feel
the sunshine
Dziwię
się tej kobiecie, że jeszcze nie skończyła w pokoju bez klamek. Dziwię się jej
też, że wybrała sobie pracę w gronie przerośniętych gówniarzy, którzy myślą, że
skoro są w drugiej klasie liceum to wszystko im wolno. Nigdy nie wybrałbym
takiego zawodu, pewnie między innymi dlatego, że nie miałem potrzeby, żeby
zmieniać świat i pomagać kształcić kolejnych nieuków. Nasza wychowawczyni, jak
już zdążyliśmy się dowiedzieć, uczyła języka angielskiego i to bardzo dobrze.
Jakoś nigdy nie przepadałem za tymi lekcjami, ale ona tłumaczyła wszystko tak,
że aż chciało się słuchać. Tak, na naszych lekcjach zawsze panowała grobowa
cisza i mimo to, że pani Basia, bo tak kazała do siebie mówić, była osobą dość
konkretną, nie baliśmy się jej. Po prostu każdy wiedział, jak ma się zachować,
żeby nie musiała się na nas wkurzać. Co innego było na godzinie wychowawczej.
Gdy już skończyła przeglądać zeszyt uwag i ogłaszać cotygodniowe nowości,
dostawaliśmy czas wolny. Tak, wtedy robiło się trochę głośniej, więc gdy
chciała coś dodać, to graniczyło to z cudem.
- Cisza na razie! – krzyknęła kobieta, na co cała klasa momentalnie umilkła, a
osoby chodzące po pomieszczeniu wróciły na swoje miejsca. Kobieta popatrzyła po
nas z lekkim uśmiechem na ustach, wyraźnie zadowolona z tego, jak łatwo udało
się jej nas opanować – Jak już wspominałam waszym rodzicom na wywiadówce w
zeszłym tygodniu, wasza wycieczka pod Warszawę się odbędzie. – powiedziała,
wywołując radość kilku osób, ale już po chwili znowu była cisza – Żeby
oszczędzić wszystkim zbędnych pytań o to, co takiego należy zabrać, chociaż
powinniście to wiedzieć, rozdam wam listę podstawowych rzeczy, które
bezwarunkowo mają znaleźć się w waszych torbach. – ciągnęła dalej, przechodząc
wzdłuż rzędu od okna i rozdając niewielkie, białe kwitki – Mam nadzieję, że
wszystko jasne. Na kartkach macie także czas i miejsce zbiórki. Jadą wszyscy,
bo wszyscy rodzice mi zapłacili.
Gdy skończyła, wróciła do
swojego biurka nic więcej nie mówiąc i zabrała się za wpisywanie ocen z
kartkówki do dziennika, nie interesując się nami. Mocno jej się dziwiłem. Była
przecież młoda, ładna i widać, że dobrze wychowana, a wybrała sobie taki
beznadziejny zawód, który będzie kosztował ją tyle nerwów. W swoim wieku,
zaznaczmy tu, ze wyglądała na młodą, powinna mieć męża i dzieci, a nie siedzieć
tu i próbować wyciągnąć coś z uczniów, którymi tak nic już nie pomoże.
Nikt nie zapytał o nic więcej,
wszyscy zajmowali się studiowaniem kartek, które otrzymali, albo nie
interesując się już nimi wracali do przerwanych zajęć. Do dzwonka nie pozostało
zbyt dużo czasu, więc była też część, która już jakiś czas temu spakowała swoje
torby i czekała, aż pozwolą im wybiec na korytarz i po całym dniu katuszy w
szkole udać się do domu. Ja, jak zwykle zresztą, siedziałem w swojej ostatniej
ławce z słuchawkami na uszach, niezauważony przez nikogo i z założonymi rękami
obserwowałem obraz za oknem. Ta sama ulica, na którą przenosiłem zmieszane
spojrzenie zaledwie kilka dni temu, bojąc się spojrzeć przyjaciółce w oczy.
Tak, w takich chwilach miałem aż za dużo czasu, by myśleć i zastanawiać się nad
swoim życiem, co nijak mi pomagało. Tak, przyznałem się, zarówno przed nią jak
i przed samym sobą, ale ku mojemu zdziwieniu wcale nie było mi prościej z tą
świadomością. Nadal czułem, że coś się stanie, ale trwało to już niemal tydzień
i zaczynałem się bać o mój stan psychiczny. Może ze mną było coś nie tak? Może
już całkowicie zwariowałem?
Z zamyślenia wyrwał mnie cień,
który mignął mi przed oczami, tuż za oknem. Nie, to nie był cień, bo to do
cholery było białe! Gerard, wariujesz. Podniosłem się trochę, ostatecznie wstałem
z krzesła, podchodząc bliżej do okna. Zamrugałem nawet kilkakrotnie oczami, ale
to nic nie dało. Na środku ulicy, tej centralnie przed szkołą, stała postać,
kobieca postać, wpatrując się we mnie jakby wyczekująco. Jakbym ją znał i
wiedział, co powinienem zrobić. Jej spojrzenie było spokojne, można powiedzieć,
że puste, ale mimo to, przyglądała się tak, jakby coś ode mnie chciała. Była..
blada. Cała paskudnie blada, włosy miała bardzo jasne a jej długa sukienka,
falująca na wietrze podobnie jak trupie kosmyki, była koloru jej skóry. W
pewnym momencie odwróciła ode mnie głowę patrząc na coś po lewej stronie, a
sekundę później ulicą, na której stała przejechał samochód. Czułem, jak mój
żołądek się skręca, ale ku mojemu zdziwieniu auto przejechało spokojnie, a
postaci po prostu nie było. Nie uderzyło w nią, nie było wypadku. Dziewczyna po
prostu rozpłynęła się w powietrzu.
Dopiero teraz usłyszałem, że w
klasie jest głośniej, a ktoś woła moje imię. Dopiero teraz mogłem się odwrócić,
zauważyć, że klasa jest niemal pusta, zobaczyć jak Anka i Gabi wychodzą a
Franek patrzy na mnie wyczekująco.
- Czy ty mnie w ogóle słyszysz? – powiedział trochę głośniej, mocno
rozdrażniony, na co pokiwałem głową patrząc przepraszająco, mimo że nie miałem
pojęcia co do mnie mówił. W odpowiedzi westchnął tylko i rzucił mim moją torbę.
– Pytałem czy idziemy do mnie.
- T-tak, chyba że..
- Nie, nie rozmyśliłem się. Chodź już. Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha. – uznał
kpiąco i popchnął mnie do wyjścia z klasy. Bo
zobaczyłem przeszło mi przez myśl, ale nie powiedziałem nic więcej.
Wiedziałem, że musiało mi się wydawać, ale z drugiej strony nie potrafiłem
dopuścić tej myśli mając świadomość, że naprawdę coś widziałem. Przecież to
równałoby się ze stwierdzeniem, że totalnie mi odbiło i powinienem sam trafić
do pokoju bez klamek...
Tylko we dwoje wyszliśmy ze
szkoły, kierując się standardowo ulicą w dół, nie śpiesząc się wcale. Franek
ubzdurał sobie, że dziś do niego przyjdę, bo jeszcze nigdy u niego nie byłem,
więc musi się to zmienić. Trochę dziwnie się czułem, idąc do niego, ale to
pewnie przez mój schizowany mózg, bo przecież nie było w tym nic złego.
Przyjaźniliśmy się i chyba tylko tyle. Z grubym podkreśleniem na chyba, ale w
oficjalnej wersji nic więcej nas nie łączyło. Ba, nic więcej nie mogło nas
łączyć, skoro Frank miał dziewczynę i wyraźnie był z nią szczęśliwy. Powinienem
to sobie napisać na ścianie i patrzeć na to co dwie minuty, by umieć nie myśleć
o nim jak o obiekcie westchnień nastolatki z problemami, bardzo do mnie podobnej.
- Co ty tak.. nic nie mówisz? Boisz się mojej siostry? – zaczął cicho, z tym
swoim kpiącym uśmieszkiem na ustach i schował ręce do kieszeni czarnych rurek.
Zauważyłem, że w tak obcisłych spodniach miał ładny tyłek. Ale nie no, dobra,
to przecież mój kumpel, nie?
- Nie no, siostry raczej nie. – powiedziałem, śmiejąc się cicho. Doskonale
wiedziałem, że siostra Franka była mała, bo miała zaledwie trzy lata, ale mimo
to ponoć była ucieleśnieniem zła i kochała wszystko, co normalna istota
zaliczyłaby jako pomiot szatana. Mimo to jednak, nie mogę powiedzieć, że nie
bałem się perspektywy poznania małej Martynki, bo odkąd tydzień temu mama
wkręciła mnie w opiekę nad dzieckiem sąsiadki, wszyscy powtarzają mi, że mam
rękę do dzieci. Pozwolę sobie przemilczeć to stwierdzenie, mam nadzieję, że
mnie nie zabijecie.
- Ciotki mojej się boisz? E, to chyba źle ci ją przedstawiłem. To, że całe
popołudnia spędza w kuchni, nie znaczy, że bije patelnią.. – powiedział,
śmiejąc się cicho, ukazując rząd białych zębów – Wiesz, gorzej z moją siostrą.
Mała, cwana gówniara. Zaraz będzie GELALD
GELALD, ja to wiem, zobaczysz! A ja się z niej zawsze śmieję, a ona mnie
bije. Trzylatka!
- A to fajną relację macie. – stwierdziłem, uśmiechając się delikatnie na jego
słowa. Nigdy nie miałem w rodzinie żadnej małoletniej dziewczyny, więc nie
miałem pojęcia, jak takowe się zachowują, no, ale trzeba się kształcić ja
myślę.
Franek złapał za klamkę i
otworzył drzwi, pozwalając mi wejść za nim do domu. Już od progu poczułem
ciepłą atmosferę, a w powietrzu unosił się zapach pomidorów i bazylii. Oboje
zdjęliśmy trampki, w momencie gdy dziewczynka, która musiała być właśnie
siostrą Franka, stanęła przed nami z ręką na biodrze i spojrzała z dezaprobatą.
Przyjrzałem się istotce
dokładnie, lustrując każdy centymetr jej malutkiego ciałka. Tak, była dość
niska, ale za razem bardzo podobna do starszego brata. Miała wielkie, zielone
oczy i burzę ciemnobrązowych loków na głowie, idealnie komponujących się z
jasną cerą. Na nogach miała czerwone trampki a ubrana była w ciemnogranatową,
artystycznie pobrudzoną farbami sukienkę. I trzeba jej przyznać, że wyglądała
słodko, dodatkowo z wypełnionymi pędzlami kieszeniami kiecki i słoikiem Nutelli
w niedużych łapkach.
- Ej, młoda, to moja Nutella! – pisnął Franek, porywając siostrę na ręce.
Dopiero gdy się uśmiechnęła, mogłem w pełni zauważyć, że są naprawdę niemal
identyczni. Dziewczynka objęła słoik, patrząc przepraszająco na brata, po czym
parsknęła śmiechem.
- Nie, bo mój! – powiedziała szybko, zerkając na mnie ukradkowo – Swoją
zjadłeś! Ta jest moja!
- Zjadłem? Tak? A dowód masz? – spytał ją, patrząc podejrzliwie.
- Rejestracyjny chyba! – wypaliła, śmiejąc się i zeskoczyła na ziemię nim
Franek zdążył zareagować i zniknęła w kuchni.
- To jest moja właśnie siostra szatan, nałogowy pochłaniacz Nutelli i upadła
artystka. Nie, nie ma trzech lat. Ona umysłowo jest dorosła. – parsknął
dodatkowo, zakładając ręce.
- Jestem dorosła! – krzyknęła z kuchni obrażona i wybiegła do nas, łapiąc mnie
za rękę i ciągnąc gdzieś. Nie sprzeciwiałem się, tylko posłusznie podążyłem za
nią, jak się okazało na piętro, gdzie wprowadziła mnie do niebieskiego pokoju –
To moja pracownia, wiesz? A ty jak się nazywasz?
- Ja jestem Gerard i jestem kolegą twojego brata.
- Jesteś artystą chociaż? – spytała, patrząc z zaciekawieniem, stojąc na środku
pełnej kolorowych kartek i farb pracowni.
- Wiesz.. nie mam pojęcia. – powiedziałem, wchodząc trochę głębiej do jej
pokoju, zauważając że wszędzie gdzie tylko nie spojrzeć, było coś związanego z malowaniem.
Usiadłem na ciemnej podłodze obok niej, na co poszła w moje ślady i otworzyłem
moją torbę, wyciągając z niej swoją czarną teczkę. Wydobyłem z niej rysunek, a
raczej kilka, wszystkie jakieś takie.. byle jakie, ale mimo to zadowalające i
podałem dziewczynce. Wzięła ode mnie kartki, przyglądając się im chwilę. – Nie
wiem, czy zaraz artystą, ale lubię rysować.
- Gelald.. To jest śliczne, wiesz? – powiedziała, patrząc swoimi dużymi oczami
zza kartek – Ja je chce! Wszystkie!
- Możesz je wziąć. Ty.. też masz tutaj dużo. – powiedziałem, oglądając ściany
pomieszczenia.
- Flanek ze mną maluje! – powiedziała, dziwnie pomijając „r” w naszych
imionach, tuląc do siebie moje rysunki, które po chwili mi podała – Powiesisz
mi?
- Nie wykorzystuj gościa, mała. Ja ci powieszę. – powiedział wchodzący do
pokoju Franek i wziął ode mnie prace, oglądając je – Ale nasz Gerdu ma talent,
co nie Marti? – zaśmiał się i powiesił moje rysunki w wolnej części ściany,
przyklejając je taśmą, o mało nie strącając ze stolika farb.
- No ma! Taki utalentowany jak ja. – uznała i wpakowała mi się na kolana –
Będziesz moim kolegą, Gelald?
- A namalujecie mi coś kiedyś? – zapytałem z uśmiechem patrząc na dziewczynkę.
- No.. kiedyś. Flanek ze mną i ci damy. Ale odwiedzaj mnie Gelald!
- No niech ci będzie. – zgodziłem się, na co szeroko się uśmiechnęła i wstała,
znów ciągnąc mnie za rękę, ale teraz już nie tylko mnie, ale także Franka.
Zeszliśmy do kuchni, gdzie teraz była jeszcze ciemnowłosa kobieta, której
wcześniej nie zastaliśmy – Dzień dobry. – powiedziałem, uśmiechając się lekko,
na co kobieta odwróciła się do nas z uśmiechem, a Franek przytulił się do niej
i pocałował ją w policzek.
- Dzień dobry, dzień dobry. – odpowiedziała, mieszając sos pomidorowy i po
chwili odłożyła łyżkę i uścisnęła mnie ciepło.
- Ciociu, to Gerd jest. – oznajmił Franek, pokazując na mnie i sam zabrał się
za mieszanie, ponownie z siostrą na rękach.
- No widzę właśnie – ciemnowłosa kobieta, dość podobna do Martynki i Franka
uśmiechnęła się szeroko, przyglądając mi się – Franek nawija o tobie na zmianę
z Gabi, serio. – uznała, śmiejąc się cicho i przegoniła tamtych od kuchenki,
sama biorąc pod opiekę gotujące się dania.
- Ciociu! – jęknął Frank, a Martynka wybuchła śmiechem.
- Wkopałeś się Flanek, wszyscy już wiedzą, że lubisz Gerda!
- Nie pozwalasz sobie mała? A w ogóle, to co ty, jedynek nie masz? – zaśmiał
się, łaskocząc dziewczynkę, która zaraz dostała napadu śmiechu – Ano nie masz.
- Mam!
- No jak masz, jak nie masz? A w ogóle ciociu, to Gerard może zostać na kolację,
prawda?
- Oczywiście, że może, jeśli tylko nie ma żadnych planów. – odpowiedziała mu
kobieta, patrząc po nas z uśmiechem.
- Nie masz planów? – zapytała mnie Martynka, patrząc wyczekująco.
- No.. no nie mam niby, ale nie chcę wam przeszkadzać.. – trzeba przyznać, że
trochę się zmieszałem, bo kolacji nie było w planie, ale jednak byłem
zadowolony, bo naprawdę ich wszystkich strasznie polubiłem.
- Nie przeszkadzasz przecież. – parsknął Jabłoński i odstawił siostrę na
podłogę – Okej, to wy tu gotujcie, a my pójdziemy na górę i trochę pogadamy o męskich
sprawach, co wy na to?
- Dostanę paprykę? – zapytała od razu Marynka, zajęta jakby nagle pomaganiem
ich cioci, zapominając o nas.
- No to idźcie sobie chłopcy, zawołam was jak gotowe będzie. – po czym podała
dziewczynce kawałek czerwonego warzywa, na co tamta pomachała nam nim i zaczęła
znosić kolejne papryki do pokrojenia, a my poszliśmy na piętro.
W sumie trzeba nam przyznać,
że całe popołudnie spędziliśmy na mało budujących zajęciach, bo najpierw zrobiliśmy
lekcje, później siedzieliśmy na balkonie przez kilka godzin rozmawiając w
najlepsze a na koniec, gdy już na polu zrobiło się zimno, wróciliśmy do pokoju
Franka i jakoś przypadkiem zaczęliśmy się tłuc, turlając się po podłodze. Nie,
nie zrobiliśmy sobie specjalnie nic, ale Franek i jego wzrost non stop byli na
dole, a to ja tłukłem go z góry. Tak jak teraz. Wyczerpany Jabłoński poddał się
i leżał na środku pokoju ze mną na sobie i z zablokowanymi rękami.
- I co teraz gówniarzu powiesz, co? – zaśmiałem się, będąc twarzą tuż przy jego
twarzy.
- Złaź debilu, bo ci zaraz oddam! – wypalił, śmiejąc się głośno i strącił mnie
z siebie, przez co znów przeturlaliśmy się po pokoju.
- Ale co ty mnie bijesz, kurduplu!?
- O ty! – wskoczył na mnie, tak że siedział na mnie okrakiem i trzymał mnie za
nadgarstki – Za tego kurdupla to ci się jeszcze dostanie!
- A co, nie jesteś kurduplem? – znowu zacząłem rechotać, próbując zrzucić go na
dywan, bezskutecznie. I pewnie próbowałbym dalej, ale zastygłem w bezruchu,
wpatrując się w postać stojącą w drzwiach.
Ta sama biała dziewczyna,
którą widziałem na ulicy, stała teraz zaledwie metr obok mnie, trzymając się
ręką framugi we Frankowych drzwiach. Dalej wyglądała tak samo, dalej była
chorobliwie biała, do tego stopnia, że biel od niej raziła mnie w oczy. Stała
tylko chwilę; gdy zobaczyła, że próbuję się podnieść i wyrwać z uścisku Franka,
zniknęła, rozmyła się, jakby pod wpływam podmuchu wiatru, jeszcze przez sekundę
zostawiając białą smugę na powietrzu.
W momencie, gdy znikła,
zachłysnąłem się powietrzem, zdając sobie sprawę, że przez czas przyglądania
się jej, nie oddychałem ani trochę. Przerażony Franek zeskoczył ze mnie,
otwierając szerzej oczy.
- Gerd, w-wszystko w porządku? – spytał drżącym głosem – To.. nie przeze mnie
prawda? Nic ci nie zrobiłem?
Jeszcze dobrą minutę patrzyłem
na niego w ciszy, zdezorientowany, z równie szeroko otwartymi oczami, co mój
przyjaciel. Przerażony. Tak, to bardzo dobrze słowo, byłem właśnie przerażony.
Bałem się, że wariuję. W końcu stwierdziłem, że powinienem mu odpowiedzieć.
- Nie.. nic. To.. nie twoja wina, serio. – powiedziałem bardzo cicho, po czym
zakaszlałem kilka razy – Wiesz.. chyba pójdę do siebie..
- Nie! Nie, nie. Zostań. Zostań na kolację, Gerdu. Chodź. – poderwał się z
podłogi i pomógł mi wstać, po czym zaprowadził mnie na drugi koniec piętra,
podchodząc do niedużej klatki i wyjął coś z niej, podając mi.
- CO TO?! – pisnąłem, przerażony totalnie, odskakując do tyłu, mimo to
trzymając dziwne, ruszające się futro.
- Chomik, debilu! – Franek parsknął cichym śmiechem i aż klasnął w dłonie.
- Och, chomik. Jaki futrzany, nie mogę naciskać, bo mu flaki wyjdą, huh. –
złapałem żyjątko w obie ręce i przybliżyłem do siebie, przyglądając mu się. A
Franek dalej się ze mnie śmiał.
- Boże, przecież chomików się nie naciska!
- No ok, ok. No. Jak mu?
- Leoś. Leon. No ale Leoś. – powiedział i posadził mnie na jakimś fotelu.
Jeszcze długo głaskałem
Leosia, słuchając barwnych opowieści Franka i tym, jak to wspaniale spędza czas
ze swoją dziewczyną, albo odpowiadałem na pytania z typu „A ty kiedy się z
jakąś umówisz?”. Zadawał kolejne pytania z zawrotną szybkością, a ja musiałem
na nie wszystkie odpowiadać. Ale nie przeszkadzało mi to, mógł mnie pytać o co
tylko chciał, naprawdę nie miałem nic do ukrycia. No, oprócz mojej orientacji,
ale jasnym było, że Jabłoński nie zapyta mnie o to wprost.
Później pani Justyna, bo tak
się nazywała ciocia Franka, zawołała nas na kolację, na którą było spaghetti. Wywiązała
się między naszą trójką dość ciekawa rozmowa, więc siedzieliśmy i siedzieliśmy,
dopóki nie zadzwoniła moja mama, oznajmiając mi, że dochodzi dwudziesta
pierwsza i żebym nie przesadzał. Pożegnałem się wtedy z całą trójką domowników,
a Martynka dała mi nawet całusa w policzek na pożegnanie. Nawet mama nie pytała
o nic więcej, gdy powiedziałem, że byłem u Franka na kolacji. Kazała mi szybko
skończyć wszystko i iść spać, po czym, nie chcąc mi przeszkadzać, zaszyła się w
swojej sypialni podobnie jak mój brat.
Gdy tylko wziąłem prysznic,
rzuciłem się na łóżko i zamknąłem oczy, nie fatygując się o gaszenie światła
czy nawet przykrywanie się kołdrą. Za dużo. O wiele za dużo się wydarzyło jak
na jeden, zwykły dzień i szczerze miałem kompletnie dość. Nie dość, że
najprawdopodobniej wariowałem, to jeszcze byłem tego świadom. To było straszne.
Gdy zobaczyłem białą postać na
skraju łóżka, nie zareagowałem już w ogóle. Bałem się jej, ale nie zerwałem
się, ani nie poruszyłem. Po prostu patrzyłem, a ona patrzyła na mnie. Już nie
miała tak pustego spojrzenia. Ale dalej byłą biała i przerażała. Bałem się, że
wariuję, ba, że już coś mi odbiło.
- Kim ty jesteś? – zapytałem po chwili, czekając dość długo na jakiś odzew. Nie
odpowiedziała, patrzyła dalej, podobnie jak ja na nią, ale z rozbawieniem, a
nie jak ja, pytająco.
- Nadzieja. – powiedziała w końcu w specyficzny sposób. Jej słowa były.. białe.
Tak, to głupie. Ale ona nie mówiła, wyrazy wypływały z jej ust jak zabarwione
trupią bielą powietrze, czytałem je. Brzmiały w mojej głowie. Głęboko. Odbijały
się od ścian w moim umyśle, dudniły głośno albo lekko dzwoniły. We mnie.
- Czego chcesz? – pytałem dalej, patrząc ze znikomą obawą.
- Muszę cię pilnować. Istnieją gorsze rzeczy, niż mógłbyś sobie wyobrazić. –
kolejne słowa wypływały z jej ust, a w głowie słyszałem jej dźwięczny głos,
teraz już cichy i spokojny. Patrzyłem na nią bez przerwy. Długo. Ale w końcu
ona zerwała kontakt wzrokowy i wstała i zerkając na mnie, pomachała mi,
kierując się do drzwi mojego pokoju. Nim do nich doszła, powietrze rozmyło się
za nią i nie zostało po niej nic, prócz marnej, białej smugi unoszącej się
jeszcze długo po moim pokoju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz