niedziela, maja 13, 2012

6} ghost town

god hates us

Franek siedział na balkonie, mocno ściskając rękę blondwłosej. Nie patrzył na nią, wpatrywał się gdzieś daleko poza ogródkami działkowymi malującymi się nieopodal, poza lasem, łąką i horyzontem. Jego wzrok był wprawdzie pusty, ale tylko on sam wiedział, ile rzeczy działo się aktualnie w jego głowie. Przez umysł chłopaka przepływała cała masa myśli i nierozstrzygniętych spraw, które należałoby załatwić. A było ich dużo. W normalnej sytuacji już byłby podenerwowany, ale jedna rzecz sprawiała, że czuł się spokojny. Trzymał ją za rękę, splatając ze sobą ich palce. 
            Dłonie dziewczyny jak zwykle były chłodne, a nawet jego uścisk nie ogrzewał ich, ale nie przeszkadzało mu to. Wystarczyło ciepło bijące od jej ciała, dotyk jej policzka na jego ramieniu, opadające na jego plecy długie, złotawe włosy dziewczyny. Nie, to nie było uczucie. To była potrzeba bliskości narzucona odgórnie, mimo że bardziej dotyczyła dziewczyny niż jego. Potrzeby Franka były bardziej specyficzne, ale nie dążył do spełnienia się ich, bo były jak dla niego zbyt trudne do zrealizowania. Był tego jak najbardziej świadom, więc nawet nie starał się, by je urzeczywistnić. Ale to nie znaczy, że tego nie chciał. Chciał, i to nawet bardziej, niż mogło mu się wydawać. 
            Nie przeszkadzało im aktualnie nic. Ani lekki, wrześniowy wiatr, który niósł ze sobą chłód, ani skąpe ubranie, które szybko na siebie narzucili po jeszcze niedawno trwającej przyjemności, ani to, że ktoś mógłby teraz chcieć przerwać ich ciszę. Może chcieć. Ale tego nie zrobi, oni na to nie pozwolą, bo jest dobrze tak, jak jest. Żadnych osób trzecich, żadnego rodzeństwa, żadnych krzyków, pisków, poleceń i zadań do wykonania. Po prostu oni i trwanie w aktualnej chwili.
- Trzeba się pakować. – zaczęła cichutko Gabi, mówiąc szeptem, wprost do ucha bruneta, głaszcząc spokojnym ruchem prawej ręki jego rozgrzany kark.
- Przecież prawie wszystko gotowe, skarbuś. – odpowiedział jej, wyrwany z wyimaginowanego świata, który utworzył niedawno daleko przed sobą, a który tak diametralnie różnił się od rzeczywistości. Nie wiedział, który woli. Czy ten, który tkwił w murach jego wyobraźni, gdzie wszystko było zupełnie inne, czy ten, w którym miał to, co miał, ale był wspierany przez osoby, które mu zostały. Nie próbował nawet wybierać. Nie byłby do tego zdolny, gdyby tylko postawili go przed takim wyborem.
            Dziewczyna milczała przez dłuższą chwilę, ale jakiś czas później zeskoczyła z barierki i stanęła przed Frankiem, biorąc jego twarz w dłonie i łącząc ich usta w delikatnym pocałunku, który trwał niecałe pół minuty, a mimo to obojgu wystarczył. Był ciepły i miły, przyjemny i taki, jakiego potrzebowali.
- O której mamy się spotkać z naszymi małymi potworkami? – spytała, oplatając smukłe ręce wokół jego szyi, na co położył swoje dłonie na jej biodrach, subtelnie ciągnąc je do siebie, sprawiając, że dziewczyna oparła się o niego całym swoim drobniutkim ciałkiem.
- Za godzinę. – odpowiedział jej szeptem, po czym zostawił ślad swoich ust na jej czole.
- O czym myślałeś? – spytała cicho, wpatrując się w jego oliwkowo miodowe tęczówki.
- O nas. – nie, nie myślał o nich, ale wiedział, że dziewczyna nie może się dowiedzieć, o czym myślał tak naprawdę. To by ich wszystkich zniszczyło. A tego nie chciał. 
            Wiedział, jak będzie wyglądało jego życie. Skończy studia, znajdzie dziewczynę, o ile nie okaże się, że już ją znalazł, wezmą ślub, później kupią dom z ogrodem i kupią psa. Po paru latach będzie miał gromadkę miodowookich blond dzieci, biegających i krzyczących niczym cała grupa z przedszkola, dostanie dobrze płatną i owocną w sukcesy pracę, zarabiając na rodzinę tak, że nie będzie im nic brakować. Następnie, zaprowadzi najstarsze dziecko do szkoły, potem kolejne, i jeśli będzie miał jeszcze więcej, to i trzecie, będzie patrzył jak dorastają, jak podejmują życiowe wybory, popełniają błędy i pomału wkraczają w dorosłość. Dalej, będzie na ich ślubach, później zostanie dziadkiem i wyda wielkie przyjęcie z okazji chrzcin pierwszego wnuka. Zda sobie sprawę, że się starzeje, przejdzie na emeryturę i poświęci więcej czasu rodzinie. Idealny schemat, wzór, według którego każdy powinien postępować, by jego otoczenie go akceptowało i wszyscy byli zadowoleni. Ale Franek nie chciał takiego życia. Czy to było aż tak złe?
            Nie ważne jednak było, czy chciał, czy nie. Powinien. A w dzisiejszych czasach powinność często góruje nad chęcią, chociażby tą największą, niezależną od nas, jaka spotkała Jabłońskiego. Bo gdyby mógł, sprawiłby, że chciałby żyć według tego wzoru. Nawet by się nie wahał. Ale nie mógł i po części było to właściwe. Bo nie powinien aż tak dostosowywać się do otoczenia. Społeczeństwo nie ucierpiałoby, gdyby raz dostosowało się do potrzeb jednego, mało znaczącego człowieka. Ale przecież wiadomym było, że tego nie zrobi. I to właśnie budziło we Franku chęć zmienienia samego siebie. Jakby problem leżał w nim.. Chociaż.. może tak właśnie było?
- A co takiego myślałeś o nas? – pytała dalej, patrząc mu w oczy, z lekkim uśmiechem na ustach. Widząc to, Franek sam się uśmiechnął i odgarnął jej włosy z twarzy.
- Różne rzeczy. Chociażby to, co będziemy robić na wycieczce. – odparł wymijająco, nadal bawiąc się jej włosami.
- A co chciałbyś robić? – spojrzała pytająco, na co zachichotał krótko.
- Nie miałem nic konkretnego na myśli. – pocałował ją w policzek, na co się zarumieniła i pociągnął ją do mieszkania. 
            Zdecydowanie była dziewczyną, z jaką powinien być, by wszyscy byli szczęśliwi. I wiedział o tym doskonale. Dlatego właśnie powinien to ciągnąć. W taką stronę, w jaką otoczenie chciałoby, żeby ciągnął.
            Wyjął na środek pokoju swoją walizkę, która stała do tej pory pod łóżkiem. Zlustrował wzrokiem jej zawartość, po raz kolejny sprawdzając, czy spakował wszystko. Dołożył jeszcze kilka rzeczy, sprawdził ponownie, uznał, że ma wszystko, po czym dodał jeszcze ładowarkę do telefonu i kopnął bagaż w kąt, by nie zajmował tyle miejsca w jego niewielkim pokoiku na poddaszu. 
- Emm.. Frank? – zaczęła cicho Gabi, patrząc w ekranik swojej komórki – Twój przyjaciel jest nieprzewidywalny. – stwierdziła z rozbawieniem w głosie i podała mu swój telefon. Wiadomość w nim głosiła mniej więcej, że mimo iż jeszcze jakieś trzydzieści minut do spotkania, to mogą iść już. No tak.
            Franek wybuchł śmiechem, oddając jej przedmiot i pokręcił głową. Idealnie w stylu Gerarda. Odkąd się znali, chłopak mimo swojego uroczego nierozgarnięcia był po prostu kompletnie szajbnięty i co by nie zrobił, to było to widać. Wybuchał śmiechem w najmniej odpowiednich momentach a płakał wtedy, gdy nie było trzeba. Franek uwielbiał jego poczucie humoru i łsposób bycia. 
- No tak, cały Gerd. – powiedział, chichocząc cicho i zaczął się powolutku ubierać. 
            Ubrali się i wyszli z pokoju Jabłońskiego, idąc pomału w stronę parteru. Minęli ciotkę Franka i Martynkę robiące ciasto owocowe w kuchni i przeszli do przedpokoju, ubierając buty.
- Franek, wychodzisz? – zawołała ciotka Justyna z kuchni.
- No tak. A co, do sklepu mam iść?
- Nie, tylko nie wracaj późno, wyspać się musicie na jutro. 
- Dobra, dobra. – odpowiedział, tak jak zazwyczaj na prośbę o wczesny powrót do domu. Nie miał ochoty wracać do domu o młodej godzinie, by potem nudzić się przed komputerem, skoro wiedział, że niezależnie od pory powrotu nie zaśnie o innej godzinie niż zazwyczaj. Więc po prostu nie było sensu.
            Złapał Gabi za rękę i wyszli z jego domu, powoli idąc wzdłuż chodnika w górę osiedla, czyli w tym samym kierunku, który wybierają co rano w drodze do szkoły. Gdy jednak dotarli do wcześniej wspomnianego budynku skręcili w prawo, omijając go i wchodząc na wydeptaną na trawie ścieżkę, skrót do szerokiego chodnika przy blokach. Już stamtąd widzieli siedzącą na placu zabaw grupkę, która po chwili wybuchła tak głośnym śmiechem, że aż jakaś mijająca parę pani odwróciła się, kręcąc głową i mrucząc coś o dzisiejszej młodzieży pod nosem. Chcąc ich przestraszyć, Franek puścił dziewczynę i zaczął biec w stronę grupy, w ostatniej chwili wskakując na Gerda i Olusia z dzikim krzykiem.
- Już jestem! – pisnął, łaskocząc ich z zapałem, a Gabi grzecznie usiadła koło dziewczyn.
- O nie! – wykrzyknął Gerard złowrogo, łapiąc go za nadgarstki – Za to oberwiesz!
            Jak obiecał, już po chwili rzucił się na niego, z głupawym śmiechem łaskocząc go. Niee, Gerard nie zrobiłby niczego gorszego, on po prostu umiał łaskotać i tego się trzymał. Franek kończył się ze śmiechu, który odbierał mu jakiekolwiek siły, dzięki którym mógłby się bronić i zrzucić z siebie kumpla. A Gerd ciągle łaskotał, ciągle i ciągle, nie zważając na śmiechy grupki ani na dziwne spojrzenie Nadziei. Tak, znów tu była. Na dobrą sprawę była zawsze, i tak jak obiecała, pilnowała go na każdym kroku. Jednak wolałby, aby była niewidzialna, ale to nie zawsze było możliwe. Po prostu była.
- P-puszczaj! – krzyknął w końcu Franek, nadal nie przestając się śmiać, jednak teraz przynajmniej próbował go zrzucić.
- Ja się nie puszczam, ja łaskoczę! – odpowiedział mu, ale Franek strącił go z siebie w końcu, łaskocząc teraz jego. Zabawa na poziomie przedszkola a ile radości dawała!
            W końcu, po tym jak się kilka razy dobrze przeturlali po trawie, dali sobie spokój, leżąc teraz na środku trawnika i śmiejąc się na każde zerknięcie na siebie. Franek nie widział nawet, jak Gerard aktualnie na niego patrzył. A naprawdę patrzył inaczej, niż Franek na niego.
- Skończyliście się bawić dzieciaczki? – spytała Olka, chichocząc cicho.
- Tak, mamo, możesz teraz zabrać mnie na lody. – odparł Franek, podrywając się z trawy i pomógł wstać Gerdowi.
- Mnie też, mamo! – pisnął tamten i oboje usiedli przy reszcie.
- Dobrze synku, zabiorę was na lody. A tak serio, to chyba żartujecie. – blondwłosa parsknęła uroczym, dziewczęcym śmiechem i poprawiła swój długi kucyk, patrząc na Franka i Gerarda z rozbawieniem w oczach.
- No, to taki żarcik był. – Franek przesiadł się, zajmując miejsce obok Oli, chichocząc cicho.
- Lecz się na nogi, bo na głowę już za późno. – mruknęła.
- To cicho, żeby się nogi nie dowiedziały!
- Zabiję cię kiedyś, Jabłoński. – syknęła cicho.
- Za co? Boże, za co?
- Sam bym cię osobiście zabił, stary.. – bąknął cicho Gerard, siadając po drugiej stronie koleżanki.
- No dobra ludziska, a teraz tak serio. – Natalia, szatynka z lekko falowanymi włosami, podniosła się i usiadła przed całą, 10-osobową grupką – Mieliśmy ustalać wycieczkę, tak? Więc ustalajmy.
- Ja przynoszę piwo, ot. – Franek wyprostował się i wyszczerzył szeroko, na co dostał od Olki przez łeb.
- To jak mamy udawać dorosłych, to ja załatwię gumy. – mruknął Gerd, na co cała grupa wybuchła śmiechem – Debile poniemieckie, przecież miałem na myśli te do jedzenia! – krzyknął, próbując ich tym przekrzyczeć, ale tamci tylko zaczęli się śmiać bardziej. Potrząsnął głową, zrezygnowany i sam nawet zachichotał kilka razy.
- Wiesz.. wiesz Gerdu, jak przyniesiesz takie.. to się naprawdę zabawimy.. – powiedział Jabłoński w przerwie między kolejnymi falami rozbawienia, na końcu mało nie zaczynając płakać ze śmiechu, nie widząc nawet ostrzegawczego spojrzenia Gabi.
- Ale wy jesteście durni, wiecie? – żachnął się Gerd, ponownie kręcąc głową z dezaprobatą.
- No nie pierdol, tylko wymyślaj! – prychnęła Olka, próbując się uspokoić.
- Możemy zrobić ognisko! – zafascynował się Olek.
- Ognisko jest w planach, głupku. – siostra spojrzała na niego z politowaniem godnym podziwu.
- No to kolejne! – uśmiechnął się szeroko, z radością patrząc po grupce, poprawiając blond grzywkę.
- Spoko, ale ma być kiełbasa! – wykrzyknął Franek.
- Cicho, jak macie pieprzyć, to się lepiej zamknijcie, co? – odparła Gabi, uciszając całą grupę, jednocześnie sprawiając, że wszyscy spojrzeli na nią.
- Możemy wieczorami grać w różne gry, czy coś, w końcu to całe pięć dni.. – zasugerowała Natalia, która wcześniej rozpoczęła temat.
- W butelkę. – zachichotała Julia, a za nią parę innych.
- Ale mamy tylko czterech chłopców w paczce. – zmieszał się Gerd.
- Myślisz, że dziewczyna już nie może dziewczyny pocałować? – Olka zerknęła na niego z lekkim rozbawieniem.
- Nie wiem tam. 
- Anka? – Natalia przeniosła wzrok na zaczytaną w książce dziewczynę.
- Abonent czasowo niedostępny! – odparł Franek, ale znów oberwał w głowę od Olki.
– A może ty masz jakiś pomysł?
- E, nie raczej. Ja to was słucham jak radia zet.. – mruknęła, podnosząc spojrzenie na nich i odłożyła grube tomiszcze.
- Ej, to butelka. Można jeszcze.. albo nie. Butelka będzie spoko. – Mirka uśmiechnęła się szeroko i zerknęła po wszystkich – Jakieś inne pomysły?
- Prawda czy wyzwanie! – wykrzyknął Olek, a Anka parsknęła.
- Wolę nie.. – mruknęła, wymieniając z Gerardem znaczące spojrzenia.
- Butelka wystarczy, to i tak będzie ryzykowne.
- Jeszcze jak zamierzacie pić.. – bąknęła Gabi z niezadowoleniem.
- Ej, ale zbierajmy się. – powiedziała Agata, na co Michał od razu na nią zerknął – Zaraz będzie porządna zlewa..
- Odprowadzę cię. – Michał zeskoczył z ławki, od razu znajdując się przy dziewczynie.
- No to chodźcie, faktycznie się chmurzy..
            Tym sposobem, Mirka, Natalia i Julia po pożegnaniu się z resztą poszły w swoją stronę, za to Michał z Agatą oddzielili się zaraz przy szkole, skręcając w uliczkę dziewczyny. Franek z Gabi poszli do siebie, a Gerard z Anką odprowadzili bliźniaki do bloku. Niebo było coraz bardziej ciemne, w oddali, nad miastem, pomału zaczynało się błyskać. Gerard szedł blisko obejmującej książkę przyjaciółki, ignorując obecność Nadziei po jego drugiej stronie.
- To co, idziemy się przejść, nie? – zaczęła w końcu Anka, korzystając z okazji na normalną rozmowę bez reszty ich grupy.
- Możemy. Mam nadzieję, że zdążymy wrócić.
- Zdążycie. – stwierdziła Nadzieja, ale usłyszał to tylko Gerard.
- Na pewno zdążymy – rudowłosa uśmiechnęła się lekko – To co: łąka? 
- Nie! Nie, nie. Odpada. – spanikował, czując jak jego serce gwałtownie przyśpiesza.
- Okeej, spokojnie, pójdziemy gdzie indziej. – zerknęła zdziwiona.
- To.. wokół osiedla? – zasugerował, uspakajając się trochę.
- Może być. To.. ruszaj się, jak mamy zdążyć.
            Przez dłuższy czas szli w ciszy, oglądając tylko osiedlowe domy z oddali. Wiatr był coraz zimniejszy, rozwiewał im włosy, rozwalając je na wszystkie strony a niebo było coraz bardziej spowite grubą warstwą burzowych chmur. Grzmoty dochodziły z coraz bliższej odległości, pierwsze krople deszczu zaczynały spadać na ziemię. Były drobne, więc nie czuli ich nawet, jednak od burzy dzieliły ich minuty, a do domu było jeszcze trochę.
            W końcu ominęli osiedle, weszli na tereny budowy, tam gdzie zaczynali stawiać nowe bloki, przechodząc skrótem na główną drogę osiedlową. Mieli już na głowach kaptury bluz, bo deszcz stopniowo nabierał na sile.
- Mama się wyprowadziła. – mruknęła w końcu dziewczyna, nie patrząc nawet na zdziwionego Gerarda, po prostu przyśpieszając kroku, gdy weszli na teren placu zabaw, na którym byli jeszcze pół godziny temu.
- Ale.. ale czemu? Coś się stało czy jak? Bo.. znaczy.. jak nie chcesz to nie mów..
- Zdradziła ojca i ją przyłapał. – odparła z niespotykanym spokojem, nadal na niego nie spoglądając, mocniej ściskając grubą książkę.
- Nie przejęłaś się tym. – stwierdził cicho.
- No jakoś nie. Mieszka teraz na Nowym Mieście*, ale nie wiem, czy sama, czy.. no wiesz.
- A wy z tatą, tak?
- Jakby. Pracuje poza miastem przez większe pół tygodnia, to tak jakby go w ogóle nie było.. No nic. – podeszła do swojej bramki, a Gerard przystanął obok. Wsadziła pod pachę książkę i zaczęła szarpać cię z klamką, która nie chciała się za cholerę otworzyć.
- Daj. – powiedział brunet, na co tamta odsunęła się, robiąc mu miejsce. Chłopak bez problemu otworzył furtkę – To.. Do jutra, tak? Przyjść po ciebie?
- Przyjdź. Do jutra. – cmoknęła go w policzek, jak to mieli w zwyczaju i weszła na swoje podwórko, a po chwili i do domu, machając Gerdowi przez szybę.




*Nowe Miasto – jedno z rzeszowskich osiedli

7 komentarzy:

  1. Ty też mi się nie podobasz, pf. Rozdział fajowy chociaż ja tam chcę wycieczkę 8D I boję się o siebie, ale tak bywa, jak się wie, co człowieka w przyszłości spotka... O weź D: Wgl niech mi Franek kupi kota, nazwę go Franka. Fajnie będzie.
    + Gerd jest zajebiście słodki!

    // heartfalling.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. WYCIECZKA. Tylko ciekawe, co ty tam kombinujesz. Ja cię znam, cholero. Tylko nie wiem jaki masz plan :D Gerard zarąbiście słodki, jak Ci to już wcześniej mówiłam, więc pałam do niego całkowitą miłością XD [fools-for-love-frerard.blog.onet.pl]

    OdpowiedzUsuń
  3. omniomniom, me very likey! wszyscy, dokładnie wszyscy w całym towarzychu są tak cholernie słodcy! *-* uwielbiam ich! nie, uwielbiam WSZYSTKO, WSZYŚCIUTKO! <3
    bjhfbvjkenfnd, nie każ tak długo czekać!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ómieram ;p To jest świetne ;] Nie wiem jak ty chcesz to rozwinąć i nie wiem co się dzieje w głowie Frankensztajna ;D Wszystko napisałaś very spuer ^^

    OdpowiedzUsuń
  5. ej, coraz bardziej mnie to ciekawi. ła. a ja i mój szajbnięty brat to jaka patologia jest ;o

    OdpowiedzUsuń
  6. eeej, ale szał na tym blogspocie, to jakieś niebo, nie muli, jakoś przejrzyście jest... no po prostu bajka <333 HA, WIEDZIAŁAM, ŻE SIĘ PRZEŁAMIESZ,WIEDZIAŁĄM, ŻE NIE WYTRZYMASZ I WSTAWISZ, HAAAAAAAA! teraz opływam w dumie, nie przerywaj tej pięknej chwili.
    ogólnie rozwalają mnie te Twoje spolszczenia, wiesz? xd prawda, że ja długo wymawiałam Gerard tak jak się pisze, a potem miesiąc łaziłam i się uczyłam mówić jak należy przez Dży, no ale, chyba każdy tak miał xd

    OdpowiedzUsuń
  7. Znów jestem! Ja chcę wycieczkę! *wie o czymś,a le nie powie reszcie* Też miałam takie skojarzenia, jak reszta, gdy czytałam to o gumach cx Ty mnie rozwalasz... '- To cicho, żeby się nogi nie dowiedziały!'. Do teraz z tego nie mogę. Gdybym nie jadła tyle czekolady, to bym wymyśliła chorą filozofię, ale że nawpychałam się czekolady, do tego jeszcze opiła Colą, to nie myślę o niczym więcej, niż o tym, ze było się tak nie obżerać. Uh, ja i moje zryte pomysły... Ale moje filozofie niedługo Cię odwiedzą. Bój się... Buu!

    OdpowiedzUsuń