a little piece of heaven
Starannie
zawiązywał sznurówki w swoich jasnozielonych trampkach, żeby nie rozwiązały się
podczas gry. Dalej, szybko wcisnął się w czarne szorty i jakąś koszulkę,
wszystko perfekcyjnie na sobie układając. Ponownie zerknął na swoje buty,
idealnie zawiązane zaledwie kilka chwil wcześniej, poprawił wypadające zza uszu
ciemne włosy i stanął przede mną.
- Iść czy nie iść, o to jest pytanie. – zakpił, widząc moją zrezygnowaną twarz.
Ale czy to była moja wina, że po prostu wstydziłem się wyjść na boisko, bo..
zwyczajnie nic nie umiałem? Po prostu nie chciałem się pogrążać i robić z
siebie jeszcze większej ofermy, niż już zrobiłem w zeszłym tygodniu. Tak, minął
dokładnie tydzień od rozpoczęcia roku, a my właśnie mieliśmy pierwsze w
semestrze zajęcia wychowania fizycznego. Franek skakał ze szczęścia a ja
najchętniej poskakałbym teraz do domu. – No Gerd, nie mów, że mi nie ufasz, co?
- Ufam, ale to nie znaczy, że będę się nadawał do jakiejś głupiej nauki, stary.
– ta, plan Franka polegał na tym, że będzie mnie uczył. Grać w kosza, w siatkę
i w piłkę nożną. No po prostu koszmar, koszmar.
- Nie ma opcji, że nie będziesz się nadawać. Jesteś facetem z krwi i kości,
więc się nadasz, ot.
- Sprawdzałeś? – parsknąłem, na co Franek lekko się zmieszał – No właśnie. Więc
nie wiesz, czy jestem facetem z krwi i kości.
- Zapytam twojej laski, jak już ją znajdziesz. – uznał, po chwili zaśmiewając
się już jak jakiś zachwiany emocjonalnie – A w ogóle, to jak wyglądam?
Zerknąłem lekko sceptycznie, mierząc go wzrokiem niespełna kilkanaście sekund,
ale to wystarczyło mi do oceny.
- Bez zarzutu. – stwierdziłem szybko, ciągnąc go za sobą na boisko. No
oczywiście, okazało się, że wypadło na tę cholerną piłkę nożną!
Teraz już się tak nie śpieszyłem, po prostu wlokłem się leniwie za kumplem,
który wyglądał jakby zaraz miał zacząć tańczyć. Co to jest, że ci faceci tak
uwielbiają te wszystkie sporty, oglądanie, granie, ekscytują się tym, no
chociażby taki mój tato. Nie wiem, może ja facetem nie jestem, ale nie
ekscytuję się tym ani trochę.
- No, co ty tak powoli, ruszaj się, Gerd! – wykrzyknął i zaczął podskakiwać, po
czym puścił się biegiem do grupy i rzucił się na mojego brata, dźgając go w
bok, przez co już po chwili ganiali się po boisku.
Nie, żebym nie chciał
spróbować, ale po prostu nie ciągnęło mnie do latania za piłką po boisku i
kopania jej do bramki, ani do rzucania takową do kosza. Nie wiem, dlaczego. Nie
podobało mi się to jakoś. Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że uważałem to za
mocno bezsensowne, no bo co niby miało dawać udawanie psa i bieganie za jakimś
nadmuchanym, materiałowym tworzywem? Dalej, nie lubiłem doprowadzać się do
stanu, gdy nie mogłem złapać oddechu, a tak, pobiegam i już mało płuc człowiekowi
nie rozsadzi. Szczerze powiedziawszy, mógłbym tak wymieniać bez końca szukając
coraz to nowszych argumentów potwierdzających moją teorię, ale nauczycielka i
tak byłaby nieugięta, bo było to po niej widać. Czyli właśnie wyszło na to, że
będę się chcąc nie chcąc musiał nauczyć grać w piłkę nożną..
- Nie mam się do czego ruszać. – mruknąłem cicho i jeszcze bardziej zwolniłem,
widząc że zbliżam się do grupy złożonej z chłopaków i mojej nauczycielki.
Najbardziej na świecie chciałbym teraz zawrócić, puścić się biegiem do szatni i
zwiać z tej cholernej, ostatniej lekcji, mimo że doskonale wiedziałem, iż
uciekanie nie było żadnym rozwiązaniem.
Gdy dotarłem w końcu do mojej
grupy, wystarczyło mi usłyszeć jedno słowo żeby mój humor znów zszedł na psy.
Koszykówka. Tyle powiedziała brązowowłosa nauczycielka i wybrała dwóch uczniów
do wybierania składów drużyn.
- To czasem nie miała być nożna? – zapytałem zrezygnowany, na co nauczycielka
tylko lekko się uśmiechnęła. Teraz wydała się całkiem miłą osobą i już tak jej
się nie bałem.
- Miała być, ale chłopcy stwierdzili, że chcą grać w kosza. – odpowiedziała mi,
dalej promiennie uśmiechnięta, w momencie gdy Jabłoński z impetem uderzył o
moje plecy z kolana, najprawdopodobniej niechcący, co wprawiło mnie w niemały
ból. A jednak nie umiałem się na niego o to gniewać, mimo że mina wymalowana na
mojej twarzy, gdy zwróciłem się w jego stronę wyrażała zupełnie co innego.
- Jaki kosz, co kosz? Nie będę w kosza! – odparł oburzony, zakładając ręce,
nawet na mnie nie patrząc – Nożna to już coś, ale nie kosz!
- Bo za mały jesteś i sobie nie sięgniesz? – zakpił straszliwie wysoki chłopak,
nazywający się Damian, aczkolwiek nazywany przez dziewczyny po prostu Pusiem
(nie będę tego komentował) i razem ze swoim blond kolegą o bliżej niesklasyfikowanym
imieniu parsknęli śmiechem.
- Sięgnę lepiej niż ty, pff. – odwarknął Franek, robiąc wściekłą minę, która
jak mi się zdaje, gdyby mogła, już dawno by zabijała.
- On nawet mamie do szafki po talerze nie sięga! – parsknął rozbawiony trzeci
chłopak, tym razem niejaki Dawid, na co tamci o mało się ze śmiechu nie
skończyli.
- Ty! – krzyknął Franek, kierując się do tamtych i stanął przed Dawidem,
patrząc na niego mściwie – Chcesz zaraz zęby zbierać, hę?
- No, ale spokojnie i bez takich. – powiedziała lekko wyprowadzona z równowagi
nauczycielka, gasząc w chłopakach entuzjazm. Mieli bowiem nadzieję, że zaraz
będą świadkami kolejnej bójki, która zmieni świat. Tak się od paru dni
zastanawiam.. z kim ja w ogóle chodzę do klasy?
- Dobrze, my już będziemy grzeczni, proszę pani. – Damian uśmiechnął się do
nauczycielki szeroko i lekko niegrzecznie, no bezczelny.
- Mów za siebie. – mruknął zdenerwowany Jabłoński, co znów wywołało śmiech i
wrócił na miejsce obok mnie i mojego brata.
Nauczycielka
tylko się zaśmiała, po czym zadowolona, że udało się jej opanować chłopaków
zaprowadziła nas na ogrodzone wysoką siatką boisko do koszykówki. Franek aż
zrobił fikołka w powietrzu z radości, skubany. Był niezły i to było po nim
widać. I jakiś taki podejrzanie przystojny. Coś czułem, że będę miał kompleksy
i to już niedługo. Kobieta ustawiła nas na miejsca, a Olek, ten od siostry
bliźniaczki, pokrótce wyjaśnił mi jak grać, a czego unikać. Cholera, on też był
jakiś taki.. ładny. Czułem się przy nich strasznie! Ale.. czemu ja w ogóle
przejmuję wyglądem innych chłopców?
Zaczęła się gra. To znaczy,
nie uświadczyli w niej za dużo mojego osobistego wkładu, ale przecież
zapowiadałem, że w ogóle nie jestem w tej dziedzinie doświadczony, więc chyba
byli na to przygotowani, bo trójka moich kolegów, a raczej Olek z Frankiem i
mój kochany braciszek wymiatali równo i nadrabiali to, co stracono przeze mnie
chyba trzy razy lepiej. Podobało mi się, jak grali. Ogólnie, ta cała koszykówka
wyglądała całkiem w porządku, ale patrząc z boku, z perspektywy obserwatora, a
nie gracza, więc po kilku minutach zszedłem z boiska, przysiadając się do
siedmioosobowej grupki dziewczyn, które, jak szybko doszedłem do wniosku,
ewidentnie zachwycały się ruchami Franciszka na boisku.
- Ale on ma tyłek! – pisnęła jedna, na co tylko cicho parsknąłem, nie chcąc
zwracać na siebie zbędnej uwagi. O dziwno, żadna z dziewczyn nie zawtórowała
autorce stwierdzenia, Natalii, na co tamta tylko westchnęła – Nie mam racji?
- O, Nanuś, masz.. Masz rację w zupełności. – mruknęła zafascynowana Gabi, ta
od dwukolorowych oczu i z uwielbieniem przyglądała się, jak mój kumpel trafia
do kosza.
- Nieprawda! – jęknęła Julia, reagująca chyba najnormalniej z nich wszystkich –
Patrzcie na Olka! On to ma ciało! – boże, czy one już nie miały lepszych
tematów? Westchnąłem, w momencie gdy mój wzrok natrafił na niczym niewzruszoną
Dubińską, która tak po prostu, ignorując sytuację na boisku, patrzyła tępo w
jej tylko znany punkt na niebie. Nawet nie spostrzegła, że się jej przyglądam.
- Ale wy w ogóle gustu nie macie. – stwierdziła z deka oburzona Agata i tylko
pokręciła głową – Michał wy-mia-ta.
Aż mi się oczy szeroko otworzyły i spojrzałem na dziewczynę zszokowany. Sorki,
wybaczcie, ale jeśli mówili o moim bracie, bądź co bądź bliźniaczym, czułem
jakby mówili o mnie. Tak, chyba byłem egoistyczny, ale przecież naprawdę
byliśmy podobni, więc to było bardzo miłe.
- Kolejna, zgrozo. Ale jak już przy bliźniakach, to osobiście uważam, że Gerard
jest znacznie ładniejszy. – zachichotała jeszcze inna, brunetka, której imienia
nie mogę zapamiętać.
- Hej, dziewczyny, ja tu jestem. – przypomniałem się nieco niedelikatnie, na co
moja fanka lekko się zmieszała a reszta, oczywiście z wyjątkiem nadal niczym
nieprzejętej Anki, zaczęła się cicho śmiać – Miło, że któraś mnie docenia, no
co?
- Wszystkie cię doceniamy, Gerry. – uznała Gabi – Ale masz po prostu idealnych
konkurentów!
- Kto ma konkurentów? – zapytał opierający się o siatkę od wewnątrz Franek, na
co tylko Natalia, nazywana Naną i Gabi westchnęły.
Franek chyba nie miał doczekać się odpowiedzi, więc po prostu przyglądał się
wszystkim dziewczynom, wyraźnie zauważając, jakim spojrzeniem świdruje go
blondwłosa panna Falke. Patrzył na nią tak, jakby zaraz miał pożreć ją
wzrokiem, przysięgam. Ona zresztą nie lepsza.
- No proszę! – odparł zapatrzony i momentalnie puścił się biegiem w kierunku
wyjścia z boiska, następnie zajmując miejsce na trawie, przed ławką na której
ja i dziewczyny zajmowaliśmy miejsce – Czy ja jestem przepraszam w cukierni? –
zaczął uwodzicielskim tonem, już po chwili wpatrując się w Gabi. Szczęściara.
- Co sprawia, że tak twierdzisz? – spytała dziewczyna, wyraźnie wchodząc w
klimat ich dziwnej rozmowy.
- Bo widzę tu niezłe ciasteczko. – powiedział, uśmiechając się do niej
zadziornie.
Dziewczyna momentalnie się
zawstydziła, rumieniąc się dość bardzo, co tylko rozbawiło Jabłońskiego i
zaczął cicho chichotać. Nie wiedziałem, jak reszta zareagowała na ich
zachowanie, ale wolałem chyba nadal pozostać w niewiedzy, żeby potem, na
wszelki wypadek, powiedzieć z czystym sumieniem, że nic nie wiem, gdy tamte
pobiją się o biednego Frania. Szczere wątpię, żeby tak się stało, ale wolę mieć
plan B, kobiety bywają bardzo nieprzewidywalne.
Wstałem z miejsca, kierując
się do szatni, bo jakoś nie miałem ochoty na ten cukier. Co to wszystko w ogóle
miało być? Jakieś fangirl time?
Błagam, jesteśmy w liceum! Wszyscy mamy jeszcze obrzydliwie dużo czasu na to
wszystko. Nie znosiłem czegoś takiego, ale przecież mogę powiedzieć to tylko
sobie, w głowie. Nie mam zamiaru mówić o tym im. Niech sobie robią, co chcą. Ale..
czy moje zdanie czyni mnie aż tak zacofanym i staroświeckim, czy raczej
normalniejszym niż oni wszyscy? Nie wiem. Nie zmienia to faktu, że mi się to
nie podoba.
Ubrałem się od razu, po czym
nie czekając specjalnie na dzwonek oznajmiający zakończenie lekcji wyszedłem z
szatni, następnie opuściłem też szkołę. Wcale nie śpieszyło mi się do domu,
wręcz przeciwnie, miałem ochotę gdzieś pójść. Najlepiej daleko i w ogóle nie
wracać. Tylko najgorsze było to, że nie miałem pojęcia dokąd. Miasta nie znałem
prawie w ogóle, jeśli nie powiedzieć, że gdybym tylko wyszedł poza osiedle, od
razu zgubiłbym się jak ciotka w Czechach. A dobrze wiedziałem, że tak by było,
więc nie miałem za szerokiej perspektywy, gdzie mógłbym się wybrać.
Zamiast wejść w swoją uliczkę,
skręciłem znacznie wcześniej, kierując się w stronę miejsca, którego
odwiedzanie nie było najlepszym pomysłem. Wiedziałem, że boję się dużych
przestrzeni, więc wizyta na łące nie była dobrym pomysłem, jednak pokusiłem się
spróbować. Co wcale nie zmieniało faktu, że bałem się panicznie.
Mimo to, wszedłem powoli na
łąkę, przyglądając się tej ohydnie dużej przestrzeni z lekkim strachem w
oczach. Tak, ja i mój schizowany mózg, bałem się i koniec. Ale mimo to, za
cholerę nie chciałem wracać do domu, a innego miejsca nie znałem. Dlatego
właśnie tutaj byłem i szedłem dalej, mimo że to był naprawdę, bardzo zły
pomysł.
Telefon. Zaczął dzwonić mój
telefon. Zignorowałem go, chcąc iść dalej, ale nie dawało mi spokoju to, kto
mógł dzwonić, dodatkowo zaczęło się chmurzyć i wyglądało jakby zaraz miał lunąć
deszcz. Mimo nieopisanej ochoty, by iść dalej, powoli zacząłem się cofać, w
ostateczności puszczając się biegiem do domu.
Wpadłem do budynku w ostatniej
chwili; gdy zdjąłem trampki, usłyszałem jak krople zaczynają uderzać o chodnik
i dachówkę. Szczęście, fart. Po prostu. Wszedłem głębiej do domu, rozglądając
się.
- Cześć. – rzuciłem w stronę moich rodziców, siedzących w salonie i już miałem
wyjść na piętro, do siebie, ale zauważyłem coś, co w zupełności zbiło mnie z
pantałyku. A mianowicie spakowaną porządnie, dość dużą walizkę – Co to?
Rodzice wstali, a mama stanęła przy mnie, gdyż mój tato zaczął ubierać kurtkę.
- Tato znów wyjeżdża, Gerry. – powiedziała moja mama, wycierając mokre oczy
równie mokrą chusteczką.
Nienawidziłem, gdy mój tato
wyjeżdżał do pracy, zapewne ze względu na to, gdzie pracował i na czym to
polegało. A było to daleko i niebezpiecznie. Tak, mój ojciec był żołnierzem i
zamiast przejść na wcześniejszą emeryturę upierał się nad swoim zawodem. Mimo
że wiedział, jak bardzo się o niego boimy. Przytuliłem się do niego mocno, w
momencie gdy do domu wszedł mój brat. Zdjął buty i przemoczoną deszczem bluzę i
już wiedział, o co chodzi bo przerażony zrobił tylko to co ja. Popłakał się i
przytulił się do taty. Za każdym razem żegnaliśmy się z nim tak samo.
- No, idę. – powiedział, starając się zachować spokojny ton głosu – Kocham was
chłopcy.
Puścił nas, po czym przytulił naszą mamę i machając nam na pożegnanie wyszedł
na deszcz, wrzucając do samochodu torbę. Nie powiedziałem nic, po prostu
wyszedłem na piętro, następnie na balkon i nie zważając na deszcz, stałem tam,
pozwalając by zimne krople spadające z chmur mieszały się z tymi słonymi i
gorącymi, spływającymi mi po twarzy. Ostatnią rzeczą jaką zobaczyłem, nim
zupełnie się rozkleiłem, był obraz uciekających przed deszczem Gabi i Franka. A
najgorsze było to, że wyglądali na tak obrzydliwie szczęśliwych.
Przez ciebie płacze chyba gorzej niż Gredziu :(
OdpowiedzUsuńCudownie. Po prostu cudownie. <3