Ciemnowłosy
mężczyzna z pewnym wyrazem twarzy napełnił wyjętą z kieszeni
śnieżnobiałego kitla, dwudziestomililitrową strzykawkę
przeźroczystym płynem. Jego wąskie, różowe wargi wyginały się
w lekkim uśmiechu zadowolenia. Doskonale wiedział, że jeśli tym
razem znów mu się uda, jeśli znów podziała, będzie to ogromny
przełom. Prawdziwa gwiazdka z nieba, strzał w dziesiątkę. Na
skalę krajową, jak nie światową. No, i przede wszystkim udowodni
przed samym sobą jak dobry jest w to, co robi. Co prawda, nigdy nie
miał problemów z wiarą w siebie – nie taki ideał jak on –
jednak każde kolejne osiągnięcie, każdy nowo osiągnięty cel
napawał go dumą. Chorą wręcz satysfakcją. Bo to, z jaką mocą
podziwiał swoje własne osiągnięcia nie należało do
normalnych.
- Dożylnie czy podskórnie? - spytał lekko niepewny
chłopak, z wyglądu wysoki i dobrze zbudowany. Miał na imię Brian
i po raz pierwszy w życiu miał zostać tak ważnym eksperymentem, a
co za tym szło, był trochę zestresowany. Przełknął głośno
ślinę, widząc, że mężczyzna odpowietrzył strzykawkę i chwycił
go za przedramię.
- Dożylnie, rzecz jasna. Szybciej dotrze tam,
gdzie trzeba – powiedział ciemnowłosy i uśmiechnął się
delikatnie. Ten uśmiech wydał się Brianowi nieco sztuczny, jednak
udał, że tego nie widzi. - Wyprostuj rękę i obróć ją do
mnie.
Znajdowali się właśnie na dużym, otoczonym bieżnią
boisku, położonym w samym sercu Clairemont High School – szkoły
z internatem dla wybitnie uzdolnionych dzieciaków, czy to w
dziedzinie matematyki, czy sportu. Nie byli sami – wokół nich, w
białych mundurkach, gromadzili się uczniowie zwiewający z lekcji
na rzecz oglądania tego wielkiego wydarzenia. Ten eksperyment miał
być przełomem, więc każdy, bez wyjątku był po prostu ciekawy.
Chłopak wykonał polecenie, jednocześnie odwracając głowę, nie
chcąc przyglądać się temu, jak wbijają mu igłę w żyłę. Co
jak co, taki widok nie należał do przyjemnych.
Mężczyzna bez
wahania usztywnił rękę chłopaka w silmym uścisku, po chwili
wkłuwając się do połowy w jego żyłę, wyraźnie odznaczającą
się na tle lekko opalonej skóry. Powoli, z sztucznie obojętną
miną zaczął wpuszczać przeźroczysty płyn w jego krwioobieg.
Pacjent syknął. Nie było to przyjemne uczucie, dodatkowo okolice
wkłucia piekły go niemożliwie.
- No, jeszcze troszeczkę... -
mruknął ciemnowłosy, ani trochę nie przyśpieszając, mimo, że
została jeszcze ponad połowa strzykawki.
- Ale... to piecze! -
syknął chłopak, zagryzając wargę, nieco spanikowany zerkając na
rękę.
- Spokojnie, Brian, popiecze i przestanie – wpuścił
w niego ostatnie krople i wyciągnął igłę. - Jak się
czujesz?
Po twarzy młodego pacjenta przebiegło coś w rodzaju
dozy niezdecydowania i zastanowienia. Nie czuł się jakoś
nadzwyczajnie – no, może poza tym, że wydawało mu się mieć
nieco więcej siły. To jednak było w tym wypadku oczywiste.
-
Myślę, że całkiem dobrze – przyznał.
- Żadnych zmian? -
brunet uniósł nieco swoje idealnie równe, ciemne brwi.
-
Czuję, jakbym był trochę silniejszy, wie pan, i...
- I...?
-
...I miał więcej energii?
- Bardzo dobrze. Świetnie –
mruknął cicho, oglądając miejsce w którym jeszcze przed momentem
tkwiła igła i na wszelki wypadek przycisnął do niego wacik. -
Zaraz pobiegniesz, dobrze?
Brian pokiwał głową, po chwili
samemu przytrzymując watkę w zgięciu ręki. Wszystko w nim
pulsowało, bynajmniej nie było to niekomfortowe. Ciepło i
towarzyszące mu mrowienie rozchodzące się na całej długości
ciała chłopaka samo w sobie dodawało mu pewności; co więc musiał
czuć, przygotowując się do biegu? Krew przyśpieszyła, serce
wbijało mu się w klatkę piersiową z każdym ostrym uderzeniem,
ale czuł się dobrze. Przygotowywał się, umyślnie ignorując
zaciekawionych uczniów otaczających bieżnie całą grupą.
Kiełkowała w nim potrzeba zaprezentowania swojej ważności i
przydatności, szczególnie przed pewnym powodzenia profesorem.
Zaczerpnął do płuc najwięcej powietrza, ile tylko mógł.
Przymknął oczy. Postawił pierwszy krok. A później kolejny,
następny. Spokojny trucht w niedługim czasie zmienił się w
całkiem prędki bieg. Czuł na twarzy ostre powietrze gdy
przyśpieszył do tego stopnia, że spokojnie mógłby wyprzedzić
pojazd. Rosła w nim duma za każdym razem, gdy jego stopy stykały
się z wilgotną nawierzchnią. A najpiękniejsze było to, że
mógłby tak bez końca. Mięśnie nie wołały o odpoczynek, czegoś
takiego jeszcze nie czuł.
Na twarzy bruneta, stojącego
nieruchomo i wciąż trzymającego w ręce strzykawkę, pojawił się
szeroki uśmiech. Właśnie dokonał czegoś niezwykłego. Bo ten,
biegnący bieżnią chłopak bez trudu potrafił pędzić w tempie
dobrze rozpędzonego auta.
~
~
Nieco
roztargniony opadł na swoje krzesło w sali konferencyjnej,
bezszelestnie. Michael zerknął na niego karcąco, kontynuując swój
monolog o ankietach dotyczących warunków panujących w szkole. Ten
zignorował go, przysuwając się do stołu.
- ... A co za tym
idzie, uważam, że warunki placówki są sp...
- Przepraszam, że
przerwę – odparł jakiś mężczyzna, odkładając papiery i
przeniósł wzrok na ciemnowłosego. Monolog Michaela stracił
znaczenie. - Panie Way... Przeprowadził pan już laboratoryjne
badania nad próbką nowego leku?
Na twarz nowoprzybyłego
Gerarda wstąpił uśmiech.
- Labolatoryjne, owszem, ale to
jeszcze nic – odparł z dumą, wymownie opierając się na swoim
krześle. Michael zerknął na niego pytająco. Ponownie go
zignorował. Będzie miał niespodziankę. - O jedenastej
przetestowałem lek na jednym z moich uczniów. - Po sali przeszedł
pomruk uznania. Brat spojrzał na niego z niedowierzaniem.
Gerard
podniósł się i podszedł do rzutnika, podpinając swój laptop.
-
Tak jak myślałem, Brian był w stanie rozpędzić się mniej więcej
do stu kilometrów na godzinę pod wpływem mojej substancji –
kolejna fala cichych rozmów rozeszła się po sali. - Jeśli tylko
mój brat pozwoli, chętnie przybliżę państwu jego działanie.
Mikey?
Spojrzenia przeniosły się na młodszego z braci,
dyrektora szkoły. Ten tylko pokiwał głową, przyjmując wygodną
pozycję. Wyglądał na spiętego, czy nawet zestresowanego, ale to
nie było to. Po prostu nie wierzył. Nie wierzył, że to, na co
jego starszy brat pracował przez całe życie w końcu mu się
udało. Wiedział, co to znaczy. Pozostali również wiedzieli. To
był po prostu przełom. Michael odetchnął cicho, widząc
spojrzenie Gerarda mówiące, że może się cieszyć.
Starszy
Way uśmiechnął się lekko. Udało mu się ze skutecznością leku,
ale to była dopiero połowa sukcesu. Żeby ktokolwiek mógł go
używać, komisja musiała przetestować go na własną rękę i
zatwierdzić, co było dla niego niezwykle pod górkę. Dla nich. Dla
niego i Mike'a. Dla innych, którzy mogliby go używać.
- Jak
spytał pan Wilshere, badania labolatoryjne zostały przeprowadzone
już dawno. - Na ścianie pojawił się piewszy slajd wyświetlony
przez rzutnik. - Dziś rano otrzymałem pełne wyniki, rozpis,
morfologię substancji, przez co podjąłem decyzję przetestowania
leku na pierwszym uczniu. Brian jest normalnym chłopcem, wyjątkowo
dobrym z języków, lubiącym grać w piłkę z kolegami. To właśnie
on był pierwszą osobą, której podałem substancję.
- A miał
pan pewność, że nic mu się nie stanie? - spytała blondwłosa,
siedząca niedaleko Michaela, na przodzie. Gerard zerknął szybko na
jej plakietkę, kontrola bezpieczeństwa. Uśmiechnął się
życzliwie.
- Owszem – obraz na ścianie przedstawiał rozmaz
krwi, w której użyty był lek z odróżnieniem płytek krwi,
leukocytów, erytocytów i osocza. - Ilość erytocytów nie
przekracza sześciu milionów na jednym milimetrze krwi. Teoretycznie
żyją do czterech miesięcy, praktycznie rozkładają się o wiele
szybciej, miażdżone nowymi, zdrowymi krwinkami. Ich barwnikiem jest
białko, hemoglobina. Jak wiadomo, łączy ona tlen, który krwinka w
przeciągu minuty transportuje do każdej komórki ciała.
Substancja, którą stworzyłem, jak niemalże każdy inny lek łączy
się z hemoglobiną, tyle, że w odróżnieniu od innych specyfików,
w przypadku nietolerancji na którąś z substancji czynnych powoduje
rozkład erytocytu. Jeśli nie ma żadnych przeciwskazań, by
zadziałał, robi to – mięśnie stają się bardziej odporne,
przystosowane do wysiłku fizycznego. Od kondycji zależy, jak szybko
możemy wtecy pobiec, jak intensywnie możemy ćwiczyć. To sprawa
zupełnie indywidualna. Brian, dość wysportowany, rozpędził się
do normalnej prędkości auta.
- Macie nazwę dla tego cudeńka?
- spytała dalej kobieta.
- Jak na razie nie.
- To trzeba
będzie ją wymyślić, bo w bliskiej przyszłości na pewno
wprowadzicie go na rynek.
Blondwłosa posłała braciom wymowny
uśmiech, jednak wyraźnie na Michaelu dłużej zawiesiła swój
pewny wzrok. Mężczyzna odpowiedział tym samym, odprowadzając ją
wzrokiem do samych drzwi. Opuściła salę, a za nią, niemal od
razu, reszta zebranych, dyskutując głośno. Bracia zostali sami.
-
Nie wierzę – Michael podszedł do brata, obejmując go w geście
gratulacji. - Jak się czuje chłopak?
- Z tego co wiem,
doskonale. Był z siebie dumny. Zwolniłem go z zajęć, rozumiesz,
mięśniom należy się trochę odpoczynku – uśmiechnął się
niewinnie, bo w końcu nie powinien zwalniać z zajęć. Był jednak
pewien, że w tym wypadku brat zrozumie.
- W porządku –
blondyn pozbierał swoje rzeczy, wziął klucz i ruszył powoli do
wyjścia, wyraźnie szukając kogoś wzrokiem.
- Podobała ci
się, co? - zagadnął starszy, trącając go w bok z wariackim
uśmiechem. Gerard miał zapewne na myśli blondynkę z kontrolą.
Michael zmieszał się i zgromił go wzrokiem.
- Daj spokój. Nie
ta klasa – prychnął, po czym skinęli na siebie oddalając się.
Dotarł do zakrętu, ale przypomniał sobie o czymś. Odwrócił się.
- Gerard?
- Hm?
- Nie zdrabniaj mojego imienia przy takich
ludziach, co?
Gerard nie odpowiedział, po prostu się zaśmiał.
To właśnie cały jego głupiutki Mikey.
~
~
Wpisał
do dziennika klasy trzeciej c kolejne kilka pozytywnych ocen z
kartkówki. W sali, mimo czasu wolnego, mało kto odzywał się
głośno. Gerard Way nie był typem nauczyciela, którego uczniowie
się bali. To był po prostu szacunek. Ta niewielka grupka ułożonych,
młodych ludzi po prostu go szanowała.
Zamknął granatowy wykaz
ocen wstając i oparł się o biurko.
- No, to o czym
rozmawiamy?
Od razu minimum jedna trzecia klasy uniosła ręce.
Udzielił głosu siedzącej w pobliżu Adair.
- Jak się czuje
Brian? - spytała z przejęciem, patrząc na niego dużymi,
niebieskimi oczami.
- Dobrze – odparł profesor od razu,
pewnie.
Chłopak czuł się przecież bardzo dobrze, więc mówił
im całą prawdę. Jego lek nie szkodził. Był wspaniały. Był
substancją, która miała pomóc ludziom, ulepszyć ich życie, był
krokiem do przodu. A chłopak, który zażył go jako pierwszy,
Brian... Był w mniemaniu Gerarda szczęściarzem. Przecież żadnemu
innemu uczniowi nie miał już podać tej substancji.
- Ale nie
ma go! - pisnęła płaczliwie. Ruszył do jej ławki i siadając na
krześle obok, wyjął z kieszeni chusteczki, które jej podał.
-
Adair... Briana nie ma, ponieważ zwolniłem go z zajęć. Pod
wpływem substancji przeciążył swoją codzienną kondycję
conajmniej czerokrotnie. Z chwilą, gdy działanie leku ustąpiło,
ciało odebrało wysiłek o wiele, wiele bardziej. Jest zmęczony,
ale myślę, że możesz odwiedzić go po lekcjach.
- A jak w
sumie działa pana lek? - zapytał kto inny, więc Gerard przeniósł
wzrok na osobę nim zainteresowaną.
Był to drobny, zapewne
również niski chłopak obdarzony dużymi, czekoladowymi oczami,
bladą cerą i mocnym rumieńcem w górnej części policzków.
Ciemnobrązowe, średniej długości włosy opadały mu na chłopięcą
twarzyczkę; wyglądał bardziej jak gimnazjalista, niźli uczeń
liceum. Z iskierką niezwykłej inteligencji w oczach przyglądał
się nauczycielowi, jednak było widać, że troszeczkę się obawia.
Gerard zatrzymał się przy nim.
- Zmniejsza wysiłek fizyczny.
Po prostu, możesz wynonać większą pracę mięśni z użyciem
mniejszej siły, jeśli go zażyjesz. Dlatego mięśnie, pracujące
podczas jego użycia są zmęczone o wiele bardziej, niż po
normalnych ćwiczeniach. Rozumiesz?
Chłopak pokiwał głową. W
jego oczach było widać, że załapał bez problemu.
- Jak się
nazywasz? - dopytał Way, wracając do biurka.
- F-frank. Frank
Iero – odparł nieśmiało chłopak, odgarniając grzywkę za ucho.
Gerard uśmiechnął się ciepło, ale tamten zaraz uciekł wzrokiem,
rumieniąc się jeszcze bardziej.
❧
-
A hemofilia? Na czym polega? - pytanie padło konkretnie. W klasie
panowała zupełna cisza, jedyną osobą, która miała głos, była
odpytywana właśnie z biologii Alberi.
Gerard wstał od biurka,
wziął kredę, podszedł do tablicy. Napisał na środku “A”,
otoczył kółkiem po czym poprowadził od tego kilka kresek.
-
Hemofilia typu A, o tą dokładniej mi chodzi. Umiesz,
prawda?
Brunetka pokiwała głową i poprawiła grzywkę. Miała
jeszcze kilka sekund, powtarzała w głowie, widząc, jak nauczyciel
biologii siada na swoim miejscu.
- Więc... Jak każda hemofilia,
polega na zbyt małym krzepnięciu krwi. Jest dziedziczna, w
przypadku hemofilii A chorują tylko mężczyźni, kobiety są
nosicielkami. Tak samo, jak w przypadku daltonizmu. Ech... -
przystopowała, próbując przypomnieć sobie coś więcej. Zawsze
stresowała się przy odpowiedzi. - I hemofilia A jest najczęstszą
ze wszystkich.
- Dobrze, dobrze – Way pokiwał głową,
otworzył jej zeszyt, przebiegł wzrokiem po starannie zapisanych
notatkach z ostatniej lekcji. - No, panno Morgensten, będzie pięć
– podniósł na nią wzrok pełen satysfakcji. Wiedział, że gdyby
nie stres, powiedziałaby wszyściutko płynnie, bo umiała. Gerard
ngdy nie zaniżał ocen, wręcz lubił naciągać stopnie. Był
wyrozumiałym nauczycielem.
Uczennica odebrała zeszyt, cała w
skowronkach uciekając do ławki. Gerard zamknął dziennik. Nie miał
zamiaru więcej pytać, przecież pewnie i tak wszyscy mieli
opanowane całe trzy tematy wstecz. Satysfakcjonowało go to. To też
był szacunek. Polecił im przepisanie notatki z tablicy, później
miał zamiar ją omówić.
- Proszę pana? - dostrzegł cień
przy biurku, podniósł wzrok. Stał przy nim Frank, Frank Iero,
uczeń zawsze przygotowany do tego stopnia, jak rumieniły się jego
policzki.
- Tak? - widział, że wyraźnie go onieśmiela, tylko
dlaczego? Może faktycznie był zbyt bezpośredni wobec tych uczniów?
Będzie musiał to przemyśleć. Ale na razie uśmiechnął się
życzliwie.
- Bo wie pan... Ja chciałbym się zapisać na kółko
– powiedział lekko, spuszczając wzrok, ale zaraz ponownie na
niego spojrzał. Uśmiechnął się, chyba po raz pierwszy. Gerard
uznał to za dobry znak.
- A naprawdę tego potrzebujesz? -
zaśmiał się cicho. Przecież Frank miał w dzienniku niemal same
piątki. Mimo to, Way'owi imponowało to zainteresowanie.
- No...
trochę tak. Poza tym... chciałbym umieć więcej – odgarnął
włosy.
Gerard nie dopytywał. Otworzył zeszyt, zapisał go na
liście i uśmiechnął się.
- Wtorek, piętnasta – powiedział
pogodnie. A Frank, uśmiechnięty, wrócił do ławki.
❧
-
Nadal nie rozumiem – Roodey patrzy na Gerarda zawiedziona.
Rozwiązuje zadanie z chemii, wyjątkowo trudne wiązania. Way zawsze
pomagał im na kółku, ale tym razem załatwia coś z jakimś
gościem, przy drzwiach. Blondynka niecierpliwi się. Frank
postanowił zerknąć. Przecież sam jest z chemii świetny.
-
Pokaż – usiadł koło niej, a ona podsunęła mu zeszyt.
Przeczytał kilka razy. Fakt, nie było zbyt łatwe, ale jeśli
udałoby mu się wytłumaczyć je dziewczynie, powinna załapać.
Wziął kartkę i rozpisał po swojemu.
Normalnie pewnie nie
przyznałby się przed dziewczyną, że umie. Jakoś nie przepadał
za nadmiernym kontaktem z kolegami i koleżankami z klasy, ale...
Chciał być wartościowy w oczach profesora, bez żadnego testowania
leków i dziwnych substancji. Chciał pokazać się z lepszej strony
i zostać pochwalonym. Wiedział, że zapisanie się na zajęcia samo
w sobie sprawi, że Way spojrzy na niego jeszcze przychylniej. Lubił
go, Frank też. Ale mimo to, chciał, żeby nauczyciep polubił go
bardziej.
W kilka minut objaśnił blondynce o co chodzi, co z
czym łączyć, a czego pod żadnym pozorem nie zmieniać. Zrozumiała
bardzo szybko. Udało jej się nawet ubłagać Franka, by siedział z
nią, dopóki nie skończy i mówił, gdyby się pomyliła. W
istocie, było to dla Franka miłe. Taka... przydatność. Dzielenie
się wiedzą z kimś innym. Po kilkunastu minutach wrócił na swoje
miejsce uśmiechnięty.
- Panie profesorze! - Roodey dopadła
Gerarda niemal natychmiast, ledwo zdążył zamknąć za sobą drzwi
do sali. - Frank pomógł mi zrobić zadanie z chemii i wytłumaczył
mi wszystko!
- Frank? Naprawdę? - na twarzy Gerarda gdy
spoglądał na ucznia, wyraźnie malowała się duma. Co jak co, ale
takiej otwartości po nim się nie spodziewał. Było to miłe
zaskoczenie. - To świetnie.
A Frank widział, że ta radość
nauczyciela była autentyczna.
❧
Bez
zapalania światła wykradł się ze swojej sypialni, ostrożnie
zamykając drzwi, by nie obudzć współlokatorów i innych uczniów,
czy nie daj boże nauczycieli. Mniej więcej wiedział, w którą
stronę iść. Nie wiedział, po co to robi. Albo wiedział, a bał
się przyznać przed samym sobą. Boso przemierzał korytarze, w
końcu opuszczając teren internatu i dotarł na klatkę schodową,
tę główną, po środku szkoły. Instynktownie ruszył w górę.
Wątpił, by labolatorium było daleko stąd. A nawet jeśli, miał
przy sobie telefon, mógł go poszukać, przyświecając sobie.
Jednego był pewien – tam go znajdzie.
Przeszedł całe drugie
piętro, mijając salę biologiczną. Nie znalazł nic. Już miał
zejść niżej, gdy pomyślał by poszukać jeszcze na trzecim
piętrze. Tam przecież nikt nigdy nie miał lekcji, a profesor Way
często znikał na tym piętrze... Niepewny, ruszył w stronę
schodów i wyszedł wyżej. Pierwsze drzwi były zastawione stołem,
więc automatycznie nie mogło być to labolatorium. Takie miejsce
kojarzyło się Frankowi raczej z nowoczesnymi, przeszklonymi
drzwiami, niźli tymi zwykłymi, drewnianymi. Powinno na nich coś
pisać, na przykład "Gerard Way – biolog i chemik", no,
przynajmniej w mniemaniu Franka. A on jeszcze nigdy żadnego
labolatorium nie widział.
Ale dalej żadnych przeszklonych
drzwi nie było. Prawda, trochę go to zawiodło. W końcu ulubione
miejsce profesora nie mogło znajdować się zbyt daleko, nie mogło
być ukryte, nie było takiej potrzeby; Frank był chyba pierwszym,
kto chciał w ogóle tam iść. Bo wątpił, by jego poprzednicy
wpadli na równie szalony plan, jakim było szukanie profesora w
środku nocy w labolatorium.
A
jednak, opłacało się. Znalazł to, co chciał.
Stał właśnie
przed gładkimi, szarymi drzwiami z wypisanym imieniem i nazwiskiem
profesora. Trafił. A jednak. Już nawet nie liczył, że mu się
uda. Teraz zastanawiał się tylko, zapukać, czy po prostu wejść.
Nie chciał czekać, nacisnął klamkę.
Ku jego ponownemu
zdziwieniu, było otwarte. Wszedł do środka, mrużąc oczy. Było
nieco zbyt jasno. Zamrugał, rozglądając się, zaglądając między
kolorowe od pełnych fiolek regały. Pomieszczenie wydało się
puste. Ale... czy ryzykowałby, zostawiając tyle substancji w
otwartym pomieszczeniu? Raczej nie, na pewno nie.
Frank szedł
wgłąb, wcześniej cicho zamykając drzwi. Tylu probówek z
wielokolorowymi substancjami jeszcze nigdy nie widział. Zastanawiał
się, do czego są poszczególne płyny, były nawet podpisane, ale
nie miał głowy, by rozmyślać nad sensem dziwnych, często
łacińskich nazw. Przyszedł tu, w sumie bez większego celu, jednak
na pewno nie po to, by zgłębiać zawartość wysokich
regałów.
Usłyszał jakiś cichy dźwięk w odległym końcu
labolatorium. Jednak nie był sam. Uśmiechnięty, przyśpieszył
kroku. Bo przecież kto inny, jak nie Gerard mógłby tutaj teraz
przebywać?
Schował się przy końcu regału. Tak, był tutaj.
Frank ucieszył się od razu. Zastanawiał się tylko, czy powinien
coś powiedzieć, czy może najpierw wymyślić cel wizyty, żeby nie
wyszło zbyt dziwnie. Chociaż... czy jakikolwiek powód wyjaśniałby
szukanie profesora po nocy, w dodatku na piętrze, które
teoretycznie nie jest przeznaczone dla uczniów? Raczej nie. Więc
nie miał powodu. Był spalony.
To nie miało sensu. Westchnął,
jeszcze chwilę patrząc na mężczyznę, mieszającego ze sobą
substancje, wpisując ich skład w sprzęt. Znów coś tworzył? Tym
lepiej, Frank nie miał zamiaru mu przeszkadzać. Wycofywał się
powoli.
Trzask.
Jego serce prawie stanęło, gdy zrozumiał
co się właśnie stało. Obrócił się nerwowo. Na podłodze, pod
jego nogami leżała stłuczona fiolka. Niw było nawet sensu
uciekać. Czuł, jak jego serce przyśpiesza, słysząc kroki. Było
po nim.
- Frank? - Gerard nie krył zdziwienia, widząc przed
sobą ucznia, w dodatku w oblanej jakąś substancją koszulce. Nie
dopytywał, od razu zerknął na szkło leżące u stóp chłopaka.
Westchnął z ulgą.
- J...ja przep-praszam, c-co zbiłem? -
spytał przerażopny chłopak, nie wiedząc, czy może się ruszać,
czy nie stłukł jakiegoś kwasu, albo jeszcze czegoś gorszego.
Profesor ze spokojem wytarł jego ubranie, widząc, jak chłopak od
razu się rumieni.
- Miałeś szczęście, Frank. To zwykły
zobojętniacz – powiedział, prowadząc go z dala od stłuczonej
probówki. Podadził go na krześle niedaleko swojego miejsca pracy.
– Mogę wiedzieć, co tutaj robisz o tej porze? - nie wydawał się
zły, raczej troszeczkę zdziwiony. Frank odetchnął z ulgą.
-
Ja... Sam nie wiem... - nerwowo odgarnął grzywkę, przyciągając
kolana do brody.
Gerard oparł się o blat. Nie miało to sensu,
skoro już tutaj zawędrował – musiał mieć jakąś sprawę.
Zerknął na zegarek. Była pierwsza w nocy. Zdecydowanie, coś
musiało się stać.
- Przyszedłeś do mnie o tej porze bez
celu? - zapytał z powątpiewaniem.
Nie, po prostu chciałem
pana zobaczyć.
- No... Nie mogłem spać, pomyślałem, że
będzie pan w labolatorium, więc stwierdziłem, że go poszukam, bo
w sumie to nie wiedziałem, gdzie się znajduje, no i... Zrobiłem
sobie spacer – chłopak czuł, że jego policzki płoną żywym
ogniem. Nie chciał tak uwidaczniać reakcji swojego ciała. Było to
nie na miejcu, złe i niewłaściwe. Podniósł się i podszedł do
blatu. - Co pan robi?
- Testuję – usłyszał w odpowiedzi, gdy
Gerard wlał czerwony płyn do wypełnionej niebieską substancją
probówki. Nie zmieniła koloru. - Wiesz, udało mi się z tym
lekiem, ale nie był to mój jedyny projekt, a jedyny, jaki
skończyłem. Teraz pracuję nad innym, jednak nie idzie mi. I
brakuje mi eksperymentów.
- Na co będzie ten? - powoli
uspokajał się, słuchając kojącego głosu profesora. Był taki
mądry, tworzył innowacyjne substancje na własną rękę...
Imponowało to młodemu Iero. Way wyraźnie był jego autorytetem,
chyba w każdej możliwej dziedzinie.
- Jeśli się powiedzie,
pozwoli korzystać z pełnej zasobności naszego mózgu – odparł,
bez żadnej dumy, swobodnie. - Jest niebezpieczny, próbując go
ulepszyć, wciąż stwarzam śmiertelną truciznę... - westchnął,
przecierając oczy.
Frank zainteresował się.
- Co by się
stało, gdyby ktoś to wypił?
- Umarłby. Prawdopodobnie
natychmiast.
- Ktoś jeszcze wie, co pan tu trzyma?
Gerard
spojrzał na niego niepewnie. Może ktoś go przysłał, by
sprawdził, co się tu znajduje? Nie, to nie było możliwe. Z
Frankiem by to nie przeszło. Oczy chłopaka zdradzały wszystko,
czyli w tym momencie bezgraniczne zainteresowanie. Mężczyzna
rozluźnił się.
- Nikt poza mną i tobą.
W tamtym momencie
Frank poczuł się wyjątkowo. Poczuł się specjalny. Profesor Way
powiedział mu o czymś, czego nikt poza nimi nie wiedział; mieli od
teraz wspólny sekret, którego nikt inny nie pozna. Przynajmniej tak
twierdził Frank, ba, był pewien, że to już zostanie między nimi.
- Powinieneś wracać do internatu – powiedział profesor,
składając swoje rzeczy. Racja, było przecież późno, w ogóle
nie powinien się tu zjawiać, a co dopiero tak się rozsiadać.
-
Racja, racja... - wstał prędko, szykując się do opuszczenia
labolatorium.
Ale nie było mu to dane, gdyż już po chwili jego
stopy były daleko od ziemi. Kurczowo złapał się koszuli
mężczyzny, początkowo zaciskając powieki. On go niósł. Był na
rękach samego Gerarda Way'a. To było coś, czego nie potrafił tak
po prostu ogarnąć myślami.
W niedługim czasie byli pod
internatem. Grerad postawił go na ziemi. Chłopak nie wiedział,
czemu na dobrą sprawę został przeniesiony, ale nie miał nic
przeciwko.
- Następnym razem nie wybieraj się do labolatorium
bez butów – powiedział profesor, uśmiechając się do niego
lekko. Frank odwzajemnił uśmiech i jeszcze długo stał w drzwiach,
odprowadzając mężczyznę wzrokiem.
❧
Usiadł
za biurkiem, otwierając dziennik. Spojrzał po uczniach. Nie miał
dziś głowy do sprawdzania obecności. Zerknął na ostatnie tematy
z biologii i na wpisaną ołówkiem kartkówkę z układu
krwionośnego pod dzisiejszą datą. Musiał zapomnieć, że dziś
faktycznie miał zrobić im mały sprawdzian.
-
No, to wyciągajcie kartki – powiedział, upijając łyk gorzkiej
kawy z brązowego kubka. Klasa spojrzała na nauczyciela
zdziwiona.
- Proszę pana... - zaczęła dziewczyna z drugiej
ławki. - My mamy mieć kartkówkę jutro.
-
Co ty mówisz? - Gerard nie krył zdziwienia. Czyżby nie umieli?
-
No... No naprawdę, profesorze. W zeszycie zapisałam, że
dwudziestego piątego.
Wziął do rąk dziennik. Klasa druga e,
dwudziesty czwarty marca...
- Jesteście druga e, prawda?
-
Nie, profesorze. Trzecia b.
Gerard westchnął. Od wczorajszego
wieczoru na niczym nie mógł się skupić, jego myśli błądziły
wokół tego rumieniącego się na jego widok chłopca z trzeciej c.
Nie rozumiał, dlaczego jeszcze nie wyrzucił go ze swojej głowy,
dlaczego chodził taki rozkojarzony i w dodatku zabrał dziennik
całkiem innej klasy, niż powinien.
- Przepraszam was... Zaraz
przyniosę właściwy – podniósł się, przecierając oczy i
ruszył do pokoju nauczycielskiego.
❧
Kwiecień,
dwunasty. Frank siedział w labolatorium, na jednym z pustych blatów
i machał beztrosko nogami. Od kilku tygodni niemal codziennie
towarzyszył Gerardowi w poszukiwaniach właściwej kompozycji kilku
diametralnie różnych substancji. Raz cieszyli się z ustalenia choć
podstawowej, nieszkodliwej dawki, później wzdychali z
niezadowoleniem, gdy dodanie jakiegoś specyfiku powodowało
niepowodzenie. Razem bawili się przy tym świetnie. Frank coraz
śmielej rozmawiał z mężczyzną, w ogóle rozmawiał coraz więcej,
mniej się wstydził i rumienił. Gerard kazał mu nawet mówić
sobie po imieniu; tak było prościej i mniej oficjalnie.
-
Gerard? - chłopak uśmiechnął się i spojrzał na niego
pytająco.
- Tak?
- Masz już nazwę swojego leku?
- Nie
– przyznał trzydziestopięciolatek szczerze, wzdychając po
chwili. Kompletnie nie wiedział, jak mógłby nazwać lek, który
testował Brian. Może zrobić jakiś konkurs w szkole? Na najlepiej
wmyśloną nazwę? To nie był taki zły pomysł.
- Twój brat
rozmawiał dziś z tą blondynką. Powiedziała mu, że komisja go
zaakceptowała – przyznał się chłopak, a Gerard parsknął
śmiechem.
- Śledzisz mojego brata?
- Skąd, słyszałem
przypadkiem – prychnął, ale oboje wiedzieli, że tak nie było.
Zaczęli się śmiać.
❧
-
I jak? - Michael usiadł obok brata przy stoliku w szkolnej jadalni.
Postawił przed sobą kawę, standardowo posłodził ją jedną
trzecią łyżeczki i upił łyk, parząc sobie język. Gerard znał
ten rytuał na pamięć, zbyt często był jego światkiem.
- Co
i jak? A jak ma być? - prychnął, wpatrując się w swój
niemal pusty kubek po herbacie.
- No, masz nazwę?
- Leku?
Nie. Na razie nie mam do tego głowy.
- Cóż cię tak frapuje,
braciszku? - blondyn uśmiechnął się kpiąco. No tak, bo pewnie
myśli, że poprzestał na tym jednym osiągnięciu! Nie mógł się
bardziej mylić.
- Pracuję nad czymś nowym. - kubek został
odsunięty na bok, a Gerard spoważniał. - Nad czymś większym. O
wiele większym.
- Sukces uderzył ci do głowy, Gee –
skwitował młodszy, ale brunet zignorował to.
- Uda mi się,
zobaczysz.
- Powodzenia – Michael pokiwał głową z uznaniem.
Ale
Gerarda czuł, jakby tym razem brat w niego nie wierzył.
❧
Frank
dolał do probówki trochę fioletowej substancji. To, co pierwotnie
się tam znajdowało, zasyczało i zaczęło lekko dymić. Westchnął.
Nie udało mu się. Podszedł do kolejnej fiolki, dolał czego
innego. Nic się nie stało. Na jego twarzy pojawił się szeroki
uśmiech.
- Gerard, Gerad, mam! - spojrzał na mężczyznę z
wesołym błyskiem w oczach. Na twarzy Way'a malowała się duma, tak
bardzo porządana wtedy przez młodego Iero. Gerard całkowicie go
podziwiał. Taka wiedza, jaką wykazywał się ten osiemnastolatek w
labolatorium, nie zdarzała się zbyt często w tak młodym wieku. On
sam zaczynał później, wiele później, pod koniec studiów. A ten
licealista właśnie kończył niemal samodzielną produkcję
leku.
- Jesteś niezastąpiony – uśmiechnął się do niego
szeroko i szczerze.
- Naprawdę?
- Naprawdę. Jestem z ciebie
dumny. Testujesz?
Iero pokował głową energicznie, zdjął
rękawiczki i biały kitel. Podwinął rękaw bluzki i wyprostował
rękę. Nie mógł się doczekać.
Gerard napełnił
strzykawkę.
- Zapisałeś skład?
- Oczywiście.
-
Świetnie. Wspaniale.
Złapał go w połowie ręki i wbił igłę,
powoli wpuszczając lek w krwioobieg chłopaka. Frank czekał na
jakąś reakcję. Poczuł zawroty głowy. Złapał Gerarda za
rękę.
- Wszystko w porządku?
Odczekał. Gdy Gerard wyjął
igłę, pokój wirował mu nad głową w zawrotnym tempie. Ale
czekał, musiało zadziałać. I zaczęło. Zaczął odbierać coraz
więcej. Słyszał dźwięki, których normalnie by nie usłyszał.
Widział ostrzej, o wiele ostrzej. Spojrzał na Gerarda. Jego
tęczówki mieniły się dziś miodowo, ale teraz widział, że przy
źrenicy niezmiennie pozostały zielone jak świeża trawa. Przy
kącikach oczu rysowały się cieniutkie zmarszczki, świadczące, że
był mężczyzną dojrzałym, powoli się starzejącym. Frank
uśmiechnął się. Widział bardzo dokładnie jego zgrabny nos i
wąskie, różowe wargi. Był piękniejszy, o wiele piękniejszy niż
zazwyczaj.
- Jak najbardziej – ale nie puścił jego ręki,
wciąż tonąc w jego ślicznych oczach, w oczach, które patrzyły
na niego z irracjonalną troską. - Działa, Gerad. To działa.
Wciąż
obserwował. Mężczyznę, jego ruchy i ciało. Jeszcze nigdy podczas
testowania leku nie wziął tak silnej dawki, jeszcze nigdy nie udało
im się takiej stworzyć. A teraz miał taką w sobie, jego mózg
pracował conajmniej dwa razy wydajniej, widział niemal trzy razy
lepiej i lepiej słyszał. W dodatku miał przed sobą tego
wspaniałego mężczyznę.
Nie
kontrolował się w tamtym momencie, po prostu puścił jego dłoń i
przeniósł ją na jego pierś. Pod opuszkami czuł mięśnie
ruszające się pod jego koszulą z każdym oddechem. Oddychał
szybciej. Frank sunął ręką wyżej, na obojczyk i szyję. Czuł
jego tętno, przyśpieszone. Dotknął jego policzka. Później
drugiego, drugą ręką. Oparł czoło o jego czoło.
- Gerard,
weź mnie – wyszeptał, z błogim uśmiechem. To nie lek tak na
niego działał, to ten mężczyzna, mężczyzna, który był
szalenie blisko niego, z którym oddychali jednym powietrzem. - Weź
mnie. Jestem twój.
❧
Ciemność
i cisza wypełniały pokój po brzegi, okalały dwa zagubione w
prześcieradłach ciała ze wszystkich stron. Byli spokojni. Sami i
spokojni. Nikt im nie przeszkadzał. Tylko ich dwójka, ciche
westchnienia, ciepło i noc, rozświetlana nieco zbyt ostrym światłem
księżyca, jedynego świadka czułych dotyków, ukratkowych spojrzeń
i śmiałych pocałunków. Objął jego plecy, wbijając palce w
łopatki. Jęknął przeciągle. Czuł go w sobie, jego płynne
ruchy, delikatne, sprawiające zarówno ból jak i przyjemność. To
była ich noc. Kolejna ich noc.
Frank
poraz kolejny nie wierzył, że miał tego mężczyznę. Że umierał
z rozkoszy w jego silnych ramionach, że smakował jego malinowych
ust. Była to dla niego największa nagroda, za wszystko, za każdą
pozytywną fiolkę. Za każdy udany eksperyment, drobne osiągnięcie
dokonane gdzieś w odmętach labolatorium. Oddałby wszystko, by
Gerard był przy nim cały czas, do samego końca. Bo kochał go,
całkowicie, irracjonalnie, wręcz nielogicznie, całym swoim małym
serduszkiem, galopującym na każde wymienione z nim
spojrzenie.
Złapał za jego policzki, przyciągając jego twarz
do siebie. Nie miał siły na pocałunek, po prostu trwał z ustami
przy jego ustach, z palcami wplecionymi w jego czarne włosy,
poruszając się płynnie, razem z nim. Kochał te ruchy, tak jak i
jego, swojego profesora, co z tego, że właśnie profesora i nie
powinien. Nie dbał o takie szczegóły. Nie interesowało go, że
oboje mogli wylecieć. Miłość nie wybiera, nie miał zamiaru
czegokolwiek sobie bronić. Im bronić.
Rozchylił wargi, dał
się pocałować. Pozwolił, by ich języki wszczęły kolejny
szalony taniec. Było mu tak dobrze. Tak gorąco. Tak błogo. Objął
go nogami, chcąc czuć bardziej i wyraźniej. Ciekawiło go, czy
Gerard wiedział. Czy się domyślał. Czy podejrzewał, że ten
drobny, rumieniący się chłopak, którego oczy zawsze błyszczały
inteligentnym blaskiem tak bardzo go kocha.
Frank
był już blisko, zadziwiająco blisko. Mocnej objął go nogami,
wtulił się w jego szyję, jeszcze mocniej wplótł palce w ciemne
włosy. Zacisnął powieki. Gerard był idealny, po prostu idealny,
same myśli chłopaka krążące niezmiennie wokół mężczyzny
sprawiały mu radość i przyjemność. Po chwili doszedł tuż przed
nim.
Zadrżał, gdy okalające ich materiały zsunęły się,
odkrywając jego nagrzane ciało. Nie na długo. Już po chwili czuł
go obok, czuł, jak delikatnie wtula się w jego plecy i obejmuje
ramionami. Ich noc. Jego i Gerarda. Jedna z setki nieprzespanych
nocy.
❧
-
Nie podoba mi się to.
Gerard zmarszył brwi, analizując
konsystencję substancji. Widząc to, Frank zaśmiał się. Wyglądał
zabawnie, wyjątkowo zabawnie.
Przez otwarte okno do labolatorium
wpadały lekkie promienie czerwcowego słońca. Frankie siedział na
blacie, w białym, rozpiętym kiltu i machał nogami. Nieprawda,
wyszło mu. Udało mu się znów podnieść dawkę. Lek, który w
rękach Way'a, pod światłem słonecznym połyskiwał swoim
niebieskim blaskiem pozwalał na wiele więcej, niż im obojgu by się
wydawało. Frank nie był pewien, ale jego twór najprawdopodobnie
sześciokrotnie zwiększał wydajność pracy mózgu. Wszystko
musiało być wyraźniejsze. Ostrzejsze. Lepsze. Po prostu lepsze.
-
A mnie tak. Wygląda tak, jak powinno – odparł pewnie, dość
dumnie, co Gerard łatwo wypatrzył w jego błyszczących oczach.
Frank się zmienił. Wciąż był tym drobnym, delikatnym chłopakiem,
którego poznał bliżej na wiosnę, jednak... Sukcesy uczyły go
wiary w siebie. Wierzył w siebie bardzo mocno.
- Jest jakieś
takie... gęste, nie uważasz? - Gerard nie był przekonany.
Poprzednia dawka wyglądała lepiej, zdrowiej, nie budziła
zastrzeżeń i jego przesadnej czujności. Ta była po prostu
inna.
- Nie, Gerard. Jestem pewien, poza tym rozmaz wyszedł
wzorowo, chcę spróbować – przedostatnie słowo zaakcentował
ostro. Gerard wiedział, że nawet gdyby we fiolce znajdował
rozpuszczony w wodzie cyjanek potasu, a byłoby to dzieło Franka,
ten zawsze musiał spróbować.
- A jeśli to trucizna?
-
Trudno – odparł luźno, wystawiając rękę. - No już, Gee. To
przecież mój własny lek, nie zaboję się moim własnym
lekiem!
Nie jestem pewien pomyślał
Way, ale wiedział, że kłótnia nic nie zdziała a substancja
prędzej czy później i tak zostanie przez Franka zażyta. Napełnił
strzykawkę drżącymi rękoma.
- Frank, ja mam naprawdę złe
przeczucia, nie powinieneś...
- Gerard do cholery – chłopak
westchnął i stanowczo podciągnął rękaw.
- No dobra,
dobra.
Wkuł się, blady. Teraz był wręcz pewien, że to nie
podziała; albo zrobili jakiś błąd, albo substancja więcej
przyjąć nie mogła i odrzuciła kolejne miligramy. Bał się, że
ma rację, w końcu na dobrą sprawę wiedział więcej niż Frank, w
tym momencie już pewnie niewiele więcej, ale jednak. Mimo to,
zamknął powieki, wpuszczając substancję w jego
krwioobieg.
Wszystko potoczyło się szybko. Nie wiedział nawet
kiedy wyjął igłę i już miał w rękach jego ciało, coraz mniej
zdolne do samodzielnych ruchów. Widział jego oczy, wesołe jak
zawsze, myliły go, nie wiedział, czy to jednak działa, czy zabija
tego wątłego chłopaka. Mówił do niego, bardzo dużo mówił. Ale
Frank nie słuchał, czy raczej nie słyszał, nic już nie
słyszał.
Profesor Way poraz kolejny miał rację. Tym razem
jednak piekielnie nie chciał jej mieć.
❧
Tak, oto one-shot dedykowany Nanie z okazji jej urodzin. Wszystkiego najwspanialszego Nanku! Wiem, wiem, to nie był urodzniowy akcent, przepraszam!
Ciemu... to było cudowne. Przepięknie napisane, wręcz idealnie, w dodatku z genialnym pomysłem. Gerard nauczyciel chemii i biologi oraz Franek, słodki, cudowny licealista. Cholernie się wzruszyłam na końcówce, przy samej śmierci Frania :c Ale ta miłość, miłość, że dla ukochanej osoby zrobisz wszystko, że zaryzykujesz własne życie. Zakochany Frank to cudowny Frank, naprawdę. Kocham tego shota, mimo, że jest smutny. Po prostu cholernie mi się podobało, Ciem, chcę taki tworów więcej. Dziękuję za taki wspaniały prezent urodzinowy <3
OdpowiedzUsuńBoże, jakie to dramatyczne. Piękne, ale dramatyczne. Nie jestem w stanie wiele napisać i to mnie w sumie martwi, bo wprost kocham to, co piszesz i tym razem także było podobnie. Moja miłość wzrosła :D Jednak jakoś brakuje mi słów O____O Mogę powiedzieć z całą pewnością, że dla takich shotów żyje każdy Twój czytelnik ♥
OdpowiedzUsuńja pierdzielę jak ja ryczę
OdpowiedzUsuńJa... No.. Tego... RYCZĘ! :'( :'( :'(
OdpowiedzUsuńMusiałaś zrobić takiego dramatycznego skota?! A było tak pięknie. Kocham zakochanego Frania i ogólnie całą jego postać, która została tutaj przez Ciebie wykreowana, awww! <3
Pomimo smutnej końcówki, dzięki której pozbyłam się większości tuszu, oneshot świetny! <3 <3 <3 :3
I ten oto shot można bez problemu nazwać idealnym. Podziwiam.
OdpowiedzUsuńByć może i nie poruszyło to mną na tyle, abym zaczęłam płakać, ale jednak - było piękne. Warto poświęcić te kilka minut na przeczytanie, naprawdę.
OdpowiedzUsuńKOCHAM, PISZ WIĘCEJ I CZĘŚCIEJ <3
Best Casinos Near Harrah's Casino and Atlantic City - Mapyro
OdpowiedzUsuńHarrah's Casino and Hotel Atlantic City in Atlantic City, NJ 정읍 출장안마 - Find your perfect blend of entertainment, dining and 군산 출장안마 gaming 하남 출장안마 at the best 강원도 출장샵 hotel 정읍 출장마사지