niedziela, czerwca 23, 2013

one of hundred sleepless nights

Ciemnowłosy mężczyzna z pewnym wyrazem twarzy napełnił wyjętą z kieszeni śnieżnobiałego kitla, dwudziestomililitrową strzykawkę przeźroczystym płynem. Jego wąskie, różowe wargi wyginały się w lekkim uśmiechu zadowolenia. Doskonale wiedział, że jeśli tym razem znów mu się uda, jeśli znów podziała, będzie to ogromny przełom. Prawdziwa gwiazdka z nieba, strzał w dziesiątkę. Na skalę krajową, jak nie światową. No, i przede wszystkim udowodni przed samym sobą jak dobry jest w to, co robi. Co prawda, nigdy nie miał problemów z wiarą w siebie – nie taki ideał jak on – jednak każde kolejne osiągnięcie, każdy nowo osiągnięty cel napawał go dumą. Chorą wręcz satysfakcją. Bo to, z jaką mocą podziwiał swoje własne osiągnięcia nie należało do normalnych.

- Dożylnie czy podskórnie? - spytał lekko niepewny chłopak, z wyglądu wysoki i dobrze zbudowany. Miał na imię Brian i po raz pierwszy w życiu miał zostać tak ważnym eksperymentem, a co za tym szło, był trochę zestresowany. Przełknął głośno ślinę, widząc, że mężczyzna odpowietrzył strzykawkę i chwycił go za przedramię.
- Dożylnie, rzecz jasna. Szybciej dotrze tam, gdzie trzeba – powiedział ciemnowłosy i uśmiechnął się delikatnie. Ten uśmiech wydał się Brianowi nieco sztuczny, jednak udał, że tego nie widzi. - Wyprostuj rękę i obróć ją do mnie.
Znajdowali się właśnie na dużym, otoczonym bieżnią boisku, położonym w samym sercu Clairemont High School – szkoły z internatem dla wybitnie uzdolnionych dzieciaków, czy to w dziedzinie matematyki, czy sportu. Nie byli sami – wokół nich, w białych mundurkach, gromadzili się uczniowie zwiewający z lekcji na rzecz oglądania tego wielkiego wydarzenia. Ten eksperyment miał być przełomem, więc każdy, bez wyjątku był po prostu ciekawy. Chłopak wykonał polecenie, jednocześnie odwracając głowę, nie chcąc przyglądać się temu, jak wbijają mu igłę w żyłę. Co jak co, taki widok nie należał do przyjemnych.
Mężczyzna bez wahania usztywnił rękę chłopaka w silmym uścisku, po chwili wkłuwając się do połowy w jego żyłę, wyraźnie odznaczającą się na tle lekko opalonej skóry. Powoli, z sztucznie obojętną miną zaczął wpuszczać przeźroczysty płyn w jego krwioobieg. Pacjent syknął. Nie było to przyjemne uczucie, dodatkowo okolice wkłucia piekły go niemożliwie.
- No, jeszcze troszeczkę... - mruknął ciemnowłosy, ani trochę nie przyśpieszając, mimo, że została jeszcze ponad połowa strzykawki.
- Ale... to piecze! - syknął chłopak, zagryzając wargę, nieco spanikowany zerkając na rękę. 
- Spokojnie, Brian, popiecze i przestanie – wpuścił w niego ostatnie krople i wyciągnął igłę. - Jak się czujesz?
Po twarzy młodego pacjenta przebiegło coś w rodzaju dozy niezdecydowania i zastanowienia. Nie czuł się jakoś nadzwyczajnie – no, może poza tym, że wydawało mu się mieć nieco więcej siły. To jednak było w tym wypadku oczywiste. 
- Myślę, że całkiem dobrze – przyznał.
- Żadnych zmian? - brunet uniósł nieco swoje idealnie równe, ciemne brwi.
- Czuję, jakbym był trochę silniejszy, wie pan, i...
- I...?
- ...I miał więcej energii?
- Bardzo dobrze. Świetnie – mruknął cicho, oglądając miejsce w którym jeszcze przed momentem tkwiła igła i na wszelki wypadek przycisnął do niego wacik. - Zaraz pobiegniesz, dobrze?
Brian pokiwał głową, po chwili samemu przytrzymując watkę w zgięciu ręki. Wszystko w nim pulsowało, bynajmniej nie było to niekomfortowe. Ciepło i towarzyszące mu mrowienie rozchodzące się na całej długości ciała chłopaka samo w sobie dodawało mu pewności; co więc musiał czuć, przygotowując się do biegu? Krew przyśpieszyła, serce wbijało mu się w klatkę piersiową z każdym ostrym uderzeniem, ale czuł się dobrze. Przygotowywał się, umyślnie ignorując zaciekawionych uczniów otaczających bieżnie całą grupą. Kiełkowała w nim potrzeba zaprezentowania swojej ważności i przydatności, szczególnie przed pewnym powodzenia profesorem. Zaczerpnął do płuc najwięcej powietrza, ile tylko mógł. Przymknął oczy. Postawił pierwszy krok. A później kolejny, następny. Spokojny trucht w niedługim czasie zmienił się w całkiem prędki bieg. Czuł na twarzy ostre powietrze gdy przyśpieszył do tego stopnia, że spokojnie mógłby wyprzedzić pojazd. Rosła w nim duma za każdym razem, gdy jego stopy stykały się z wilgotną nawierzchnią. A najpiękniejsze było to, że mógłby tak bez końca. Mięśnie nie wołały o odpoczynek, czegoś takiego jeszcze nie czuł.
Na twarzy bruneta, stojącego nieruchomo i wciąż trzymającego w ręce strzykawkę, pojawił się szeroki uśmiech. Właśnie dokonał czegoś niezwykłego. Bo ten, biegnący bieżnią chłopak bez trudu potrafił pędzić w tempie dobrze rozpędzonego auta.
~ ~

Nieco roztargniony opadł na swoje krzesło w sali konferencyjnej, bezszelestnie. Michael zerknął na niego karcąco, kontynuując swój monolog o ankietach dotyczących warunków panujących w szkole. Ten zignorował go, przysuwając się do stołu.
- ... A co za tym idzie, uważam, że warunki placówki są sp...
- Przepraszam, że przerwę – odparł jakiś mężczyzna, odkładając papiery i przeniósł wzrok na ciemnowłosego. Monolog Michaela stracił znaczenie. - Panie Way... Przeprowadził pan już laboratoryjne badania nad próbką nowego leku?
Na twarz nowoprzybyłego Gerarda wstąpił uśmiech.
- Labolatoryjne, owszem, ale to jeszcze nic – odparł z dumą, wymownie opierając się na swoim krześle. Michael zerknął na niego pytająco. Ponownie go zignorował. Będzie miał niespodziankę. - O jedenastej przetestowałem lek na jednym z moich uczniów. - Po sali przeszedł pomruk uznania. Brat spojrzał na niego z niedowierzaniem. 
Gerard podniósł się i podszedł do rzutnika, podpinając swój laptop.
- Tak jak myślałem, Brian był w stanie rozpędzić się mniej więcej do stu kilometrów na godzinę pod wpływem mojej substancji – kolejna fala cichych rozmów rozeszła się po sali. - Jeśli tylko mój brat pozwoli, chętnie przybliżę państwu jego działanie. Mikey?
Spojrzenia przeniosły się na młodszego z braci, dyrektora szkoły. Ten tylko pokiwał głową, przyjmując wygodną pozycję. Wyglądał na spiętego, czy nawet zestresowanego, ale to nie było to. Po prostu nie wierzył. Nie wierzył, że to, na co jego starszy brat pracował przez całe życie w końcu mu się udało. Wiedział, co to znaczy. Pozostali również wiedzieli. To był po prostu przełom. Michael odetchnął cicho, widząc spojrzenie Gerarda mówiące, że może się cieszyć.
Starszy Way uśmiechnął się lekko. Udało mu się ze skutecznością leku, ale to była dopiero połowa sukcesu. Żeby ktokolwiek mógł go używać, komisja musiała przetestować go na własną rękę i zatwierdzić, co było dla niego niezwykle pod górkę. Dla nich. Dla niego i Mike'a. Dla innych, którzy mogliby go używać.
- Jak spytał pan Wilshere, badania labolatoryjne zostały przeprowadzone już dawno. - Na ścianie pojawił się piewszy slajd wyświetlony przez rzutnik. - Dziś rano otrzymałem pełne wyniki, rozpis, morfologię substancji, przez co podjąłem decyzję przetestowania leku na pierwszym uczniu. Brian jest normalnym chłopcem, wyjątkowo dobrym z języków, lubiącym grać w piłkę z kolegami. To właśnie on był pierwszą osobą, której podałem substancję.
- A miał pan pewność, że nic mu się nie stanie? - spytała blondwłosa, siedząca niedaleko Michaela, na przodzie. Gerard zerknął szybko na jej plakietkę, kontrola bezpieczeństwa. Uśmiechnął się życzliwie.
- Owszem – obraz na ścianie przedstawiał rozmaz krwi, w której użyty był lek z odróżnieniem płytek krwi, leukocytów, erytocytów i osocza. - Ilość erytocytów nie przekracza sześciu milionów na jednym milimetrze krwi. Teoretycznie żyją do czterech miesięcy, praktycznie rozkładają się o wiele szybciej, miażdżone nowymi, zdrowymi krwinkami. Ich barwnikiem jest białko, hemoglobina. Jak wiadomo, łączy ona tlen, który krwinka w przeciągu minuty transportuje do każdej komórki ciała. Substancja, którą stworzyłem, jak niemalże każdy inny lek łączy się z hemoglobiną, tyle, że w odróżnieniu od innych specyfików, w przypadku nietolerancji na którąś z substancji czynnych powoduje rozkład erytocytu. Jeśli nie ma żadnych przeciwskazań, by zadziałał, robi to – mięśnie stają się bardziej odporne, przystosowane do wysiłku fizycznego. Od kondycji zależy, jak szybko możemy wtecy pobiec, jak intensywnie możemy ćwiczyć. To sprawa zupełnie indywidualna. Brian, dość wysportowany, rozpędził się do normalnej prędkości auta. 
- Macie nazwę dla tego cudeńka? - spytała dalej kobieta.
- Jak na razie nie.
- To trzeba będzie ją wymyślić, bo w bliskiej przyszłości na pewno wprowadzicie go na rynek.
Blondwłosa posłała braciom wymowny uśmiech, jednak wyraźnie na Michaelu dłużej zawiesiła swój pewny wzrok. Mężczyzna odpowiedział tym samym, odprowadzając ją wzrokiem do samych drzwi. Opuściła salę, a za nią, niemal od razu, reszta zebranych, dyskutując głośno. Bracia zostali sami.
- Nie wierzę – Michael podszedł do brata, obejmując go w geście gratulacji. - Jak się czuje chłopak?
- Z tego co wiem, doskonale. Był z siebie dumny. Zwolniłem go z zajęć, rozumiesz, mięśniom należy się trochę odpoczynku – uśmiechnął się niewinnie, bo w końcu nie powinien zwalniać z zajęć. Był jednak pewien, że w tym wypadku brat zrozumie. 
- W porządku – blondyn pozbierał swoje rzeczy, wziął klucz i ruszył powoli do wyjścia, wyraźnie szukając kogoś wzrokiem.
- Podobała ci się, co? - zagadnął starszy, trącając go w bok z wariackim uśmiechem. Gerard miał zapewne na myśli blondynkę z kontrolą. Michael zmieszał się i zgromił go wzrokiem.
- Daj spokój. Nie ta klasa – prychnął, po czym skinęli na siebie oddalając się. Dotarł do zakrętu, ale przypomniał sobie o czymś. Odwrócił się. - Gerard?
- Hm?
- Nie zdrabniaj mojego imienia przy takich ludziach, co?
Gerard nie odpowiedział, po prostu się zaśmiał. To właśnie cały jego głupiutki Mikey.

~ ~

Wpisał do dziennika klasy trzeciej c kolejne kilka pozytywnych ocen z kartkówki. W sali, mimo czasu wolnego, mało kto odzywał się głośno. Gerard Way nie był typem nauczyciela, którego uczniowie się bali. To był po prostu szacunek. Ta niewielka grupka ułożonych, młodych ludzi po prostu go szanowała.
Zamknął granatowy wykaz ocen wstając i oparł się o biurko.
- No, to o czym rozmawiamy?
Od razu minimum jedna trzecia klasy uniosła ręce. Udzielił głosu siedzącej w pobliżu Adair.
- Jak się czuje Brian? - spytała z przejęciem, patrząc na niego dużymi, niebieskimi oczami.
- Dobrze – odparł profesor od razu, pewnie. 
Chłopak czuł się przecież bardzo dobrze, więc mówił im całą prawdę. Jego lek nie szkodził. Był wspaniały. Był substancją, która miała pomóc ludziom, ulepszyć ich życie, był krokiem do przodu. A chłopak, który zażył go jako pierwszy, Brian... Był w mniemaniu Gerarda szczęściarzem. Przecież żadnemu innemu uczniowi nie miał już podać tej substancji. 
- Ale nie ma go! - pisnęła płaczliwie. Ruszył do jej ławki i siadając na krześle obok, wyjął z kieszeni chusteczki, które jej podał.
- Adair... Briana nie ma, ponieważ zwolniłem go z zajęć. Pod wpływem substancji przeciążył swoją codzienną kondycję conajmniej czerokrotnie. Z chwilą, gdy działanie leku ustąpiło, ciało odebrało wysiłek o wiele, wiele bardziej. Jest zmęczony, ale myślę, że możesz odwiedzić go po lekcjach.
- A jak w sumie działa pana lek? - zapytał kto inny, więc Gerard przeniósł wzrok na osobę nim zainteresowaną.
Był to drobny, zapewne również niski chłopak obdarzony dużymi, czekoladowymi oczami, bladą cerą i mocnym rumieńcem w górnej części policzków. Ciemnobrązowe, średniej długości włosy opadały mu na chłopięcą twarzyczkę; wyglądał bardziej jak gimnazjalista, niźli uczeń liceum. Z iskierką niezwykłej inteligencji w oczach przyglądał się nauczycielowi, jednak było widać, że troszeczkę się obawia. Gerard zatrzymał się przy nim.
- Zmniejsza wysiłek fizyczny. Po prostu, możesz wynonać większą pracę mięśni z użyciem mniejszej siły, jeśli go zażyjesz. Dlatego mięśnie, pracujące podczas jego użycia są zmęczone o wiele bardziej, niż po normalnych ćwiczeniach. Rozumiesz?
Chłopak pokiwał głową. W jego oczach było widać, że załapał bez problemu.
- Jak się nazywasz? - dopytał Way, wracając do biurka.
- F-frank. Frank Iero – odparł nieśmiało chłopak, odgarniając grzywkę za ucho. Gerard uśmiechnął się ciepło, ale tamten zaraz uciekł wzrokiem, rumieniąc się jeszcze bardziej.



- A hemofilia? Na czym polega? - pytanie padło konkretnie. W klasie panowała zupełna cisza, jedyną osobą, która miała głos, była odpytywana właśnie z biologii Alberi.
Gerard wstał od biurka, wziął kredę, podszedł do tablicy. Napisał na środku “A”, otoczył kółkiem po czym poprowadził od tego kilka kresek.
- Hemofilia typu A, o tą dokładniej mi chodzi. Umiesz, prawda?
Brunetka pokiwała głową i poprawiła grzywkę. Miała jeszcze kilka sekund, powtarzała w głowie, widząc, jak nauczyciel biologii siada na swoim miejscu.
- Więc... Jak każda hemofilia, polega na zbyt małym krzepnięciu krwi. Jest dziedziczna, w przypadku hemofilii A chorują tylko mężczyźni, kobiety są nosicielkami. Tak samo, jak w przypadku daltonizmu. Ech... - przystopowała, próbując przypomnieć sobie coś więcej. Zawsze stresowała się przy odpowiedzi. - I hemofilia A jest najczęstszą ze wszystkich.
- Dobrze, dobrze – Way pokiwał głową, otworzył jej zeszyt, przebiegł wzrokiem po starannie zapisanych notatkach z ostatniej lekcji. - No, panno Morgensten, będzie pięć – podniósł na nią wzrok pełen satysfakcji. Wiedział, że gdyby nie stres, powiedziałaby wszyściutko płynnie, bo umiała. Gerard ngdy nie zaniżał ocen, wręcz lubił naciągać stopnie. Był wyrozumiałym nauczycielem.
Uczennica odebrała zeszyt, cała w skowronkach uciekając do ławki. Gerard zamknął dziennik. Nie miał zamiaru więcej pytać, przecież pewnie i tak wszyscy mieli opanowane całe trzy tematy wstecz. Satysfakcjonowało go to. To też był szacunek. Polecił im przepisanie notatki z tablicy, później miał zamiar ją omówić.
- Proszę pana? - dostrzegł cień przy biurku, podniósł wzrok. Stał przy nim Frank, Frank Iero, uczeń zawsze przygotowany do tego stopnia, jak rumieniły się jego policzki.
- Tak? - widział, że wyraźnie go onieśmiela, tylko dlaczego? Może faktycznie był zbyt bezpośredni wobec tych uczniów? Będzie musiał to przemyśleć. Ale na razie uśmiechnął się życzliwie.
- Bo wie pan... Ja chciałbym się zapisać na kółko – powiedział lekko, spuszczając wzrok, ale zaraz ponownie na niego spojrzał. Uśmiechnął się, chyba po raz pierwszy. Gerard uznał to za dobry znak.
- A naprawdę tego potrzebujesz? - zaśmiał się cicho. Przecież Frank miał w dzienniku niemal same piątki. Mimo to, Way'owi imponowało to zainteresowanie.
- No... trochę tak. Poza tym... chciałbym umieć więcej – odgarnął włosy.
Gerard nie dopytywał. Otworzył zeszyt, zapisał go na liście i uśmiechnął się.
- Wtorek, piętnasta – powiedział pogodnie. A Frank, uśmiechnięty, wrócił do ławki.



- Nadal nie rozumiem – Roodey patrzy na Gerarda zawiedziona. Rozwiązuje zadanie z chemii, wyjątkowo trudne wiązania. Way zawsze pomagał im na kółku, ale tym razem załatwia coś z jakimś gościem, przy drzwiach. Blondynka niecierpliwi się. Frank postanowił zerknąć. Przecież sam jest z chemii świetny. 
- Pokaż – usiadł koło niej, a ona podsunęła mu zeszyt. Przeczytał kilka razy. Fakt, nie było zbyt łatwe, ale jeśli udałoby mu się wytłumaczyć je dziewczynie, powinna załapać. Wziął kartkę i rozpisał po swojemu.
Normalnie pewnie nie przyznałby się przed dziewczyną, że umie. Jakoś nie przepadał za nadmiernym kontaktem z kolegami i koleżankami z klasy, ale... Chciał być wartościowy w oczach profesora, bez żadnego testowania leków i dziwnych substancji. Chciał pokazać się z lepszej strony i zostać pochwalonym. Wiedział, że zapisanie się na zajęcia samo w sobie sprawi, że Way spojrzy na niego jeszcze przychylniej. Lubił go, Frank też. Ale mimo to, chciał, żeby nauczyciep polubił go bardziej.
W kilka minut objaśnił blondynce o co chodzi, co z czym łączyć, a czego pod żadnym pozorem nie zmieniać. Zrozumiała bardzo szybko. Udało jej się nawet ubłagać Franka, by siedział z nią, dopóki nie skończy i mówił, gdyby się pomyliła. W istocie, było to dla Franka miłe. Taka... przydatność. Dzielenie się wiedzą z kimś innym. Po kilkunastu minutach wrócił na swoje miejsce uśmiechnięty.
- Panie profesorze! - Roodey dopadła Gerarda niemal natychmiast, ledwo zdążył zamknąć za sobą drzwi do sali. - Frank pomógł mi zrobić zadanie z chemii i wytłumaczył mi wszystko!
- Frank? Naprawdę? - na twarzy Gerarda gdy spoglądał na ucznia, wyraźnie malowała się duma. Co jak co, ale takiej otwartości po nim się nie spodziewał. Było to miłe zaskoczenie. - To świetnie. 
A Frank widział, że ta radość nauczyciela była autentyczna.



Bez zapalania światła wykradł się ze swojej sypialni, ostrożnie zamykając drzwi, by nie obudzć współlokatorów i innych uczniów, czy nie daj boże nauczycieli. Mniej więcej wiedział, w którą stronę iść. Nie wiedział, po co to robi. Albo wiedział, a bał się przyznać przed samym sobą. Boso przemierzał korytarze, w końcu opuszczając teren internatu i dotarł na klatkę schodową, tę główną, po środku szkoły. Instynktownie ruszył w górę. Wątpił, by labolatorium było daleko stąd. A nawet jeśli, miał przy sobie telefon, mógł go poszukać, przyświecając sobie. Jednego był pewien – tam go znajdzie. 
Przeszedł całe drugie piętro, mijając salę biologiczną. Nie znalazł nic. Już miał zejść niżej, gdy pomyślał by poszukać jeszcze na trzecim piętrze. Tam przecież nikt nigdy nie miał lekcji, a profesor Way często znikał na tym piętrze... Niepewny, ruszył w stronę schodów i wyszedł wyżej. Pierwsze drzwi były zastawione stołem, więc automatycznie nie mogło być to labolatorium. Takie miejsce kojarzyło się Frankowi raczej z nowoczesnymi, przeszklonymi drzwiami, niźli tymi zwykłymi, drewnianymi. Powinno na nich coś pisać, na przykład "Gerard Way – biolog i chemik", no, przynajmniej w mniemaniu Franka. A on jeszcze nigdy żadnego labolatorium nie widział. 
Ale dalej żadnych przeszklonych drzwi nie było. Prawda, trochę go to zawiodło. W końcu ulubione miejsce profesora nie mogło znajdować się zbyt daleko, nie mogło być ukryte, nie było takiej potrzeby; Frank był chyba pierwszym, kto chciał w ogóle tam iść. Bo wątpił, by jego poprzednicy wpadli na równie szalony plan, jakim było szukanie profesora w środku nocy w labolatorium.

A jednak, opłacało się. Znalazł to, co chciał.
Stał właśnie przed gładkimi, szarymi drzwiami z wypisanym imieniem i nazwiskiem profesora. Trafił. A jednak. Już nawet nie liczył, że mu się uda. Teraz zastanawiał się tylko, zapukać, czy po prostu wejść. Nie chciał czekać, nacisnął klamkę.
Ku jego ponownemu zdziwieniu, było otwarte. Wszedł do środka, mrużąc oczy. Było nieco zbyt jasno. Zamrugał, rozglądając się, zaglądając między kolorowe od pełnych fiolek regały. Pomieszczenie wydało się puste. Ale... czy ryzykowałby, zostawiając tyle substancji w otwartym pomieszczeniu? Raczej nie, na pewno nie.
Frank szedł wgłąb, wcześniej cicho zamykając drzwi. Tylu probówek z wielokolorowymi substancjami jeszcze nigdy nie widział. Zastanawiał się, do czego są poszczególne płyny, były nawet podpisane, ale nie miał głowy, by rozmyślać nad sensem dziwnych, często łacińskich nazw. Przyszedł tu, w sumie bez większego celu, jednak na pewno nie po to, by zgłębiać zawartość wysokich regałów.
Usłyszał jakiś cichy dźwięk w odległym końcu labolatorium. Jednak nie był sam. Uśmiechnięty, przyśpieszył kroku. Bo przecież kto inny, jak nie Gerard mógłby tutaj teraz przebywać?
Schował się przy końcu regału. Tak, był tutaj. Frank ucieszył się od razu. Zastanawiał się tylko, czy powinien coś powiedzieć, czy może najpierw wymyślić cel wizyty, żeby nie wyszło zbyt dziwnie. Chociaż... czy jakikolwiek powód wyjaśniałby szukanie profesora po nocy, w dodatku na piętrze, które teoretycznie nie jest przeznaczone dla uczniów? Raczej nie. Więc nie miał powodu. Był spalony.
To nie miało sensu. Westchnął, jeszcze chwilę patrząc na mężczyznę, mieszającego ze sobą substancje, wpisując ich skład w sprzęt. Znów coś tworzył? Tym lepiej, Frank nie miał zamiaru mu przeszkadzać. Wycofywał się powoli.
Trzask.
Jego serce prawie stanęło, gdy zrozumiał co się właśnie stało. Obrócił się nerwowo. Na podłodze, pod jego nogami leżała stłuczona fiolka. Niw było nawet sensu uciekać. Czuł, jak jego serce przyśpiesza, słysząc kroki. Było po nim.
- Frank? - Gerard nie krył zdziwienia, widząc przed sobą ucznia, w dodatku w oblanej jakąś substancją koszulce. Nie dopytywał, od razu zerknął na szkło leżące u stóp chłopaka. Westchnął z ulgą.
- J...ja przep-praszam, c-co zbiłem? - spytał przerażopny chłopak, nie wiedząc, czy może się ruszać, czy nie stłukł jakiegoś kwasu, albo jeszcze czegoś gorszego. Profesor ze spokojem wytarł jego ubranie, widząc, jak chłopak od razu się rumieni.
- Miałeś szczęście, Frank. To zwykły zobojętniacz – powiedział, prowadząc go z dala od stłuczonej probówki. Podadził go na krześle niedaleko swojego miejsca pracy. – Mogę wiedzieć, co tutaj robisz o tej porze? - nie wydawał się zły, raczej troszeczkę zdziwiony. Frank odetchnął z ulgą.
- Ja... Sam nie wiem... - nerwowo odgarnął grzywkę, przyciągając kolana do brody.
Gerard oparł się o blat. Nie miało to sensu, skoro już tutaj zawędrował – musiał mieć jakąś sprawę. Zerknął na zegarek. Była pierwsza w nocy. Zdecydowanie, coś musiało się stać.
- Przyszedłeś do mnie o tej porze bez celu? - zapytał z powątpiewaniem. 
Nie, po prostu chciałem pana zobaczyć.
- No... Nie mogłem spać, pomyślałem, że będzie pan w labolatorium, więc stwierdziłem, że go poszukam, bo w sumie to nie wiedziałem, gdzie się znajduje, no i... Zrobiłem sobie spacer – chłopak czuł, że jego policzki płoną żywym ogniem. Nie chciał tak uwidaczniać reakcji swojego ciała. Było to nie na miejcu, złe i niewłaściwe. Podniósł się i podszedł do blatu. - Co pan robi?
- Testuję – usłyszał w odpowiedzi, gdy Gerard wlał czerwony płyn do wypełnionej niebieską substancją probówki. Nie zmieniła koloru. - Wiesz, udało mi się z tym lekiem, ale nie był to mój jedyny projekt, a jedyny, jaki skończyłem. Teraz pracuję nad innym, jednak nie idzie mi. I brakuje mi eksperymentów.
- Na co będzie ten? - powoli uspokajał się, słuchając kojącego głosu profesora. Był taki mądry, tworzył innowacyjne substancje na własną rękę... Imponowało to młodemu Iero. Way wyraźnie był jego autorytetem, chyba w każdej możliwej dziedzinie. 
- Jeśli się powiedzie, pozwoli korzystać z pełnej zasobności naszego mózgu – odparł, bez żadnej dumy, swobodnie. - Jest niebezpieczny, próbując go ulepszyć, wciąż stwarzam śmiertelną truciznę... - westchnął, przecierając oczy.
Frank zainteresował się.
- Co by się stało, gdyby ktoś to wypił?
- Umarłby. Prawdopodobnie natychmiast.
- Ktoś jeszcze wie, co pan tu trzyma?
Gerard spojrzał na niego niepewnie. Może ktoś go przysłał, by sprawdził, co się tu znajduje? Nie, to nie było możliwe. Z Frankiem by to nie przeszło. Oczy chłopaka zdradzały wszystko, czyli w tym momencie bezgraniczne zainteresowanie. Mężczyzna rozluźnił się.
- Nikt poza mną i tobą.
W tamtym momencie Frank poczuł się wyjątkowo. Poczuł się specjalny. Profesor Way powiedział mu o czymś, czego nikt poza nimi nie wiedział; mieli od teraz wspólny sekret, którego nikt inny nie pozna. Przynajmniej tak twierdził Frank, ba, był pewien, że to już zostanie między nimi. 
- Powinieneś wracać do internatu – powiedział profesor, składając swoje rzeczy. Racja, było przecież późno, w ogóle nie powinien się tu zjawiać, a co dopiero tak się rozsiadać. 
- Racja, racja... - wstał prędko, szykując się do opuszczenia labolatorium.
Ale nie było mu to dane, gdyż już po chwili jego stopy były daleko od ziemi. Kurczowo złapał się koszuli mężczyzny, początkowo zaciskając powieki. On go niósł. Był na rękach samego Gerarda Way'a. To było coś, czego nie potrafił tak po prostu ogarnąć myślami.
W niedługim czasie byli pod internatem. Grerad postawił go na ziemi. Chłopak nie wiedział, czemu na dobrą sprawę został przeniesiony, ale nie miał nic przeciwko.
- Następnym razem nie wybieraj się do labolatorium bez butów – powiedział profesor, uśmiechając się do niego lekko. Frank odwzajemnił uśmiech i jeszcze długo stał w drzwiach, odprowadzając mężczyznę wzrokiem.


Usiadł za biurkiem, otwierając dziennik. Spojrzał po uczniach. Nie miał dziś głowy do sprawdzania obecności. Zerknął na ostatnie tematy z biologii i na wpisaną ołówkiem kartkówkę z układu krwionośnego pod dzisiejszą datą. Musiał zapomnieć, że dziś faktycznie miał zrobić im mały sprawdzian.

- No, to wyciągajcie kartki – powiedział, upijając łyk gorzkiej kawy z brązowego kubka. Klasa spojrzała na nauczyciela zdziwiona.
- Proszę pana... - zaczęła dziewczyna z drugiej ławki. - My mamy mieć kartkówkę jutro.

- Co ty mówisz? - Gerard nie krył zdziwienia. Czyżby nie umieli?
- No... No naprawdę, profesorze. W zeszycie zapisałam, że dwudziestego piątego.
Wziął do rąk dziennik. Klasa druga e, dwudziesty czwarty marca...
- Jesteście druga e, prawda?
- Nie, profesorze. Trzecia b.
Gerard westchnął. Od wczorajszego wieczoru na niczym nie mógł się skupić, jego myśli błądziły wokół tego rumieniącego się na jego widok chłopca z trzeciej c. Nie rozumiał, dlaczego jeszcze nie wyrzucił go ze swojej głowy, dlaczego chodził taki rozkojarzony i w dodatku zabrał dziennik całkiem innej klasy, niż powinien. 
- Przepraszam was... Zaraz przyniosę właściwy – podniósł się, przecierając oczy i ruszył do pokoju nauczycielskiego.



Kwiecień, dwunasty. Frank siedział w labolatorium, na jednym z pustych blatów i machał beztrosko nogami. Od kilku tygodni niemal codziennie towarzyszył Gerardowi w poszukiwaniach właściwej kompozycji kilku diametralnie różnych substancji. Raz cieszyli się z ustalenia choć podstawowej, nieszkodliwej dawki, później wzdychali z niezadowoleniem, gdy dodanie jakiegoś specyfiku powodowało niepowodzenie. Razem bawili się przy tym świetnie. Frank coraz śmielej rozmawiał z mężczyzną, w ogóle rozmawiał coraz więcej, mniej się wstydził i rumienił. Gerard kazał mu nawet mówić sobie po imieniu; tak było prościej i mniej oficjalnie. 
- Gerard? - chłopak uśmiechnął się i spojrzał na niego pytająco.
- Tak?
- Masz już nazwę swojego leku?
- Nie – przyznał trzydziestopięciolatek szczerze, wzdychając po chwili. Kompletnie nie wiedział, jak mógłby nazwać lek, który testował Brian. Może zrobić jakiś konkurs w szkole? Na najlepiej wmyśloną nazwę? To nie był taki zły pomysł.
- Twój brat rozmawiał dziś z tą blondynką. Powiedziała mu, że komisja go zaakceptowała – przyznał się chłopak, a Gerard parsknął śmiechem.
- Śledzisz mojego brata?
- Skąd, słyszałem przypadkiem – prychnął, ale oboje wiedzieli, że tak nie było. Zaczęli się śmiać.



- I jak? - Michael usiadł obok brata przy stoliku w szkolnej jadalni. Postawił przed sobą kawę, standardowo posłodził ją jedną trzecią łyżeczki i upił łyk, parząc sobie język. Gerard znał ten rytuał na pamięć, zbyt często był jego światkiem.
- Co i jak? A jak ma być? - prychnął, wpatrując się w swój niemal pusty kubek po herbacie.
- No, masz nazwę?
- Leku? Nie. Na razie nie mam do tego głowy.
- Cóż cię tak frapuje, braciszku? - blondyn uśmiechnął się kpiąco. No tak, bo pewnie myśli, że poprzestał na tym jednym osiągnięciu! Nie mógł się bardziej mylić.
- Pracuję nad czymś nowym. - kubek został odsunięty na bok, a Gerard spoważniał. - Nad czymś większym. O wiele większym.
- Sukces uderzył ci do głowy, Gee – skwitował młodszy, ale brunet zignorował to.
- Uda mi się, zobaczysz.
- Powodzenia – Michael pokiwał głową z uznaniem.
Ale Gerarda czuł, jakby tym razem brat w niego nie wierzył.



Frank dolał do probówki trochę fioletowej substancji. To, co pierwotnie się tam znajdowało, zasyczało i zaczęło lekko dymić. Westchnął. Nie udało mu się. Podszedł do kolejnej fiolki, dolał czego innego. Nic się nie stało. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Gerard, Gerad, mam! - spojrzał na mężczyznę z wesołym błyskiem w oczach. Na twarzy Way'a malowała się duma, tak bardzo porządana wtedy przez młodego Iero. Gerard całkowicie go podziwiał. Taka wiedza, jaką wykazywał się ten osiemnastolatek w labolatorium, nie zdarzała się zbyt często w tak młodym wieku. On sam zaczynał później, wiele później, pod koniec studiów. A ten licealista właśnie kończył niemal samodzielną produkcję leku.
- Jesteś niezastąpiony – uśmiechnął się do niego szeroko i szczerze.
- Naprawdę?
- Naprawdę. Jestem z ciebie dumny. Testujesz?
Iero pokował głową energicznie, zdjął rękawiczki i biały kitel. Podwinął rękaw bluzki i wyprostował rękę. Nie mógł się doczekać.
Gerard napełnił strzykawkę.
- Zapisałeś skład?
- Oczywiście.
- Świetnie. Wspaniale.
Złapał go w połowie ręki i wbił igłę, powoli wpuszczając lek w krwioobieg chłopaka. Frank czekał na jakąś reakcję. Poczuł zawroty głowy. Złapał Gerarda za rękę.
- Wszystko w porządku?
Odczekał. Gdy Gerard wyjął igłę, pokój wirował mu nad głową w zawrotnym tempie. Ale czekał, musiało zadziałać. I zaczęło. Zaczął odbierać coraz więcej. Słyszał dźwięki, których normalnie by nie usłyszał. Widział ostrzej, o wiele ostrzej. Spojrzał na Gerarda. Jego tęczówki mieniły się dziś miodowo, ale teraz widział, że przy źrenicy niezmiennie pozostały zielone jak świeża trawa. Przy kącikach oczu rysowały się cieniutkie zmarszczki, świadczące, że był mężczyzną dojrzałym, powoli się starzejącym. Frank uśmiechnął się. Widział bardzo dokładnie jego zgrabny nos i wąskie, różowe wargi. Był piękniejszy, o wiele piękniejszy niż zazwyczaj.
- Jak najbardziej – ale nie puścił jego ręki, wciąż tonąc w jego ślicznych oczach, w oczach, które patrzyły na niego z irracjonalną troską. - Działa, Gerad. To działa.
Wciąż obserwował. Mężczyznę, jego ruchy i ciało. Jeszcze nigdy podczas testowania leku nie wziął tak silnej dawki, jeszcze nigdy nie udało im się takiej stworzyć. A teraz miał taką w sobie, jego mózg pracował conajmniej dwa razy wydajniej, widział niemal trzy razy lepiej i lepiej słyszał. W dodatku miał przed sobą tego wspaniałego mężczyznę.

Nie kontrolował się w tamtym momencie, po prostu puścił jego dłoń i przeniósł ją na jego pierś. Pod opuszkami czuł mięśnie ruszające się pod jego koszulą z każdym oddechem. Oddychał szybciej. Frank sunął ręką wyżej, na obojczyk i szyję. Czuł jego tętno, przyśpieszone. Dotknął jego policzka. Później drugiego, drugą ręką. Oparł czoło o jego czoło.
- Gerard, weź mnie – wyszeptał, z błogim uśmiechem. To nie lek tak na niego działał, to ten mężczyzna, mężczyzna, który był szalenie blisko niego, z którym oddychali jednym powietrzem. - Weź mnie. Jestem twój.


Ciemność i cisza wypełniały pokój po brzegi, okalały dwa zagubione w prześcieradłach ciała ze wszystkich stron. Byli spokojni. Sami i spokojni. Nikt im nie przeszkadzał. Tylko ich dwójka, ciche westchnienia, ciepło i noc, rozświetlana nieco zbyt ostrym światłem księżyca, jedynego świadka czułych dotyków, ukratkowych spojrzeń i śmiałych pocałunków. Objął jego plecy, wbijając palce w łopatki. Jęknął przeciągle. Czuł go w sobie, jego płynne ruchy, delikatne, sprawiające zarówno ból jak i przyjemność. To była ich noc. Kolejna ich noc.

Frank poraz kolejny nie wierzył, że miał tego mężczyznę. Że umierał z rozkoszy w jego silnych ramionach, że smakował jego malinowych ust. Była to dla niego największa nagroda, za wszystko, za każdą pozytywną fiolkę. Za każdy udany eksperyment, drobne osiągnięcie dokonane gdzieś w odmętach labolatorium. Oddałby wszystko, by Gerard był przy nim cały czas, do samego końca. Bo kochał go, całkowicie, irracjonalnie, wręcz nielogicznie, całym swoim małym serduszkiem, galopującym na każde wymienione z nim spojrzenie.
Złapał za jego policzki, przyciągając jego twarz do siebie. Nie miał siły na pocałunek, po prostu trwał z ustami przy jego ustach, z palcami wplecionymi w jego czarne włosy, poruszając się płynnie, razem z nim. Kochał te ruchy, tak jak i jego, swojego profesora, co z tego, że właśnie profesora i nie powinien. Nie dbał o takie szczegóły. Nie interesowało go, że oboje mogli wylecieć. Miłość nie wybiera, nie miał zamiaru czegokolwiek sobie bronić. Im bronić.
Rozchylił wargi, dał się pocałować. Pozwolił, by ich języki wszczęły kolejny szalony taniec. Było mu tak dobrze. Tak gorąco. Tak błogo. Objął go nogami, chcąc czuć bardziej i wyraźniej. Ciekawiło go, czy Gerard wiedział. Czy się domyślał. Czy podejrzewał, że ten drobny, rumieniący się chłopak, którego oczy zawsze błyszczały inteligentnym blaskiem tak bardzo go kocha.

Frank był już blisko, zadziwiająco blisko. Mocnej objął go nogami, wtulił się w jego szyję, jeszcze mocniej wplótł palce w ciemne włosy. Zacisnął powieki. Gerard był idealny, po prostu idealny, same myśli chłopaka krążące niezmiennie wokół mężczyzny sprawiały mu radość i przyjemność. Po chwili doszedł tuż przed nim.
Zadrżał, gdy okalające ich materiały zsunęły się, odkrywając jego nagrzane ciało. Nie na długo. Już po chwili czuł go obok, czuł, jak delikatnie wtula się w jego plecy i obejmuje ramionami. Ich noc. Jego i Gerarda. Jedna z setki nieprzespanych nocy.



- Nie podoba mi się to.
Gerard zmarszył brwi, analizując konsystencję substancji. Widząc to, Frank zaśmiał się. Wyglądał zabawnie, wyjątkowo zabawnie.
Przez otwarte okno do labolatorium wpadały lekkie promienie czerwcowego słońca. Frankie siedział na blacie, w białym, rozpiętym kiltu i machał nogami. Nieprawda, wyszło mu. Udało mu się znów podnieść dawkę. Lek, który w rękach Way'a, pod światłem słonecznym połyskiwał swoim niebieskim blaskiem pozwalał na wiele więcej, niż im obojgu by się wydawało. Frank nie był pewien, ale jego twór najprawdopodobnie sześciokrotnie zwiększał wydajność pracy mózgu. Wszystko musiało być wyraźniejsze. Ostrzejsze. Lepsze. Po prostu lepsze.
- A mnie tak. Wygląda tak, jak powinno – odparł pewnie, dość dumnie, co Gerard łatwo wypatrzył w jego błyszczących oczach. Frank się zmienił. Wciąż był tym drobnym, delikatnym chłopakiem, którego poznał bliżej na wiosnę, jednak... Sukcesy uczyły go wiary w siebie. Wierzył w siebie bardzo mocno.
- Jest jakieś takie... gęste, nie uważasz? - Gerard nie był przekonany. Poprzednia dawka wyglądała lepiej, zdrowiej, nie budziła zastrzeżeń i jego przesadnej czujności. Ta była po prostu inna.
- Nie, Gerard. Jestem pewien, poza tym rozmaz wyszedł wzorowo, chcę spróbować – przedostatnie słowo zaakcentował ostro. Gerard wiedział, że nawet gdyby we fiolce znajdował rozpuszczony w wodzie cyjanek potasu, a byłoby to dzieło Franka, ten zawsze musiał spróbować. 
- A jeśli to trucizna?
- Trudno – odparł luźno, wystawiając rękę. - No już, Gee. To przecież mój własny lek, nie zaboję się moim własnym lekiem!
Nie jestem pewien pomyślał Way, ale wiedział, że kłótnia nic nie zdziała a substancja prędzej czy później i tak zostanie przez Franka zażyta. Napełnił strzykawkę drżącymi rękoma.
- Frank, ja mam naprawdę złe przeczucia, nie powinieneś...
- Gerard do cholery – chłopak westchnął i stanowczo podciągnął rękaw.
- No dobra, dobra.
Wkuł się, blady. Teraz był wręcz pewien, że to nie podziała; albo zrobili jakiś błąd, albo substancja więcej przyjąć nie mogła i odrzuciła kolejne miligramy. Bał się, że ma rację, w końcu na dobrą sprawę wiedział więcej niż Frank, w tym momencie już pewnie niewiele więcej, ale jednak. Mimo to, zamknął powieki, wpuszczając substancję w jego krwioobieg.
Wszystko potoczyło się szybko. Nie wiedział nawet kiedy wyjął igłę i już miał w rękach jego ciało, coraz mniej zdolne do samodzielnych ruchów. Widział jego oczy, wesołe jak zawsze, myliły go, nie wiedział, czy to jednak działa, czy zabija tego wątłego chłopaka. Mówił do niego, bardzo dużo mówił. Ale Frank nie słuchał, czy raczej nie słyszał, nic już nie słyszał.
Profesor Way poraz kolejny miał rację. Tym razem jednak piekielnie nie chciał jej mieć.


Tak, oto one-shot dedykowany Nanie z okazji jej urodzin. Wszystkiego najwspanialszego Nanku! Wiem, wiem, to nie był urodzniowy akcent, przepraszam! 

7 komentarzy:

  1. Ciemu... to było cudowne. Przepięknie napisane, wręcz idealnie, w dodatku z genialnym pomysłem. Gerard nauczyciel chemii i biologi oraz Franek, słodki, cudowny licealista. Cholernie się wzruszyłam na końcówce, przy samej śmierci Frania :c Ale ta miłość, miłość, że dla ukochanej osoby zrobisz wszystko, że zaryzykujesz własne życie. Zakochany Frank to cudowny Frank, naprawdę. Kocham tego shota, mimo, że jest smutny. Po prostu cholernie mi się podobało, Ciem, chcę taki tworów więcej. Dziękuję za taki wspaniały prezent urodzinowy <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Boże, jakie to dramatyczne. Piękne, ale dramatyczne. Nie jestem w stanie wiele napisać i to mnie w sumie martwi, bo wprost kocham to, co piszesz i tym razem także było podobnie. Moja miłość wzrosła :D Jednak jakoś brakuje mi słów O____O Mogę powiedzieć z całą pewnością, że dla takich shotów żyje każdy Twój czytelnik ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja... No.. Tego... RYCZĘ! :'( :'( :'(

    Musiałaś zrobić takiego dramatycznego skota?! A było tak pięknie. Kocham zakochanego Frania i ogólnie całą jego postać, która została tutaj przez Ciebie wykreowana, awww! <3

    Pomimo smutnej końcówki, dzięki której pozbyłam się większości tuszu, oneshot świetny! <3 <3 <3 :3

    OdpowiedzUsuń
  4. I ten oto shot można bez problemu nazwać idealnym. Podziwiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Być może i nie poruszyło to mną na tyle, abym zaczęłam płakać, ale jednak - było piękne. Warto poświęcić te kilka minut na przeczytanie, naprawdę.
    KOCHAM, PISZ WIĘCEJ I CZĘŚCIEJ <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Best Casinos Near Harrah's Casino and Atlantic City - Mapyro
    Harrah's Casino and Hotel Atlantic City in Atlantic City, NJ 정읍 출장안마 - Find your perfect blend of entertainment, dining and 군산 출장안마 gaming 하남 출장안마 at the best 강원도 출장샵 hotel 정읍 출장마사지

    OdpowiedzUsuń