if
loving was the hardest part, we'll
then one day be together.
Nie
mogłem odeprzeć wrażenia, że to wszystko dzieje się naprawdę, a
nie jest tylko wytworem mojej głowy, pogrążonej w śnie. Każdy
fragment, każda postać wydawała się tak bardzo realna, tak bardzo
prawdziwa, prawdopodobna, wręcz namacalna. Wydawało mi się, że
wystarczy żebym wyciągnął rękę, a będę mógł dotknąć
każdej z nich, poczuć jej skórę, jej ciepło, lub wręcz
przeciwnie, dotknąć jej zimnego jak lód ciała. Wszyscy w śnie, a
może na jawie, byli mi obcy, ich twarze i idealne postury migałmy
mi przed oczami niczym kadry filmu. Nie bałem się ich, jednak nie
były one przyjemne. Takiego snu jeszcze nigdy nie miałem. Był
wręcz lodowaty i nieprzyjemny, pozwalał mi zachować częściową
świadomość, jednak gdy uznawałem, że nie chcę oglądać więcej,
coś w moim mózgu ignorowało moją prośbę. Później jednak coś
się zmienło. W śnie przeważał Franek, jego cudna, jednak smutna
i zapłakana twarz, zaszklone, miodowe oczka. Za każdym razem, gdy
wyciągałem dłoń, żeby zetrzeć łzy z jego rumianych policzków,
znikał, rozmywał się, jakby nie był czymś materialnym tylko
duchem, powietrzem uformowanym na jego obraz. Pojawiał się w
różnych miejscach, raz bezpośrednio przede mną, raz bardziej po
mojej lewej, a innym razem po prawej. I za każdym razem, gdy
próbowałem się do niego zbliżyć, nie pozwalał na to.
Przysięgam, że gdy stawiałem kroki, czułem pod stopami zimną
podłogę. Jeszcze kilka podobnych czynników dawało wrażenie,
jakbym wcale nie spał. Wtedy, gdy Franek znikł ostatni raz,
zacząłem się bać.
"Gerard?"
Usłyszałem głos, niebezpiecznie zbliżony do głosu mojej mamy.
Nawet w śnie poczułem ukłucie gdzieś w okolicy serca. Wołanie
powtórzyło się jeszcze parę razy, zacząłem się oglądać,
szukając źródła głosu. Szukając mojej mamy. Odkąd do domu
przyszło dwóch mężczyzn i powiedziało mi, że wpadła pod
samochód, słyszałem ją wszędzie. Brakowało mi jej tak bardzo,
że sam nie umiałem tego zrozumieć. Momentami bałem się, że to,
jak wszędzie ją dostrzegam zaczyna być chore. I chyba miałem
rację.
Obróciłem
się całkiem, widząc w oddali jakąś postać. Cała była ubrana
na czarno, a jej długa, ciemna suknia z dodatkiem ciasnego gorsetu
rozchodziła się na boki w idealny sposób. Długie, ciemne włosy
opadały jej na ramiona, zakrywały piersi i plecy, a mocno
podkreślone oczy lustowały mnie uważnie. Wyglądałaby normalnie
gdyby nie złośliwy uśmiech malujący się na jej twarzy.
"Gerard!"
Zawołała głosem mojej mamy, po czym zaśmiała się, bynajmniej
nie słodko i wdzięcznie, jak to robiła moja rodzicielka. Chciałem
dowiedzieć się, o co jej chodzi, wiedziała, że chcę ją o to
zapytać. W odpowiedzi jedynie odwróciła się i znikła jak
wcześniej jeden z Franków, rozsypując się na tysiące ciemnych
odłamków.
-
Gerard, słyszysz? - wręcz podskoczyłem, siadając na łóżku,
cały zalany potem, a jednak porządnie przemarznięty. Rozglądnąłem
się szybko. Pierwszym, co zobaczyłem, było otwarte okno, a
kolejnym otwarte drzwi. Stał w nich mój tato, z zatroskaną miną.
Patrzyłem na niego przerażony. Przerażony i niespokojny, szeroko
otwartymi oczami. W pomieszczeniu było ciemno, co znaczyło, że
musiało być jeszcze sporo przed siódmą. Mężczyzna uśmiechnął
się lekko, wchodząc do mojego pokoju i usiadł na łóżku obok
mnie. Od razu wtuliłem się w niego mocno, zaciskając powieki, nie
zwracając uwagi na lepiącą się do mnie koszulkę. - Wiesz...
krzyczałeś przez sen, trochę się wystraszyliśmy.. - przyznał
cicho. Dopiero teraz zauważyłem stojącego w drzwiach Michała.
Westchnąłem głęboko i puściłem tatę.
- Przepraszam, ja.. -
przetarłem twarz rękami – Zły sen po prostu, no.
Od
tamtej pory już nie zasnąłem. Leżałem na swoim wąskim łóżku,
zakryty kołdrą po nos, starając się hamować łzy które co
chwilę chciały zacząć wypływać z moich oczu, bez żadnego
racjonalnego powodu. Mimo, że okno już dawno zamknąłem, nadal
było mi zimno. I co chwilę wracałem do momentu, w któym zjawa z
mojego snu zawołała mnie głosem mojej mamy. Jednak nie potrafiłem
wspomnieć tacie o tym, co mi się śniło, mimo że z całego serca
chciałem to z siebie wyrzucić. Chciałem usiąć obok kogoś
zaufanego i opowiedzieć mu wszystko od początku, o tym, jak
pojawiła się Nadzieja, o tym jak rzeczy związane z Rainą zaczęły
robić się dziwne i o tym, jak zobaczyłem tego pieprzonego stracha
na wróble. Jednak nie robiłem tego. Równałoby się to z uznaniem
mnie za psychicznie chorego, bo – przyznajmy sobie otwarcie –
nikt zdrowy na umyśle nie widzi istot, które wmawiają mu, że chcą
mu pomóc, ani nie widzi swojego cienia przybierającego kształt
jakiejś materiałowej kukły odstraszającej ptaki. Jesteś
psychiczny, Gerard. Jesteś po prostu psychiczny.
Na
to wszystko nie było żadnej innej, racjonalnej odpowiedzi.
Njawyraźniej byłem wariatem.
❧
Pogrzeb
miał rozpocząć się o jedenastej, na cmentarzu na obrzeżach.
Dyrekcja zwolniła naszą szkołę z zajęć w tym dniu wiedząc, że
i tak większość zechce pojawić się na uroczystości więc
chociaż lekcje i zwalnanie się z nich miałem z głowy. Z łóżka
zwlokłem się dopiero koło ósmej, jednak nadal czułem, że nie do
końca doszedłem do siebie. Powoli wziąłem prysznic, powoli
zdzedłem na parter i zabrałem się za robienie śniadania.
Przybycie Anki z Olą z pytaniem, czy jadę z nimi było tylko
kwestią czasu.
Nie,
to nie tak, że chciałem tam iść. Raczej chciałem zachować
opinie dobrze wychowanego i tak, jak wymagała tego kultura pojawić
się na pogrzebie koleżanki. Ci, którzy mnie znali, wiedzieli, że
tak na prawdę idę tam tylko z grzeczności. No, i nie chciałem
zostawiać w tym Franka samego. Może i go zraniła, ba, to nawet nie
ulegało wątpliwościom. Jednak widać było, że on nadal za nią
tęsknił. Szczególnie teraz, gdy nie mógł jej zobaczyć jej nigdy
więcej. Z tak bliskich mu osób zostałem mu tylko ja, wiedziałem o
tym doskonale. Robiłem to więc dla niego.
O dziewiątej byłem
już niemal całkowicie gotowy do wyjścia. Ubrany w ciemne spodnie,
bluzkę w biało czarne paski i ciepły płaszcz siedziałem na
schodach z Michałem, czekając na pozostałych. Mieliśmy jechać
razem. I już nie autem Rainy. Na szczęście. Objąłem się
ramionami, nieco koślawo, przez zawiniętą w gips rękę. Prawa
dłoń właśnie przez niego zmarzła pierwsza, więc po chwili
schowałem rękę do kieszeni. Na szczęście na dziewczyny nie
musieliśmy czekać zbyt długo. Całą piątką ze mną,
bliźniakami, Michałem i Anką stanęliśmy na chodniku przed domem
Jabłońskich, zastanawiając się, czy wypada nam wstąpić po
Franka. I pewnie zastanawialibyśmy się jeszcze długo, gdyny nie
fakt, że Franek po prostu nas uprzedził. Gdy wyszedł z domu i
zobaczył naszą grupkę wcale nie krył zaskoczenia. Pewnie
spuściłby głowę i wcale do nas nie podszedł, ale wyszła jego
ciocia i gdy tylko się z nią przywitaliśmy, kazała mu zrobić to
samo.
-
No.. to cz-cześć. - powiedział cicho, podchodząc do nas wolnym.
Widziałem po oczach, że jeszcze przed chwilą płakał. Znów moje
ciało ogarnęło mnie coś w deseń troski. Takiej... innej. Tej,
jaką troszczy się jedna osoba o drugą, gdy komuś na kimś zależy.
Przygryzłem wargę. Doskonale wiedziałem, że nie tego ode mnie
oczekiwał. Nie tego potrzebował. Nie złapania za rękę, uścisku,
dotyku, i nie tego, czego ja chciałbym mu dać. Potrzebował kogoś.
Kogoś prawdziwego, kto przytuliłby w czysto przyjacielski sposób,
uśmiechnął się i powiedział, że będzie dobrze, nie zważając
na to, ile nieprawdy kryje się pod tymi dwoma pustymi, nic nie
znaczącymi słowami. Każde jego smutne spojrzenie w moim kierunku
domagało się troski, protekcji. Ochrony. Mimo, że przecież
nic złego nie miało się stać.
Poczułem
uścisk w żołądku, gdy w najmniej oczekiwanym momencie w naszej
grupie pojawiła się Raina. Nie spodziewałem jej się, chociaż z
drugiej strony nieobecność na pogrzebie koleżanki byłaby z jej
strony nie tylko nietaktem, ale także czymś niebywałym. Czymś, co
mogłoby naruszyć jej renomę i sławę. Dopiero wtedy uświadomiłem
sobie, jak bardzo pomyliłem się, gdy zakładałem, że zwyczajnie
nie przyjdzie. Zrozumiałem, że ona by czegoś takiego po prostu nie
zrobiła.
Jak
na nią przystało, prezentowała się nienagannie. Jej ponownie
czarne, długie, błyszczące włosy idealnie kontrastowały z bladą
cerą, podobnie jak czerwona szminka, którą podkreśliła swoje
pełne usta. Musiała założyć dość krótką sukienkę, bo żaden
inny materiał nie wystawał spod bezbłędnie skrojonego płaszcza
kończącego się nieco powyżej jej kolan. Wysokie szpilki
wyszczuplały jej i tak szcupłe nogi, których zapewne zazdrościło
jej sporo konkurentek. Z oddali przyglądałem się jej, gdy podeszła
do zapłakanej pani Falke i z kapitalnie wiarygodnym smutkiem na
twarzy zaczęła składać jej kondolencję. Wszyscy byli tak
pochłonięci przyglądaniem jej się, że nawet nikt nie
odpowiedział na nieśmiałe powitanie Franka. Odwróciłem wzrok na
przyjaciela. Pewnie nawet nie zwrócił na to uwagi.
Raina
podeszła do nas, witając się z nami lekkim skinieniem, co
przypominało bardziej ruch głowy porcelanowej laleczki niż zwykły
gest na powitanie, po czym z niebywałą lekkością jak na kobietę
w tak wysokich szpilkach wyminęła bliźniaki, by chwilę później
już składać ciche kondolencje Frankowi. Odsunąłem się na
bezpieczną odległość, jednak nie spuszczałem z niej wzroku. Coś
z nią było nie tak. Coś mi nie pasowało. Ale nie mogłem
zrozumieć, co. Zresztą.. już dawno zauważyłem, że z tą
dziewczyną było coś nie w porządku.
Gdy
kilka osób przed nami zaczęło wsiadać do aut, poczułem jak
Franek bierze mnie pod rękę i delikatnie ciągnie w stronę
samochodu jego cioci. Bez zająknięcia ruszyłem za nim. Aż mi się
lżej na sercu zrobiło. Niby nic nie powiedział, niby o nic nie
poprosił, ale wystarczył taki drobny gest, żebym poczuł się
potrzebny. Wartościowy. To bardzo miłe uczucie, jeśli wiesz, że
jesteś potrzebny komuś, kogo kochasz.
Droga
na cmentarz nie zajęła nam zbyt dużo czasu i byłem z tego
niezmiernie zadowolony, gdyż podczas pokonywania dystansu z osiedla
na drugi koniec miasta w aucie pani Justyny panowała grobowa cisza.
Jak na złość, nie było to takie odprężające milczenie, a
raczej jedno z tych niezręcznych, gdy żadna ze stron nie wie, co
powiedzieć. Mała Martynka tylo przerywała ją od czasu do czasu,
śpiewając z cicho z radiem. I tylko tyle. Zdecydowanie mi to nie
wystarczało i miałem wrażenie, że pani Jabłońska odczuwa to
samo. Jedynie Franek wydawał się zupełnie niewzruszony ogólnym
milczeniem. W ogóle odniosłem wrażenie, że nie zwracał uwagi
kompletnie na nic, przebywający myślami zupełnie gdzie indziej,
zaciśnięty w ryzach innego świata, tkwiącego w jego głowie. I
znów poczułem ścisk w żołądku. Martwiłem się o niego jeszcze
bardziej. Pewnie nawet nie miał o tym pojęcia.
Na
miejscu kolejna grupa osób – mniej lub bardziej mi znanych –
zaczęła składać kondolencje rodzinie zmarłej dziewczyny. Zarówno
Jabłonski jak i ja zauważyliśmy sporo osób z naszej szkoły i
przypuszczam, że to właśnie był powód dla którego brunet
pociągnął mnie wgłąb niezbyt przyjaznego dla oka cmentarzyska.
Nie dziwne. Na samą myśl o przyjmowaniu masowych wyrazów
współczucia chyba nie zrobiło mu się za dobrze. Ale tamci nie
byli w stanie tego zrozumieć. A dla niego wszystko było po prostu
za świeże, za nowe. Dziwiłem się, że jeszcze nie powiedział mi,
żebym dał mu czas i zostawił samego. Ale też strasznie cieszyło.
O wielę bardziej niż dogłębne zwiedzanie cmentarza, na które
właśnie się zanosiło.
-
Chcesz iść do mamy? - zwolnił i zerknął na mnie już suchymi,
spokojnymi oczami. Zdziwiłem się, głównie dlatego, że oprócz
kondolencji, jeszcze nikt nie poruszył tematu śmierci mojej mamy.
Widzieli, że to było dla mnie coś trudnego, coś o czym nie chcę
rozmawiać. Znali mnie, czekali aż sam powiem, że już wsystko w
porządku. Ale nie było w porządku. Wychodziłem wszędzie, gdzie
chcieli mnie zabierać, z czystej grzeczności. Uszanowali to.
Dlatego właśnie zdziwiło mnie to, że Franek o to spytał.
Nie
za bardzo wiedziałem, co powinienem mu powiedzieć, więc tylko
pokiwałem leciutko głową. Na dobrą sprawę już od jakiegoś
czasu chciałem wybrać się na cmentarz, ale nie miałem odwagi.
Tak, nie przepadam za takimi wypadami. Ale wtedy wydawało mi się,
że to był dobry moment.
-
To dobrze. - kontynuował – Bo wiesz.. Nie chcę tam być. Nie chcę
na to
patrzeć. No.. później i tak będę musiał, ale nie
zniósłbym tej godziny. -Nie odpowiedziałem, jedynie skręciłem we
właściwą alejkę i ruszyłem nieco szybszym krokiem. Zaraz mi
dorównał, wciąż nie puszczając mojego przedramienia. - Który
dzisiaj jest? - zerknął na mnie pytająco. Zastanowiłem się.
Pewnie bym nie pamiętał, jednak aż za dobrze utkwiła mi w głowie
klepsydra wisząca na drzwiach szkoły i jej data.
-
Trzydziesty. Dlaczego?
-
Nie wiem. Ale czuję, że coś się stanie. - mruknął cicho,
puszczając mnie i schował ręce do kieszeni.
Szczerze?
Zatkało mnie. To raczej ja miałem jakieś dziwne odpały, gdy
wydawało mi się, że chociażby widzę jakąś dziwną zjawę (tak,
Nadzieja nie pojawiała się na tyle długo, że zdołałem
stwierdzić, że była halucynacją), albo miałem nietypowe
przeczucia. Ale po nim się tego ani trochę nie spodziewałem.
Chociaż miał rację, znów czułem, że coś się stanie. I wcale
nie było mi z tym dobrze. A słysząc, że Franek mówi mi coś
takiego, wcale mi się nie poleprzyło.
Chyba
nie dziwił się, że nic nie mówiłem, bo o nic nie pytał.
Przy
grobie mojej mamy spędziliśmy ponad godzinę, w tym ja jedynie
siedziałem i tępo wpatrywałem się w tablicę z jej nazwiskiem.
Jeśli chodzi o jakieś szczególne rozpaczanie, przeszło mi już
jakiś czas temu, jednak wciąż zastanawiałem się dlaczego. Pewnie
i tak byłem zbyt głupi by znaleźć, lub cudownie dostać odpowiedź
na to pytanie, jednak wciąż chciałem wiedzieć. Jak chyba
większość po stracie kogoś ważnego.
Nie
wiem, skąd on wiedział, ale wyszliśmy na główną aleję w
momencie, gdy przechodzili tamtędy wszyscy, kierując się na
miejsce pogrzebu. Nawet się nie obejrzeliśmy, a szła koło nas
Anka, a dalej reszta szkoły, ubrana na czarno. Raina musiała
zniknąć w tłumie, co samo w sobie było dziwne, jednak nie
widziałem jej nigdzie.
Frank
stał z rodziną, więc przez cały monolog księdza na temat zmarłej
i życia po śmierci, jak i opuszczania trumny do grobu stałem w
towarzystwie nikogo innego jak Dubińskiej. Wydawała się nieco
zaniepokojona nieobecnością Rainy, która powinna wiernie stać u jej boku, jednak udawała, że wszystko jest
w zupełnym porządku. Ja też nie zamierzałem o nic pytać. Dopóki,
znudzony, nie rozglądnąłem się za siebie.
Raina
stała kilka metrów za grupą. Miała spuszczony wzrok i znaczną
część twarzy zakrytą bukietem czerwonych, delikatnie rozwiniętych
róż, idealnie pozbawionych kolców. Musiałem pohamować się, żeby
nie otworzyć ust z przerażenia i zdziwienia jednocześnie. Obok
niej stała dziewczyna. Dokładnie ta sama, która kilka godzin
wcześniej przyśniła mi się i która wołała mnie w śnie
kilkakrotnie. Przyglądając jej się na żywo byłem pewien, że
jeśli ktoś ją teraz zobaczył, wiedział, że już nie Raina jest
zjawiskowo piękna tylko właśnie ona. Długa, czarna suknia była
jeszcze dłuższa niż w moim śnie, a gorset opinał ją jeszcze
ciaśniej. Jednak nie to mnie dziwiło. To wydało się wręcz
normalne, tak jak czarne jak węgiel oczy, biała skóra i strasznie
długie, ciemne włosy. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego jej kontury
są postrzępione i rozrywają się na malutkie kawałeczki wraz z
powiewami wiatru. Skojarzyła mi się z tym, co zawsze zostawało po
Nadziei, gdy znikała, uznając, że i tak nie przegada mi do rozumu
– z białymi płatkami rozmywającymi się w powietrzu.
Poruszała
delikatnie czerwonymi jak krew ustami, jakby mówiła do Rainy coś
ważnego, jednak chcąc żeby nikt inny tego nie usłyszał. Gdy
spojrzała na mnie, Raina również podniosła wzrok. Odwróciłem
się, zawstydzony.
Nie
wiedziałem, co to było. Czy znów zaczynałem widzieć dziwne
rzeczy, czy po prostu wyobraźnia płata mi figle.. Musiałem mieć
naprawdę dziwną minę, bo nawet Anka zerkała na mnie pytająco.
Spuściłem tylko wzrok, jednak nie mogłem opanować chęci
zerknięcia na nie jeszcze raz. I to zrobiłem.
W
momencie, gdy spojrzenia dziewczyny ze snu i moje spotkały się,
zerwał się wiatr. Wyjątkowo silny. Uderzył w jej rozmyte kontury,
rozwiał jej włosy i rozsypał ją na drobne, czarne płatki. Zanim
zniknęła, wypuściła z ręki kartkę, która poleciała w moim
kierunku, zatrzymując się między płatkami róż w moim bukiecie.
Wziąłem ją w ręce.
Napis,
rozmyty i falujący trwał na niej przez chwilę, ale gdy tylko
ruszyłem dłonią, rozmył się jak tamta.
Zdążyłem
przeczytać. Na świstku napisane było "Ona nie musiała
zginąć".
Jestem wzruszona dedykacją, podziękowaniami i uwzględnieniem mojego żartu na wyższym poziomie abstrakcji. Co do rozdziału, bo skoro jestem na bieżąco, to mogę się rozpisywać, bardzo mi przypadł do gustu. Być może zaryzykowałabym nazwania go ulubionym, ale mogłoby to być spowodowane tym, że nie czytałam go w pośpiechu i mogłam spokojnie ogarnąć twój charakter tekstu pisanego, który mi przypadł do gustu tak jakoś. Dobrze się czyta, co dopiero dzisiaj mogłam stwierdzić. Jest shiza, jest koszmar i pogrzeby, mniamuś! I jest kolejna Ona, a ja wiem kto to :p
OdpowiedzUsuńDedykacja? Dla mnie? Och, jak mi jest strasznie miło *.*
OdpowiedzUsuńCo do rozdziału. Jakiś krótki mi się wydawał xD Nie zmienia to faktu, że bardzo mi się podobał. Jak już napisałam w poprzednim komentarzu, nie żal mi Gabi. Bo ona od samego początku była fałszywa i dwulicowa. I tyle! Gerdziowi wydaje się, że mu odbija. Czuję, że on wcale nie jest psychiczny, a Raina i jej znajomi nie są ludźmi. Tylko o co chodzi z tym liścikiem "Ona nie musiała zginąć"? I dlaczego jej koleżanka postanowiła nawiedzić Fabiańskiego we śnie? Zlituj się nad Gerdem, bo on niedługo zgłupieje xD
Dopiero teraz zauważyłam, że nagminnie popełniasz jeden błąd interpunkcyjny. Pokażę na przykładzie. O tu np.:"- To dobrze. - kontynuował". Przed myślnikiem kończącym wypowiedź kropki NIE STAWIAMY!
No, to tyle z mojej strony. Pozdrawiam i morza weny życzę.
(dawniej MissCaliffo)
hmmm... nie wiem co powiedziec... super odcinek (jak zwykle), podoba mi sie ta dziewczyna ze snu Gerda ( tez sie domyslam kto to jest) :)
OdpowiedzUsuńPS dzieki za dedykacje :3
Schiza, schiza, schiza zbliża się wielkimi krokami! :3
OdpowiedzUsuńDzięki za dedyk, jak chcesz, mogę Cię tak częściej motywować :>
Cóż to za piękne dziewczę o krwistoczerwonych wargach jest? *nuci sobie pod nosem*. Serio. Ciekawam jest. Franek taki przybity... ;( Wszyscy tacy przybici ;( Ja taka nieprzybita :) Tylko ta Raina jest dla mnie cały czas zagadką. Jest dziwna. Jest tajemnicza. Jest piękna. Sieje śmierć na każdym kroku... *pociera podbródek* Walisz schizą, nic się nie wyjaśnia. Co to za dziewczyna do chuja pana? Ale chyba się w niej zakochałam *.* Ubóstwiam tę postać. I koniec . .
-> red like a blood <-
Jezu, to było świetne *_* Jestem tym cholernie zachwycona, mimo, że w tym momemncie powinnam uczyć się do biologi... ale nieważne, odcinek był ważniejszy XD I jestem w ogóle z ciebie dumna, bo dialogów tu nie było prawie w ogóle. A bez dialogów, to trzeba umieć pisać! <3 Ale czekaj, bo ponownie w komentarzu odbiegam od tematu 8D Raina mi się cholernie nie podoba i mam ochotę ją normalnie zastrzelić D: Jak ona może być aż tak okrutna -_- No i biedny Franek. I Gerdo. W ogóle teraz w rozdziałach sam smutek :D Ale no, fajne to było :3 [fools-for-love.blogspot.com]
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez administratora bloga.
OdpowiedzUsuńUsunęłam, bo chciałam wstawić od nowa - nie podpisałam się. Nie wiedziałam, ze zostanie takie coś, jak wyżej. ^^' I jakby coś, to pisze Dead!.
Usuń"Noo, w końcu mogę skomentować. ^^
Chyba nigdy Ci nie mówiłam, że lubię Twoje opowiadania, nie? I przyznaję, to było z zazdrości. Nadal jestem zazdrosna, cholernie zazdrosna, ale muszę to powiedzieć - wszystkie Twoje opowiadania i one shoty lubiłam, lubię i będę lubić. =]
Może ta dziewczyna ze snu nie powinna mi przypaść do gustu, ale lubię ją. I Gerarda też. I Franka. I Ankę, Olka, Olkę, Natalię, Michała i resztę. <3 I trochę mi szkoda, że już July nie ma, no, ale narzekać nie będę. Bo na co? => Przecież zajebiste ghost town jest, co się będę nad sobą rozczulać. XD
Ja chce wiedzieć, kto to jest ta dziewczyna ze snu (z jawy resztą też). Bo ona się wydaje fajna być. ^^
I szkoda mi Franka. :< Na pewno mu lezy na sumieniu i dusi. ;<
Fraaniu. Wystarczy poprosić, Gerdziu cię przytuli, noo. <3"