and
if you need a friend, there's a seat here alongside me.
Za
późno.
Jasne
auto nadjeżdżające z prawej strony obiło się z lekkim trzaskiem
o karoserię Hondy nieco ponad wlewem paliwa, pozostawiając tam
pokaźny ślad. Drzwi na szczęście nie zostały dotknięte, jednak
samochód kierowany przez Franka wpadł w poślizg i zamiast jechać
do przodu, zaczął obracać się wokół własnej osi, tracąc
powoli niedawno rozwiniętą prędkość. W tym momencie nie padało,
ale ulica była mokra i niebezpieczna, na pewno nieprzystosowana do
szybkiej jazdy. Ślizgający się samochód wjechał prosto pod koła
kolejnego, jadącego tym razem z lewej strony, dużego, ciężarowego
auta.
Franek mocniej chwycił kierownicę, próbując panować
nad autem, chcąc je jakoś wyprostować, wyprowadzić na prostą
drogę. A przede wszystkim chciał je spowolnić, zatrzymać. Ale nie
chciało go słuchać. Usłyszał klakson ciężarówki, więc
obrócił głowę w lewo. Szybko tego pożałował. Światło
pędzącego w nich auta momentalnie oślepiło go, przez co musiał
zamknąć oczy. Kolejny błąd. Pojazd uderzył w lewy bok auta z
hukiem, jeszcze bardziej spychając je w bok, a co najgorsze, jeszcze
bardziej je rozpędzając. Gerard poczuł, jak wtulona w niego Ola
lekko zaciska szczupłe dłonie na jego przedramieniu. Czuł też,
jak kilkakrotnie zadrżała. Nie miała na nic siły, po prostu była
przestraszona. Tak jak on i Olek siedzący obok, nie wiedziała co
się dzieje. Dlaczego auto nagle zmieniło tor ruchu i coś
kilkakrotnie w nie uderzyło. Bali się. Wszyscy.
Jabłoński po
raz kolejny nacisnął hamulec. Bez skutku. Nie wiedział, czy coś
się spieprzyło, czy to przez prędkość, czy może tylko zdawało
mu się, że to hamulec a było to co innego. Był zbyt spanikowany,
by móc to sprawdzić w takiej sytuacji. Serce waliło mu tak głośno,
że mimo pisku opon Hondy, przyśpieszonych oddechów pozostałych
pasażerów i głośnych odgłosów auta słyszał jego bicie
wyraźnie. Aż zbyt wyraźnie. Rejestrował wszystko jakby w
zwolnionym tempie, wszystko czuł bardziej i wcale mu się to nie
podobało. Pamiętał, jak oglądał się na tylne siedzenie, żeby
sprawdzić, co z Olą. Miał jej pomóc, zawieźć ją bezpiecznie do
szpitala – wiedział, że bezpiecznie to już nigdzie nie trafią.
Nie w takiej sytuacji. Ledwo łapał oddech. Nie mógł
wytrzymać.
Blondynka na przednim siedzeniu chyba jednak bała
się najbardziej. W końcu Franek miał odwieźć ją do domu, a
teraz nawet nie panował nad pędzącym samochodem. Miała uraz do
wypadków, jeszcze z dzieciństwa, gdy zginął jej ojciec. Nerwowo
uniosła dłonie, chcąc złapać się za pas, którym powinna być
przypięta. Nie było go. Z przerażeniem stwierdziła, że
wsiadając, zapomniała, by się zapiąć.
Pojazd ani myślał,
żeby zwolnić, a co dopiero, żeby dać nad sobą zapanować. Pędził
dalej, jakby robił to specjalnie. Jakby kto inny kierował nim, a
nie brunet siedzący za kierownicą. Niczym zwierzę wypuszczone z
klatki mknęło z zastraszającą prędkością przed siebie, nie
zważając na przeszkody, ich przestraszone miny, przyspieszone bicia
serc i nierówne oddechy. Każde z nich się bało, nie bardzo
rozumiejąc tą sytuację, pragnąc, by to wszystko się skończyło.
Jednak było to oczywiście tylko złudzenie, choć każdy chciał
wyjść z tego cało, bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. W końcu to
nie miało się tak potoczyć.
Mieli dojechać spokojnie do
szpitala i spokojnie oddać Olkę w ręce lekarzy, nic miało się
nie wydarzyć. Miał panować spokój. Między Gabi a Frankiem nie
miało dojść do żadnych głośnych dyskusji, Gerard nie miał być
bledszy od ściany, miało być po prostu dobrze,
tymczasem wszystko szło wbrew temu co mieli na myśli. Samochód
mknął przed siebie, uderzając w typowe dla ulicy elementy, raz
potrącił hydrant, innym – ktoś prawie wleciał pod jego
rozpędzone koła. Aż wreszcie prawa część z impetem wpadła na
potężny, wysoki słup, jaki nawet nie drgnął pod naciskiem auta.
Do ich uszu doszedł dźwięk rozbijanej szyby, łamiącej się
karoserii, czyjś zduszony pisk. A potem po prostu nicość. Szybko
bijące serca nie zamierzały zaprzestać swojego galopu,
przyspieszone oddechy gubiły się i plątały między sobą,
przerażonymi oczami szukali jakiejś odpowiedzi na tamtejsze
wydarzenia, tak brutalne, tak bolesne. Strach bijący od piątki ciał
roztaczał nieprzyjemną aurę. Nikt nie myślał nawet, by się
poruszyć, nikt nie kręcił głową, nikt nie pytał, czy wszyscy są
cali, po prostu nic się nie działo. Nastąpiła nicość. Żadnego
dźwięku choćby dochodzącego z ulicy. Nie było żadnej osoby,
jaka podbiegła by do nich i sprawdziła, czy żyją. Nic.
Pustka.
Gerard zastanawiał się, jak do tego wszystkiego doszło.
A przede wszystkim – dlaczego do tego wszystkiego doszło. Nie
zwracał uwagi na ból emanujący od prawej ręki od łokcia w dół,
z całej siły przytulał do siebie Olkę, choć tych sił miał
niewiele. Miał przed oczami wszystko, dosłownie. Widział, jak się
rodził, jak pielęgniarki odbierały go, sprawdzały wagę,
wycierały z krwi, zaplatały w biały materiał. Widział malutkie
ciałko swojego brata, leżące przy piersi matki na szpitalnym
łóżku. Pamiętał, jak Tomek trzymał go mocno i uśmiechał się
do żony. To było takie… takie subtelne, przepełnione słodkością,
czymś, czego się nigdy nie zapomina i co wręcz nakazuje na
utrwalanie tych momentów. Dziwił się, bo wcześniej nawet nie
próbował przywołać lat dziecięcych. Ba, to było wręcz
niemożliwe. A wraz z czymś na miarę wypadku, gorących uderzeń,
miliona stłuczek, całe życie przebiegło mu przed oczami. Mógłby
nagrać film, Biografia
Gerarda Fabiańskiego.
Najlepszy byłby moment odjazdu od swojej ukochanej babci. Ten
wypadek, przez który nastąpiła czerń. Niczym niezmącona ciemność
obejmująca go ciasno z każdej strony. Całe lata spędzone na
udawaniu szczęśliwego z tym, że nic nie widzi. Wmawianie rodzicom,
że przecież nic się nie stało i to nie ich wina – pamiętał to
doskonale. Pamiętał również moment, w którym powiedzieli mu, że
będzie widzieć. Że, cholera jasna, znowu pozna świat. Oprócz
czarnego pojawią się jeszcze inne barwy, zobaczy wyraźne zarysy
ludzkich twarzy, oprócz napawania się ich dotykiem będzie również
cieszyć się ich wyglądem. Zaistnieje coś takiego jak spacer
po kolorowych łąkach,
bo zwyczajnie będzie wiedział, iż faktycznie będą pełne koloru.
Tu czerwień, tam granat… A jeśli teraz znów straci wzrok?
Oślepnie z tak durnego powodu?
Zamrugał nerwowo oczami, raz,
dwa. Widział zniszczone oparcie siedzenia przed nim. Spuścił
wzrok, ponownie zaciskając powieki, nadal zbyt otumaniony całą
sytuacją, żeby cokolwiek zrobić. Momentami docierały do niego
wszystkie bodźce, czuł że nadal obejmuje Olkę, czuł ból w ręce,
docierało do niego całe ogarniające go przed chwilą przerażenie.
Natłok uczuć i emocji, które jeszcze przed chwilą nim targały
odebrał mu na jakiś czas trzeźwe myślenie i kontrolę nad samym
sobą. Może przez wspomnienia? Albo przez strach?
Jeszcze przed
chwilą słychać było bicia serc, przyśpieszone oddechy, odgłosy
uderzeń w auto i inne, uliczne dźwięki. Wszystko to, każdy
odgłos, zniknęło zaraz po potężnym uderzeniu, zostawiając
niczym niezmąconą ciszę. Franek jakby nadal nie pojmował tego, co
się właśnie stało, nie dopuszczał do siebie tej myśli. Siedział
w bezruchu, cały w szkle z przedniej szyby, wciąż lekko przerażony
całą sytuacją. Dopiero po kilku minutach niepewnie poruszył się,
obracając do tyłu.
Napotkał przerażone spojrzenie Olka,
zauważył nadal przerażonego Gerarda mocno trzymającego Olę. Byli
cali. Aż mu się lżej na sercu zrobiło z tą świadomością, że
byli cali. Może przerażeni, ale żyli, oddychali, ich serca, biły
nieco przyśpieszonym rytmem, ale zawsze to coś. Nadal nie czuł się
dobrze. Gdy jego umysł zaczął już normalnie pracować i
przyswajał pewne fakty strach ustąpił poczuciu winy i wrażeniu,
że gdyby uważał bardziej, to nikomu nic by się nie stało. Mimo,
że prawdopodobnie wszyscy byli cali. Prawdopodobnie.
Nigdzie
jednak nie było Gabi.
❧
Franek
siedział przy szpitalnym łóżku, mocno ściskając chłodną,
szczupłą rękę jasnowłosej pacjentki. Siedział tak odkąd Gabi
została umieszczona w tej sali, nie dając się nawet opatrzyć, nie
zwracając żadnej uwagi na to, że pielęgniarki prosiły go o
opuszczenie sali. Było późno, blisko trzecia w nocy, jednak Frank
nie czuł zmęczenia. Wyrzuty sumienia zastąpiły je idealnie.
Czuł
się źle z tym, co spowodował. Czuł się podle. Żałował, że
wsiadł za kierownicę i pojechał. Obwiniał się o to, co się jej
stało. Że to on nie zapanował nad autem, które uderzyło w ten
cholerny słup, że to z jego winy i głupoty wyleciała przez szybę,
złamała kręgosłup i o mało nie zginęła na miejscu. Że to
przez niego nie będzie mogła normalnie funkcjonować. To wszystko
bolało, nie fizycznie, tylko psychicznie. I było mu z tym bólem
źle.
Gerarda też nie chcieli wpuścić na salę, jednak
zignorował to i wszedł, siadając obok Franka. Patrzył smutno w
jego zapłakaną, rumianą twarz, na przeciętą brew i kość
policzkową, na których gromadziła się zaschnięta krew, na
wilgotny od spływających łez dekolt koszulki. Szybko jednak
odwrócił głowę, spuszczając wzrok na rękę w gipsie.
Pomieszczenie było przesadnie jasne, w dodatku mocno oświetlone i
przeraźliwie zimne. Na samą myśl o temperaturze w pokoju Gerardowi
skojarzyła się ona z kostnicą. Nie miał pojęcia, skąd w jego
głowie takie porównanie, jednak nie mógł odeprzeć myśli, że
ten pokój wcale mu się nie podoba. Wstał, podchodząc do otwartego
okna z rozwianą firanką i zamknął je szczelnie, chcąc odpędzić
od siebie nieprzyjemną myśl.
Zerknął
na nieruchome ciało Gabi. Nie wyglądała dobrze, była blada, wręcz
trupio; gdyby nie to, że jej klatka piersiowa unosiła się powoli i
miarowo, świadcząc o oddechu Gerard śmiało mógłby uznać ją za
martwą. Urządzenie, do którego była podpięta leniwie pikało,
uświadamiając wszystkich, że nie jest z nią najlepiej. Współczuł
Frankowi. Naprawdę, bardzo mu współczuł. Jej jednak jakoś nie.
Był zdania, że każdy powinien odpowiedzieć za to, co zrobił, w
taki czy inny sposób. I chyba już nie czuł się tak źle z tym, że
ją wtedy zaszantażował, bo po prostu wiedział, że on już
zapłacił za swoje zło. Cholera, przecież płacił za nie przez
dwanaście lat. Ona więc też musiała zapłacić. Za to, co zrobiła
Frankowi. Bo takie rzeczy zmieniają człowieka. Gerarda też wiele
rzeczy zmieniło.
Chciał
coś powiedzieć, nawiązać rozmowę, pocieszyć. Nie chciał, żeby
to było typowe „wszystko będzie dobrze” i poklepanie po
ramieniu. Wiedząc o tym, co Gerard do niego czuje, Franek na pewno
oczekiwałby czegoś więcej. A nawet nie wiedząc, oczekiwałby
czegoś więcej, chociażby przez to, że są przyjaciółmi.
- To
n-nie jest normalne, wiesz? - zaczął Franek cicho – Ja.. j-ja to
czuję. - rozpłakał się bardziej, odchodząc od łóżka. To było
dla niego za dużo, zwyczajnie za dużo. To, co się stało z Gabi
miało w nim pozostać naprawdę na długo.
Gerard podszedł do
niego, po czym mocno go objął, w odpowiedzi na co chłopak wtulił
się w niego z całej siły. Wtedy właśnie Fabiański zdał sobie
sprawę z tego, jak kruchy był jego mały Franio. W jego ramionach,
ramionach wysokiego chłopaka, wyglądał jak dziecko,
potrzebującego w tym momencie niczego więcej, jak zwykłego,
matczynego ciepła, którego nikt w tym momencie nie mógł mu dać.
Gerard aż za dobrze wiedział, co tamten mógł teraz czuć. Jemu
też brakowało zwykłego, matczynego uścisku, tyle że jemu już
nikt nie mógł go zastąpić. Franek miał matkę, gdzieś daleko,
ale miał, miał też przemiłą ciocię, a Gerard? Gerard nie miał
nikogo. Ojciec mimo usilnych prób nigdy nie miał zastąpić mu
mamy. Objął go mocniej, przeczesując powolutku jego ciemne,
przydługie włosy. Chłopak drżał w jego ramionach, szlochając
przy tym przeraźliwie, przez co Fabiański czuł, jakby sam miał
się zaraz popłakać. I chyba faktycznie nie było mu do tego
daleko.
-
Ona n..nie musiała z-zginąć. - wyszeptał Franek cicho, nadal nie
puszczając przyjaciela. Powtórzył to w płaczu jeszcze kilkanaście
razy, a jego łzy tylko się nasilały.
- Ale nie płacz już,
cichutko. - odsunął go lekko od siebie, ścierając z jego
policzków, uśmiechając się z troską. Brunet pociągnął nosem,
ponownie wtulając się w Gerarda i zamykając oczy.
Franek miał
rację i Gerd doskonale to wiedział. To nie jest normalne.
Nie jest i nigdy nie miało być. A najdziwniejszą ze wszystkich
łączących się z tym rzeczy było to, że znów coś wydarzyło
się przez Rainę.
W
pewnym momencie lampa, która do tej pory wręcz raziła ich w oczy
zamrugała kilkakrotnie, zaskwierczała i zgasła zupełnie.
Fabiańskiego przeszedł dreszcz, gdyż jedynym oświetleniem
pozostała latarnia za oknem i migająca aparatura, do której była
podłączona pacjentka. Wciągnął powietrze do płuc. Było wręcz
lodowate, drażniło chłodem jego drogi oddechowe. Bał się.
Powinien kogoś zawołać, powinni naprawić lampę, przecież to
sala intensywnej terapii, nie mogła pozostać nieoświetlona.
Zadrżał ponownie. Mimo słabego światła zza okna zauważył, że
przed oczami przebiegł mu cień. Instynktownie rozglądnął się,
mocniej przyciskając do siebie Franka. W pewnym momencie usłyszał,
że dźwięk maszyny, która trzymała Gabi przy życiu zmienił się,
jednak nie mógł wyłapać, gdzie leżała różnica. Dopiero gdy
spojrzał na ekran, zrozumiał dlaczego sprzęt wydaje ciągły
piskliwy dźwięk. Na monitorze malowała się podłużna kreska
świadcząca o zgonie. Poczuł, jak z jego policzków spływają łzy,
więc spuścił wzrok na płytki, mocniej tuląc nadal niczego
nieświadomego Franka. Nie rozumiał tylko jednego – dlaczego ich
cień rzucony na podłogę miał kształt stracha na wróble.
TAK XD JEST JEZU JAK SIĘ CIESZĘ, BOŻE, JAAKIE TO PIĘKNE<3
OdpowiedzUsuńJezu, to było naprawdę czarujące *_* Cały tekst był cudowny, tak strasznie smutny i jednocześnie tak piękny! Właśnie dotarło do mnie to, jak wieli masz talent -_- Normalnie kocham ten odcinek i właśnie bardzo dobrze idzie ci pisanie tragedii. A moje zdanie jest najważniejsze so… XD Pisz istotko, ja cię zawsze będę w tym wspierać i dodawać weny <3 [fools-for-love.blogspot.com]
OdpowiedzUsuńOjeju *.* Dziękuję z całego ♥ za dedykejszym tu mi :D
OdpowiedzUsuńPo przeczytaniu końcówki, walnęłam takiego fejspalma, że ja pierdolę :D Shiza to niezła jest :D I ta świadomość, że to wszystko dzieje się przez Rainę najbardziej mnie niepokoi... Jakoś nie jest mi specjalnie szkoda Gabi... Nigdy nie darzyłam jej zbytnią sympatią. Nie wiem dlaczego, tylko zwyczajnie od początku wydawała mi się taka... no taka, że jej nie lubiłam :D Nie ma to jak nadmiar argumentów... Niech sobie tam umiera D: Wiem, jestem nieczuła, ale każdy ma swoje wady... chociaż ja akurat tego za wadę nie uznaje :) Wszystko ładnie, pięknie, wszystko cacy tylkooooo ... CO TY KURWA ODPIERDOLIŁAŚ Z TĄ DŁUGOŚCIĄ, JA SIĘ PYTAM??!! Ekhem *chrząka na boku* Już jestem spokojna. Zanim wczułam się w treść, to rozdział się skończył :( Ludzie! Weźcie komentujcie, bo ja nexta chcę ... :D
-> red like a blood <-
jak można pisać dla komentarzy? ._.
OdpowiedzUsuńJak zwykle odcinek super, tylko nie wiem o co chodzi z tym strachem na wróble, domyślam się, że jest on związany z Rainą. A Franiu niech się już tak nie obwinia, to wszystko przez Rainę...
OdpowiedzUsuńNo nareszcie! Całe trzy dni zajęło mi czytanie Ghost Town. Ale opłaciło się, bo opowiadanie jest po prostu cudne ;3
OdpowiedzUsuńNiby szkolny frerard, a jednak umieszczony w polskich realiach co sprawia, że wyróżnia się spośród innych dostępnych na rynku blogowym, że też tak powiem. Po za tym, z tego co widzę przeplatają się tu elementy fantasy jak np. postać Nadziei czy Rainy. Bo Raina człowiekiem raczej nie jest. No bo któremu człowiekowi źrenice rozszerzają się aż do takiego stopnia, żeby tęczówek i białek nie było widać?! Po za tym, skąd ona wiedziała dlaczego Gerd jest nieszczęśliwy? Ta dziewczyna jest jakaś dziwna. Jej znajomi zresztą też!
Franek teraz będzie zrozpaczony, ale za pewne Gerard go pocieszy. Gabi mi nie jest wcale szkoda, ot co. Od samego początku nie darzyłam jej żadnego rodzaju sympatią. Wydawała mi się jakaś sztuczna w tej całej swojej wierności i oddaniu.
Gerard biedny był jak tak ryczał do poduszki ;( Aż mi si smutno zrobiło. Mam nadzieję, że Frań szybko określi swoje uczucia, chociaż teraz po śmierci Falke będzie mu trochę trudno.
Nie przestawaj pisać, bo masz talent i aż szkoda byłoby go zmarnować ;) Czekam na nexta i morza weny życzę.
Pozdrawiam, XOXO
Dodaj
OdpowiedzUsuńnowy
OdpowiedzUsuńrozdział
OdpowiedzUsuńzaraz
OdpowiedzUsuńteraz
OdpowiedzUsuń♥
OdpowiedzUsuńJUUUHUUUU SKOŃCZYŁAM CZYTAĆ! Bądźcie ze mnie dumni, za 8 podejściem skończyłam wszystkie rozdziały! Teraz mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to jest super, że autorka jest super, że chcę nowy teraz i że mam nadzieję, że nie będę czytać go z takim tempem jak te pozostałe rozdziały, mogę powiedzieć, że lubię bliźniaków i kota Rybkę, że wszystko jest fajne, że lubię polskie imiona i nazwiska w opowiadaniach, że mam przyszywanego kuzyna Jabłońskiego ale on jest trochę dziwny, że idea niewidomego Gerarda mi się podobała, że naprawdę wyjasnienie że Ghost Town to wymarłe miasto dużo mi dała dla ogólnego spojrzenia, że jestem wdzięczna za wszystkie twe komentarze u mnie, że muszę napisać z tobą tego multipornola, że to jest dobre i koniec kropka chcę następnego!
OdpowiedzUsuńAnkaaaaaaaaa *jęczy cierpiąc katusze* Gdzie jest ten rozdział kurwa mać xD Doprowadzasz mnie na skraj załamania nerwowego i depresji...
OdpowiedzUsuń