sobota, maja 12, 2012

5} ghost town

feel the sunshine

            Dziwię się tej kobiecie, że jeszcze nie skończyła w pokoju bez klamek. Dziwię się jej też, że wybrała sobie pracę w gronie przerośniętych gówniarzy, którzy myślą, że skoro są w drugiej klasie liceum to wszystko im wolno. Nigdy nie wybrałbym takiego zawodu, pewnie między innymi dlatego, że nie miałem potrzeby, żeby zmieniać świat i pomagać kształcić kolejnych nieuków. Nasza wychowawczyni, jak już zdążyliśmy się dowiedzieć, uczyła języka angielskiego i to bardzo dobrze. Jakoś nigdy nie przepadałem za tymi lekcjami, ale ona tłumaczyła wszystko tak, że aż chciało się słuchać. Tak, na naszych lekcjach zawsze panowała grobowa cisza i mimo to, że pani Basia, bo tak kazała do siebie mówić, była osobą dość konkretną, nie baliśmy się jej. Po prostu każdy wiedział, jak ma się zachować, żeby nie musiała się na nas wkurzać. Co innego było na godzinie wychowawczej. Gdy już skończyła przeglądać zeszyt uwag i ogłaszać cotygodniowe nowości, dostawaliśmy czas wolny. Tak, wtedy robiło się trochę głośniej, więc gdy chciała coś dodać, to graniczyło to z cudem.

- Cisza na razie! – krzyknęła kobieta, na co cała klasa momentalnie umilkła, a osoby chodzące po pomieszczeniu wróciły na swoje miejsca. Kobieta popatrzyła po nas z lekkim uśmiechem na ustach, wyraźnie zadowolona z tego, jak łatwo udało się jej nas opanować – Jak już wspominałam waszym rodzicom na wywiadówce w zeszłym tygodniu, wasza wycieczka pod Warszawę się odbędzie. – powiedziała, wywołując radość kilku osób, ale już po chwili znowu była cisza – Żeby oszczędzić wszystkim zbędnych pytań o to, co takiego należy zabrać, chociaż powinniście to wiedzieć, rozdam wam listę podstawowych rzeczy, które bezwarunkowo mają znaleźć się w waszych torbach. – ciągnęła dalej, przechodząc wzdłuż rzędu od okna i rozdając niewielkie, białe kwitki – Mam nadzieję, że wszystko jasne. Na kartkach macie także czas i miejsce zbiórki. Jadą wszyscy, bo wszyscy rodzice mi zapłacili. 
            Gdy skończyła, wróciła do swojego biurka nic więcej nie mówiąc i zabrała się za wpisywanie ocen z kartkówki do dziennika, nie interesując się nami. Mocno jej się dziwiłem. Była przecież młoda, ładna i widać, że dobrze wychowana, a wybrała sobie taki beznadziejny zawód, który będzie kosztował ją tyle nerwów. W swoim wieku, zaznaczmy tu, ze wyglądała na młodą, powinna mieć męża i dzieci, a nie siedzieć tu i próbować wyciągnąć coś z uczniów, którymi tak nic już nie pomoże.
            Nikt nie zapytał o nic więcej, wszyscy zajmowali się studiowaniem kartek, które otrzymali, albo nie interesując się już nimi wracali do przerwanych zajęć. Do dzwonka nie pozostało zbyt dużo czasu, więc była też część, która już jakiś czas temu spakowała swoje torby i czekała, aż pozwolą im wybiec na korytarz i po całym dniu katuszy w szkole udać się do domu. Ja, jak zwykle zresztą, siedziałem w swojej ostatniej ławce z słuchawkami na uszach, niezauważony przez nikogo i z założonymi rękami obserwowałem obraz za oknem. Ta sama ulica, na którą przenosiłem zmieszane spojrzenie zaledwie kilka dni temu, bojąc się spojrzeć przyjaciółce w oczy. Tak, w takich chwilach miałem aż za dużo czasu, by myśleć i zastanawiać się nad swoim życiem, co nijak mi pomagało. Tak, przyznałem się, zarówno przed nią jak i przed samym sobą, ale ku mojemu zdziwieniu wcale nie było mi prościej z tą świadomością. Nadal czułem, że coś się stanie, ale trwało to już niemal tydzień i zaczynałem się bać o mój stan psychiczny. Może ze mną było coś nie tak? Może już całkowicie zwariowałem?
            Z zamyślenia wyrwał mnie cień, który mignął mi przed oczami, tuż za oknem. Nie, to nie był cień, bo to do cholery było białe! Gerard, wariujesz. Podniosłem się trochę, ostatecznie wstałem z krzesła, podchodząc bliżej do okna. Zamrugałem nawet kilkakrotnie oczami, ale to nic nie dało. Na środku ulicy, tej centralnie przed szkołą, stała postać, kobieca postać, wpatrując się we mnie jakby wyczekująco. Jakbym ją znał i wiedział, co powinienem zrobić. Jej spojrzenie było spokojne, można powiedzieć, że puste, ale mimo to, przyglądała się tak, jakby coś ode mnie chciała. Była.. blada. Cała paskudnie blada, włosy miała bardzo jasne a jej długa sukienka, falująca na wietrze podobnie jak trupie kosmyki, była koloru jej skóry. W pewnym momencie odwróciła ode mnie głowę patrząc na coś po lewej stronie, a sekundę później ulicą, na której stała przejechał samochód. Czułem, jak mój żołądek się skręca, ale ku mojemu zdziwieniu auto przejechało spokojnie, a postaci po prostu nie było. Nie uderzyło w nią, nie było wypadku. Dziewczyna po prostu rozpłynęła się w powietrzu.
            Dopiero teraz usłyszałem, że w klasie jest głośniej, a ktoś woła moje imię. Dopiero teraz mogłem się odwrócić, zauważyć, że klasa jest niemal pusta, zobaczyć jak Anka i Gabi wychodzą a Franek patrzy na mnie wyczekująco.
- Czy ty mnie w ogóle słyszysz? – powiedział trochę głośniej, mocno rozdrażniony, na co pokiwałem głową patrząc przepraszająco, mimo że nie miałem pojęcia co do mnie mówił. W odpowiedzi westchnął tylko i rzucił mim moją torbę. – Pytałem czy idziemy do mnie.
- T-tak, chyba że.. 
- Nie, nie rozmyśliłem się. Chodź już. Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha. – uznał kpiąco i popchnął mnie do wyjścia z klasy. Bo zobaczyłem przeszło mi przez myśl, ale nie powiedziałem nic więcej. Wiedziałem, że musiało mi się wydawać, ale z drugiej strony nie potrafiłem dopuścić tej myśli mając świadomość, że naprawdę coś widziałem. Przecież to równałoby się ze stwierdzeniem, że totalnie mi odbiło i powinienem sam trafić do pokoju bez klamek...
            Tylko we dwoje wyszliśmy ze szkoły, kierując się standardowo ulicą w dół, nie śpiesząc się wcale. Franek ubzdurał sobie, że dziś do niego przyjdę, bo jeszcze nigdy u niego nie byłem, więc musi się to zmienić. Trochę dziwnie się czułem, idąc do niego, ale to pewnie przez mój schizowany mózg, bo przecież nie było w tym nic złego. Przyjaźniliśmy się i chyba tylko tyle. Z grubym podkreśleniem na chyba, ale w oficjalnej wersji nic więcej nas nie łączyło. Ba, nic więcej nie mogło nas łączyć, skoro Frank miał dziewczynę i wyraźnie był z nią szczęśliwy. Powinienem to sobie napisać na ścianie i patrzeć na to co dwie minuty, by umieć nie myśleć o nim jak o obiekcie westchnień nastolatki z problemami, bardzo do mnie podobnej. 
- Co ty tak.. nic nie mówisz? Boisz się mojej siostry? – zaczął cicho, z tym swoim kpiącym uśmieszkiem na ustach i schował ręce do kieszeni czarnych rurek. Zauważyłem, że w tak obcisłych spodniach miał ładny tyłek. Ale nie no, dobra, to przecież mój kumpel, nie?
- Nie no, siostry raczej nie. – powiedziałem, śmiejąc się cicho. Doskonale wiedziałem, że siostra Franka była mała, bo miała zaledwie trzy lata, ale mimo to ponoć była ucieleśnieniem zła i kochała wszystko, co normalna istota zaliczyłaby jako pomiot szatana. Mimo to jednak, nie mogę powiedzieć, że nie bałem się perspektywy poznania małej Martynki, bo odkąd tydzień temu mama wkręciła mnie w opiekę nad dzieckiem sąsiadki, wszyscy powtarzają mi, że mam rękę do dzieci. Pozwolę sobie przemilczeć to stwierdzenie, mam nadzieję, że mnie nie zabijecie.
- Ciotki mojej się boisz? E, to chyba źle ci ją przedstawiłem. To, że całe popołudnia spędza w kuchni, nie znaczy, że bije patelnią.. – powiedział, śmiejąc się cicho, ukazując rząd białych zębów – Wiesz, gorzej z moją siostrą. Mała, cwana gówniara. Zaraz będzie GELALD GELALD, ja to wiem, zobaczysz! A ja się z niej zawsze śmieję, a ona mnie bije. Trzylatka!
- A to fajną relację macie. – stwierdziłem, uśmiechając się delikatnie na jego słowa. Nigdy nie miałem w rodzinie żadnej małoletniej dziewczyny, więc nie miałem pojęcia, jak takowe się zachowują, no, ale trzeba się kształcić ja myślę.
            Franek złapał za klamkę i otworzył drzwi, pozwalając mi wejść za nim do domu. Już od progu poczułem ciepłą atmosferę, a w powietrzu unosił się zapach pomidorów i bazylii. Oboje zdjęliśmy trampki, w momencie gdy dziewczynka, która musiała być właśnie siostrą Franka, stanęła przed nami z ręką na biodrze i spojrzała z dezaprobatą.
            Przyjrzałem się istotce dokładnie, lustrując każdy centymetr jej malutkiego ciałka. Tak, była dość niska, ale za razem bardzo podobna do starszego brata. Miała wielkie, zielone oczy i burzę ciemnobrązowych loków na głowie, idealnie komponujących się z jasną cerą. Na nogach miała czerwone trampki a ubrana była w ciemnogranatową, artystycznie pobrudzoną farbami sukienkę. I trzeba jej przyznać, że wyglądała słodko, dodatkowo z wypełnionymi pędzlami kieszeniami kiecki i słoikiem Nutelli w niedużych łapkach.
- Ej, młoda, to moja Nutella! – pisnął Franek, porywając siostrę na ręce. Dopiero gdy się uśmiechnęła, mogłem w pełni zauważyć, że są naprawdę niemal identyczni. Dziewczynka objęła słoik, patrząc przepraszająco na brata, po czym parsknęła śmiechem.
- Nie, bo mój! – powiedziała szybko, zerkając na mnie ukradkowo – Swoją zjadłeś! Ta jest moja!
- Zjadłem? Tak? A dowód masz? – spytał ją, patrząc podejrzliwie.
- Rejestracyjny chyba! – wypaliła, śmiejąc się i zeskoczyła na ziemię nim Franek zdążył zareagować i zniknęła w kuchni.
- To jest moja właśnie siostra szatan, nałogowy pochłaniacz Nutelli i upadła artystka. Nie, nie ma trzech lat. Ona umysłowo jest dorosła. – parsknął dodatkowo, zakładając ręce.
- Jestem dorosła! – krzyknęła z kuchni obrażona i wybiegła do nas, łapiąc mnie za rękę i ciągnąc gdzieś. Nie sprzeciwiałem się, tylko posłusznie podążyłem za nią, jak się okazało na piętro, gdzie wprowadziła mnie do niebieskiego pokoju – To moja pracownia, wiesz? A ty jak się nazywasz?
- Ja jestem Gerard i jestem kolegą twojego brata.
- Jesteś artystą chociaż? – spytała, patrząc z zaciekawieniem, stojąc na środku pełnej kolorowych kartek i farb pracowni.
- Wiesz.. nie mam pojęcia. – powiedziałem, wchodząc trochę głębiej do jej pokoju, zauważając że wszędzie gdzie tylko nie spojrzeć, było coś związanego z malowaniem. Usiadłem na ciemnej podłodze obok niej, na co poszła w moje ślady i otworzyłem moją torbę, wyciągając z niej swoją czarną teczkę. Wydobyłem z niej rysunek, a raczej kilka, wszystkie jakieś takie.. byle jakie, ale mimo to zadowalające i podałem dziewczynce. Wzięła ode mnie kartki, przyglądając się im chwilę. – Nie wiem, czy zaraz artystą, ale lubię rysować. 
- Gelald.. To jest śliczne, wiesz? – powiedziała, patrząc swoimi dużymi oczami zza kartek – Ja je chce! Wszystkie!
- Możesz je wziąć. Ty.. też masz tutaj dużo. – powiedziałem, oglądając ściany pomieszczenia.
- Flanek ze mną maluje! – powiedziała, dziwnie pomijając „r” w naszych imionach, tuląc do siebie moje rysunki, które po chwili mi podała – Powiesisz mi?
- Nie wykorzystuj gościa, mała. Ja ci powieszę. – powiedział wchodzący do pokoju Franek i wziął ode mnie prace, oglądając je – Ale nasz Gerdu ma talent, co nie Marti? – zaśmiał się i powiesił moje rysunki w wolnej części ściany, przyklejając je taśmą, o mało nie strącając ze stolika farb.
- No ma! Taki utalentowany jak ja. – uznała i wpakowała mi się na kolana – Będziesz moim kolegą, Gelald?
- A namalujecie mi coś kiedyś? – zapytałem z uśmiechem patrząc na dziewczynkę.
- No.. kiedyś. Flanek ze mną i ci damy. Ale odwiedzaj mnie Gelald! 
- No niech ci będzie. – zgodziłem się, na co szeroko się uśmiechnęła i wstała, znów ciągnąc mnie za rękę, ale teraz już nie tylko mnie, ale także Franka. Zeszliśmy do kuchni, gdzie teraz była jeszcze ciemnowłosa kobieta, której wcześniej nie zastaliśmy – Dzień dobry. – powiedziałem, uśmiechając się lekko, na co kobieta odwróciła się do nas z uśmiechem, a Franek przytulił się do niej i pocałował ją w policzek.
- Dzień dobry, dzień dobry. – odpowiedziała, mieszając sos pomidorowy i po chwili odłożyła łyżkę i uścisnęła mnie ciepło.
- Ciociu, to Gerd jest. – oznajmił Franek, pokazując na mnie i sam zabrał się za mieszanie, ponownie z siostrą na rękach.
- No widzę właśnie – ciemnowłosa kobieta, dość podobna do Martynki i Franka uśmiechnęła się szeroko, przyglądając mi się – Franek nawija o tobie na zmianę z Gabi, serio. – uznała, śmiejąc się cicho i przegoniła tamtych od kuchenki, sama biorąc pod opiekę gotujące się dania.
- Ciociu! – jęknął Frank, a Martynka wybuchła śmiechem.
- Wkopałeś się Flanek, wszyscy już wiedzą, że lubisz Gerda!
- Nie pozwalasz sobie mała? A w ogóle, to co ty, jedynek nie masz? – zaśmiał się, łaskocząc dziewczynkę, która zaraz dostała napadu śmiechu – Ano nie masz. 
- Mam! 
- No jak masz, jak nie masz? A w ogóle ciociu, to Gerard może zostać na kolację, prawda?
- Oczywiście, że może, jeśli tylko nie ma żadnych planów. – odpowiedziała mu kobieta, patrząc po nas z uśmiechem.
- Nie masz planów? – zapytała mnie Martynka, patrząc wyczekująco.
- No.. no nie mam niby, ale nie chcę wam przeszkadzać.. – trzeba przyznać, że trochę się zmieszałem, bo kolacji nie było w planie, ale jednak byłem zadowolony, bo naprawdę ich wszystkich strasznie polubiłem.
- Nie przeszkadzasz przecież. – parsknął Jabłoński i odstawił siostrę na podłogę – Okej, to wy tu gotujcie, a my pójdziemy na górę i trochę pogadamy o męskich sprawach, co wy na to? 
- Dostanę paprykę? – zapytała od razu Marynka, zajęta jakby nagle pomaganiem ich cioci, zapominając o nas.
- No to idźcie sobie chłopcy, zawołam was jak gotowe będzie. – po czym podała dziewczynce kawałek czerwonego warzywa, na co tamta pomachała nam nim i zaczęła znosić kolejne papryki do pokrojenia, a my poszliśmy na piętro.
            W sumie trzeba nam przyznać, że całe popołudnie spędziliśmy na mało budujących zajęciach, bo najpierw zrobiliśmy lekcje, później siedzieliśmy na balkonie przez kilka godzin rozmawiając w najlepsze a na koniec, gdy już na polu zrobiło się zimno, wróciliśmy do pokoju Franka i jakoś przypadkiem zaczęliśmy się tłuc, turlając się po podłodze. Nie, nie zrobiliśmy sobie specjalnie nic, ale Franek i jego wzrost non stop byli na dole, a to ja tłukłem go z góry. Tak jak teraz. Wyczerpany Jabłoński poddał się i leżał na środku pokoju ze mną na sobie i z zablokowanymi rękami.
- I co teraz gówniarzu powiesz, co? – zaśmiałem się, będąc twarzą tuż przy jego twarzy.
- Złaź debilu, bo ci zaraz oddam! – wypalił, śmiejąc się głośno i strącił mnie z siebie, przez co znów przeturlaliśmy się po pokoju.
- Ale co ty mnie bijesz, kurduplu!? 
- O ty! – wskoczył na mnie, tak że siedział na mnie okrakiem i trzymał mnie za nadgarstki – Za tego kurdupla to ci się jeszcze dostanie!
- A co, nie jesteś kurduplem? – znowu zacząłem rechotać, próbując zrzucić go na dywan, bezskutecznie. I pewnie próbowałbym dalej, ale zastygłem w bezruchu, wpatrując się w postać stojącą w drzwiach. 
            Ta sama biała dziewczyna, którą widziałem na ulicy, stała teraz zaledwie metr obok mnie, trzymając się ręką framugi we Frankowych drzwiach. Dalej wyglądała tak samo, dalej była chorobliwie biała, do tego stopnia, że biel od niej raziła mnie w oczy. Stała tylko chwilę; gdy zobaczyła, że próbuję się podnieść i wyrwać z uścisku Franka, zniknęła, rozmyła się, jakby pod wpływam podmuchu wiatru, jeszcze przez sekundę zostawiając białą smugę na powietrzu. 
            W momencie, gdy znikła, zachłysnąłem się powietrzem, zdając sobie sprawę, że przez czas przyglądania się jej, nie oddychałem ani trochę. Przerażony Franek zeskoczył ze mnie, otwierając szerzej oczy.
- Gerd, w-wszystko w porządku? – spytał drżącym głosem – To.. nie przeze mnie prawda? Nic ci nie zrobiłem?
            Jeszcze dobrą minutę patrzyłem na niego w ciszy, zdezorientowany, z równie szeroko otwartymi oczami, co mój przyjaciel. Przerażony. Tak, to bardzo dobrze słowo, byłem właśnie przerażony. Bałem się, że wariuję. W końcu stwierdziłem, że powinienem mu odpowiedzieć. 
- Nie.. nic. To.. nie twoja wina, serio. – powiedziałem bardzo cicho, po czym zakaszlałem kilka razy – Wiesz.. chyba pójdę do siebie..
- Nie! Nie, nie. Zostań. Zostań na kolację, Gerdu. Chodź. – poderwał się z podłogi i pomógł mi wstać, po czym zaprowadził mnie na drugi koniec piętra, podchodząc do niedużej klatki i wyjął coś z niej, podając mi.
- CO TO?! – pisnąłem, przerażony totalnie, odskakując do tyłu, mimo to trzymając dziwne, ruszające się futro.
- Chomik, debilu! – Franek parsknął cichym śmiechem i aż klasnął w dłonie. 
- Och, chomik. Jaki futrzany, nie mogę naciskać, bo mu flaki wyjdą, huh. – złapałem żyjątko w obie ręce i przybliżyłem do siebie, przyglądając mu się. A Franek dalej się ze mnie śmiał.
- Boże, przecież chomików się nie naciska!
- No ok, ok. No. Jak mu?
- Leoś. Leon. No ale Leoś. – powiedział i posadził mnie na jakimś fotelu.
            Jeszcze długo głaskałem Leosia, słuchając barwnych opowieści Franka i tym, jak to wspaniale spędza czas ze swoją dziewczyną, albo odpowiadałem na pytania z typu „A ty kiedy się z jakąś umówisz?”. Zadawał kolejne pytania z zawrotną szybkością, a ja musiałem na nie wszystkie odpowiadać. Ale nie przeszkadzało mi to, mógł mnie pytać o co tylko chciał, naprawdę nie miałem nic do ukrycia. No, oprócz mojej orientacji, ale jasnym było, że Jabłoński nie zapyta mnie o to wprost. 
            Później pani Justyna, bo tak się nazywała ciocia Franka, zawołała nas na kolację, na którą było spaghetti. Wywiązała się między naszą trójką dość ciekawa rozmowa, więc siedzieliśmy i siedzieliśmy, dopóki nie zadzwoniła moja mama, oznajmiając mi, że dochodzi dwudziesta pierwsza i żebym nie przesadzał. Pożegnałem się wtedy z całą trójką domowników, a Martynka dała mi nawet całusa w policzek na pożegnanie. Nawet mama nie pytała o nic więcej, gdy powiedziałem, że byłem u Franka na kolacji. Kazała mi szybko skończyć wszystko i iść spać, po czym, nie chcąc mi przeszkadzać, zaszyła się w swojej sypialni podobnie jak mój brat. 
            Gdy tylko wziąłem prysznic, rzuciłem się na łóżko i zamknąłem oczy, nie fatygując się o gaszenie światła czy nawet przykrywanie się kołdrą. Za dużo. O wiele za dużo się wydarzyło jak na jeden, zwykły dzień i szczerze miałem kompletnie dość. Nie dość, że najprawdopodobniej wariowałem, to jeszcze byłem tego świadom. To było straszne.
            Gdy zobaczyłem białą postać na skraju łóżka, nie zareagowałem już w ogóle. Bałem się jej, ale nie zerwałem się, ani nie poruszyłem. Po prostu patrzyłem, a ona patrzyła na mnie. Już nie miała tak pustego spojrzenia. Ale dalej byłą biała i przerażała. Bałem się, że wariuję, ba, że już coś mi odbiło. 
- Kim ty jesteś? – zapytałem po chwili, czekając dość długo na jakiś odzew. Nie odpowiedziała, patrzyła dalej, podobnie jak ja na nią, ale z rozbawieniem, a nie jak ja, pytająco. 
- Nadzieja. – powiedziała w końcu w specyficzny sposób. Jej słowa były.. białe. Tak, to głupie. Ale ona nie mówiła, wyrazy wypływały z jej ust jak zabarwione trupią bielą powietrze, czytałem je. Brzmiały w mojej głowie. Głęboko. Odbijały się od ścian w moim umyśle, dudniły głośno albo lekko dzwoniły. We mnie.
- Czego chcesz? – pytałem dalej, patrząc ze znikomą obawą.
- Muszę cię pilnować. Istnieją gorsze rzeczy, niż mógłbyś sobie wyobrazić. – kolejne słowa wypływały z jej ust, a w głowie słyszałem jej dźwięczny głos, teraz już cichy i spokojny. Patrzyłem na nią bez przerwy. Długo. Ale w końcu ona zerwała kontakt wzrokowy i wstała i zerkając na mnie, pomachała mi, kierując się do drzwi mojego pokoju. Nim do nich doszła, powietrze rozmyło się za nią i nie zostało po niej nic, prócz marnej, białej smugi unoszącej się jeszcze długo po moim pokoju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz