi. Ogoli mnie na łyso i nie pokażę się przed gośćmi. Wrobił mnie, a mama
chodzi do fryzjera. Okej, widząc efekty na mojej głowie, powoli zaczynałem mu
wierzyć, ale to jeszcze nie oznacza, że się nie bałem. Za to znacznie się
uspokoiłem i zacząłem się przyglądać swojemu odbiciu. Cholera, byłem naprawdę
ładny. Nie przypuszczałem, że będę taki ładny. No, nie przesadzajmy, ale serio,
sam się sobie podobałem, a to naprawdę rzadkość. Te blade tęczówki, które po
operacji dopiero powoli zaczynały wchodzić w kolor, były lekko przerażające,
ale mimo to mi one nie przeszkadzały. No i odcień włosów pozostawiał naprawdę
wiele do życzenia, nie podobał mi się taki nijaki brąz. Z tym trzeba będzie coś
zrobić. I zrobię, naprawdę zrobię. Kupię farbę i pofarbuję. Naprawdę, muszę.
Po kilkunastu minutach kłaki
na mojej głowie były już przyzwoitej, średniej długości, a grzywka została
ładnie skrócona i uczesana. Śmiało mogłem stwierdzić, że mój brat zna się na
ścinaniu włosów, chociaż nadal wydawało mi się to mocno absurdalne i już tak
chyba miało zostać. Nic, trudno, ważne że mam włosy na głowie i że niczego nie
spaprał. Nie wybaczyłbym mu, mimo że nadal go kocham za to wszystko.
- No jazda mazda, masz piętnaście minut. Chodź, zrobię z ciebie modelkę, co ty
na to? – zachichotał zadowolony i skierował się do mojego pokoju, więc znów
posłusznie stąpałem za nim.
- Czy ja ci wyglądam na jakąś damulkę? Bo chyba nie. Więc przykro mi, ale nie
zrobisz ze mnie żadnej modelki. – powiedziałem spokojnie, widząc jak
przeczesuje moją szafę w poszukiwaniu ubrań.
- Nie no, gość co to przenośni nie zna. To taki zabieg artystyczny, braciszku,
wiesz? A teraz ubiorę cię jak człowieka, bo doprawdy nie wiem, jak matka z
ojcem mogli cię wypuścić ze szpitala w.. tym czymś. – uznał, lustrując mój
strój złożony z luźnych, szerokich jeansów i granatowego dresu. Chyba miał
rację, zdecydowanie nie był to ubiór odpowiedni na przyjście gości, a szczególnie
nie na pierwsze spotkanie z osobami, które do tej pory znam jedynie ze Skype’a.
- No.. e.. to co chcesz na mnie ubrać? – spytałem w końcu, podchodząc bliżej
szafy, gdzie braciszek wręczył mi szarą koszulkę, czarny sweter i oczywiście
czarne spodnie.
- Ubierz się. A buty u mnie zostawiłeś. I.. no. Bo mało czasu masz. –
zachichotał i tknął mnie a brzuch, wywołując mój niepochamowany śmiech.
Oczywiście, musiałem się poślizgnąć, więc sekundę później tłukliśmy się na moim
łóżku, śmiejąc się durnowato, do czasu aż mój braciszek nie spadł na ziemię.
- Jeszcze raz mnie tkniesz pokrako, to ja tak cię tknę, że ci flaki nosem
wyjdą! – stwierdziłem poważnie, unosząc złowrogo palec w górę, na co tamten
tylko wybuchł śmiechem i po chwili już zwiewał do swojego pokoju.
❧
Ubrany przez brata, czując się jak jakaś pieprzona damulka, która dopiero co
uzyskała poradę stylisty i wyszła od fryzjera, zeszedłem na parter, wyminięty
na schodach przez brata i koty. Sprinterzy się od siedmiu boleści znaleźli, no
błagam. Poprawiłem szybko grzywkę i stanąłem przy schodach przyglądając się,
jak moi rodzice i brat witają się z gośćmi. Tymi gośćmi okazało się średniego
wieku małżeństwo z dwójką dzieci. Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna w okularach,
jego najprawdopodobniej rudowłosa żona, syn brunet i ruda, wyższa od matki
nieco, dość ładna dziewczyna. Skupiłem się w sumie głównie na niej, bo to ją
właśnie najlepiej z nich wszystkich znałem. Jak już mówiłem, miała
płomiennorude włosy z prostą, przydługą grzywką, wyraźnie krótkie, bo spięte z
tyłu głowy w nieduży kucyk i bladą cerę. Ubrana była w spodnie fasonem podobne
do moich i lekko za dużą, czarną bluzkę męskiego fasonu z nadrukiem jakiegoś
zespołu, którego nie kojarzyłem, pewnie po prostu Michał mi o nim nie
wspomniał. Na nogach miała ciemne trampki i uśmiechała się szeroko do mojej
mamy, która stwierdziła, że rudowłosa „straszliwie urosła, odkąd ją ostatnio
widziała”. No fajnie, wyszło na to, że tylko ja ich nie znam. Ale cóż się
dziwić, kogo ja znam? Czuję, że moje życie będzie bardzo, ale to bardzo trudne.
- A to jest właśnie Gerard. Synku, chodź się przywitać. – uśmiechnięta szeroko
moja mama złapała mnie lekko za przedramię, ciągnąc za sobą do gości. Mój brat
oczywiście już gadał z tym wysokim chłopaczkiem, najprawdopodobniej o jakiejś
grze, za to ja musiałem teraz zostać wyściskany przez ogólne zgromadzenie i
zapoznany ze wszystkimi. Tradycja. Gdy już kogoś poznawałem, to zawsze tak
było. To się chyba nie zmieni. Uśmiechnąłem się szeroko do małżeństwa i
dziewczyny, co tamta trójka odwzajemniła – To są państwo Dubińscy i ich córka.
- Dzień dobry. – odparłem trochę nieśmiało, przyglądając się uśmiechającej się
parze.
Coś tam pogadali, oczywiście także zauważając, że jestem już strasznie duży, po
czym zostali zagadani przez moich rodziców, a ja tylko stałem z lekkim
uśmiechem, spoglądając to na bruneta, to na rudowłosą.
- No cześć, Gerd! – powiedziała w końcu, rozkładając ręce. Zaśmiałem się, bo
poznałem ją po głosie, no nie mógłbym jej nie poznać. Przytuliła mnie mocno,
szeroko się szczerząc, po czym walnęła swojego brata w bok – Marcin, weź się
przywitaj, tumanie!
Brunet przeniósł na mnie radosne spojrzenie i też podszedł bliżej, wyciągając
rękę.
- Marcin jestem o ile już zapomniałeś. No ale to wiesz, prawda? – zaśmiał się,
gdy i ja podałem mu rękę, ej, co w tym zabawnego?
- No wiem, pewnie że wiem! Ale mnie chyba znasz, nie? – spojrzałem
podejrzliwie, nie puszczając jego dłoni.
- No jakbym mógł Gerarda nie pamiętać, stary? Za kogo ty mnie masz?
- No nie wiem, wolę się upewnić. Lubię być znany, wiesz.. – Anka i Michał
parsknęli śmiechem, a ja puściłem rękę podobnie rozbawionego Marcina, gdy nasz
brat zabrał nas na piętro, gdzie najprawdopodobniej zaraz znajdzie nam jakieś
twórcze zajęcie.
Zapowiada sie ciekawie... Tylko nie ogarniam tych polskich imion, ale poza tym jest okey <3
OdpowiedzUsuń