next
to nothing
Niemal zdążyłem się już przyzwyczaić, że moje życie już
od jakiegoś czasu kręciło się wokół tego samego. Wiem, wiem, powinienem być
wdzięczny losowi, za to, co otrzymałem, co udało mi się odzyskać i nawet za to,
co mnie czeka, ale nie potrafię sobie czasem nie usiąść i nie ponarzekać w
spokoju. Bo pomimo tego, że mam już praktycznie wszystko, na czele z rodziną i
grupą świetnych przyjaciół, którzy pomagają mi na każdym kroku i zawsze mogę na
nich liczyć, teraz jest inaczej. Cała monotonia ciągnąca się od dokładnych
sześciu tygodni została gwałtownie przerwana przez jeden wieczór, a w zasadzie
noc, przez jedną osobę, która robiąc to wszystko całkowicie wywróciła mój świat
do góry nogami, czyniąc mnie jedną z najszczęśliwszych istot na kuli ziemskiej.
A nie potrzebowałem do szczęścia nic wielkiego, uwierzcie. Ani wielkich
pieniędzy, ani sławy, ani czyjegoś nieszczęścia. Wystarczy mi on i jego obecność,
gdy otworzyłem oczy.
Właśnie. Budząc się od razu
czułem, że nie śpię w swoim czerwonym pokoju na piętrze. Od razu wiedziałem
też, że nie śpię sam. Wszystkie wspomnienia wróciły do mnie w zawrotnym tempie,
zarówno te przyjemne jak te, których wolałbym nie pamiętać. Te drugie jednak
stanowiły znaczną mniejszość. W końcu, po prawdzie niechętnie, podniosłem się
do siadu i spojrzałem najpierw na śpiącego Frania a potem rozglądnąłem się po
pokoju. Był identycznie taki, jakim zapamiętałem go wczoraj, gdy między
pocałunkami lustrowałem go w delikatnym blasku świec, rozstawionych po całym
piętrze. Zupełnie w taki sposób, jakby całe zajście było przygotowane...
Odnalazłem swoje bokserki
pośród innych, porozwalanych po białym pokoju części naszej garderoby, po czym
wciągnęłam je na siebie w pośpiechu, po chwili ubierając również koszulkę. Po
kompletnym ubraniu się, nie fatygowałem się prawie o nic więcej, jedynie
poskładałem ubrania Jabłońskiego i ruszyłem do drzwi. Otworzyłem je bardzo
cicho, patrząc, czy oby na pewno nie obudziłem Franka ich cichym skrzypnięciem.
Wolałem na razie z nim nie rozmawiać. Po prostu nie byłem na to gotowy, żeby
jeszcze z nim rozmawiać. Poza tym.. Kwestia tego, co nas łączy nadal stoi pod
znakiem zapytania, ponieważ Franek nadal oficjalnie ma dziewczynę.. Szczerze
mówiąc, wolałbym być teraz w domu i zająć się przypominaniem sobie budowy
atomu, albo zagłębić się w cząstki elementarne, byle z nim nie rozmawiać.
Wstydziłem się? Całkiem możliwe. Ale przede wszystkim ewidentnie bałem się tego,
co usłyszę.
Powoli zszedłem po schodach,
od razu słysząc z kuchni gwar rozmów. Z wczorajszej imprezy po części pamiętam
rozkład domu.. No, w miarę możliwości. Miałem nadzieję, że uda mi się przemknąć
do kuchni, nie spotykając Rainy, której w pomieszczeniu nie słyszałem, jednak
nie udało mi się. Gdy tylko zacząłem zbliżać się do parteru, usłyszałem dźwięk
jej szpilek po mojej lewej stronie i już wiedziałem, że mi się nie udało.
Zerknąłem na nią szybko, lustrując ją dokładnie. Jak słyszałem, jej stopy zdobiły
piętnastocentymetrowe szpilki, przez co była ode mnie jeszcze wyższa, niż
zazwyczaj, Do tego miała tylko i wyłącznie za dużą, męską koszulkę, zwisającą
na jej drobnym ciele. Przyjrzałem się nadrukowi, który łudząco coś mi
przypominał i już wiedziałem, że nie tylko ja i Franek poszliśmy na całość. No,
i wiedziałem też, że Raina najprawdopodobniej spędziła noc z moim bratem..
Przeczesała blond kucyk, uśmiechając się szeroko, po czym wzięła mnie pod rękę,
prowadząc do kuchni.
- Jak się spało? – spytała cicho, a ja tylko się uśmiechnąłem, dodając coś w
stylu „całkiem dobrze”, po czym usiadłem przy stole.
Po pierwszych sekundach już
wiedziałem, że atmosfera wcale nie jest ciekawa, i ani trochę zadowalająca.
Olek i Iwan byli jednymi z niewielu, którzy się śmiali, mój brat wyglądał na
zakłopotanego, a Gabi na niewyspaną. Wolałem nie wiedzieć, czemu. Olka za to
była cieniem człowieka, jakby ktoś ją dobrze sponiewierał, co tylko
potwierdziło mi, że została na imprezie do rana. A, i jeszcze Agata. Ona tylko patrzyła,
raz na Rainę, żartującą z Olkiem, raz na Michała. Spojrzeniem, które jeszcze
trochę, a mogłoby zabijać.
- Aua, walnąłeś mnie w biodro! – warknęła na swojego brata skupiona Olcia,
wpisując coś w laptop.
- To ty masz biodro? – chłopak pisnął aż i wybuchł śmiechem, poprawiając
okulary, a Raina zawtórowała mu, nie zwracając uwagi na poddenerwowaną Olkę. No
tak.
- Nie, kurwa. Ale mam kaca. – mruknęła dziewczyna, przeczesując rozpuszczone
blond włosy, po czym kichnęła i zaklęła ponownie, po chwili łapiąc za kubek z
kawą. Fakt, nie wyglądała najlepiej, wyglądała po prostu na zmęczoną i
skacowaną.
- Piłaś? – zdziwiła się wchodząca do kuchni Natasza, a zaraz za nią Anka.
Westchnąłem. Zrobiło się tłoczno, ale nadal brakowało Borysa. No, i Franka.
- Nie, nie piłam. Chlałam jak świnia. Nie poznaję się. – dziewczyna znów
wystukała coś na klawiaturze w tym swoim zawrotnym tempie i popatrzyła po zgromadzonych,
zatrzymując wzrok na mnie – Spałeś z kimś?
- Co? – nie, wcale nie było tak, że nie usłyszałem. Raczej byłem w szoku, że o
to pyta.
- Czyli nie. Okej.
- Co ona pisze? – Anka siadła koło mnie, rozczochrana do granic możliwości, a
Kiselewska znów podniosła wzrok, tyle że teraz na nią.
- Kto z kim spał i kto z kim się pokłócił, co dla wielu znaczy również „kto
kogo zdradził”. – czyli mówiła o nowej notce na bloga. Anka zarumieniła się, a
Ola zachichotała – Co z Gabi?
- Nie wiem co ze sobą zrobić – uznała Gabryśka – I nie jadłam śniadania, bo nie
ma chleba tostowego, a ogórki są niedobre. Weź, nie mam po co żyć.
- Jakie emo! – pisnął Olek.
- No emo, emo. W dodatku świeci słońce. Straciłam sens życia.
- Nieprawda. Gabi po prostu zdradziła Franka. – uznała spokojnie Raina, a
wymieniona zgromiła ją wzrokiem, pozostali zaś spojrzeli zdziwieni.
- Jak? – wyrwało mi się.
- Srak. Normalnie. – Raina upiła łyk kawy.
- Nie srak, tylko burak. – poprawił Olek, odrywając się od mieszania herbaty.
- Burak to jedno z najpopularniejszych imion w Turcji. – uznał wchodzący do
kuchni Franek, a Olka zamknęła szybko laptop. Przecież wiedziała, że Jabłoński
jeszcze o niczym nie wie. I chyba wolał nie wiedzieć.
Odkąd pojawił się Franek, nikt
nie odezwał się nawet słowem, a ja tylko zastanawiałem się, gdzie się podział
Borys. Skoro Raina mówiła, że Iwan jest z Nataszą, wiadomym było, że to z Borysem
dziewczyna Jabłońskiego spędziła noc. No dobrze, może wtrącam się w nie swoje
sprawy, a sam nie jestem ani trochę lepszy, ale jakoś nie wyobrażałem sobie,
żeby tak zapatrzona w Jabłońskiego dziewczyna była w stanie go zdradzić. Co
innego Franek, wiadomo było, że nie wytrzyma. Ale ona? Sam się dziwiłem,
przecież wydawałoby się, że nie byłaby do tego zdolna. Albo po prostu wiele o
niej nie wiem.
❧
Byłem
kompletnym tchórzem, i gdy Franek spytał, co robiłem wczoraj na imprezie, bo on
nic nie pamięta, odpowiedziałem, że nic ciekawego. Mogłem mu przecież wszystko
powiedzieć. Powiedzieć, co się między nami wydarzyło. Ale wiadomość o tym, że o
niczym nie wie przytłoczyła mnie tak, że nie byłem w stanie powiedzieć niczego
więcej. Po prostu pobiegłem do domu i wybuchłem płaczem, zamykając się w swojej
sypialni na poddaszu.
Bolało. Tak bardzo, że nie
wiedziałem nawet, że coś może tak boleć, nie będąc niczym fizycznym. Nie
rozumiałem, jak mógł niczego nie pamiętać. Przecież był trzeźwy, nawet trzech
szklanek nie wypił. I przecież musiał to czuć. Musiał wiedzieć, że do czegoś
doszło. Nie mogłem pojąć, jak może o niczym nie wiedzieć.
Gdy tylko Raina nas odwiozła,
po tym, jak wyszedłem z pokoju, cały zapłakany, ignorując nieodebrane
połączenia od Franka i mamy, zszedłem na parter. Tam było chłodniej, ciszej.
Michał siedział u Agaty, tłumacząc jej, że ta noc z Rainą nic dla niego nie
znaczy i bardzo ją przeprasza. Zostałem więc sam. Byłem wdzięczny, że mogłem
posiedzieć w samotności. Ale z drugiej strony zastanawiałem się, jak zabić ten
pieprzony ból, jak wyrzucić z głowy głos Franka i jego pytanie. „Gerard, na pewno nic się nie stało? Gerdu,
nie płacz, powiedz, przecież widzisz, że nic nie pamiętam.” Chciałem
zapomnieć, że stchórzyłem.
Ale nie byłem sam tak długo,
jakbym tego chciał. Po niecałej godzinie zadzwonił dzwonek do drzwi, a gdy je
otworzyłem, zastałem za nimi Ankę. Była chyba jedyną osobą, którą chciałem
teraz widzieć.
- Nie uwierzysz! – zaczęła, uśmiechając się szeroko. Miała schowane za plecami
dłonie, a cała była przemoczona, bo znów padało. Spojrzałem na nią pytająco,
wpuszczając do środka – Mama załatwiła mi bilety.. Nam. Załatwiła nam bilety na
koncert.
- O nie. – zacząłem, nie wierząc, że mówi serio. Że załatwiła bilety, na
koncert, który chciałem zobaczyć. Ale ona tylko pokiwała głową.
- Tak, Gerdu, idziemy na Comę! – przytuliła mnie mocno, a ja aż się
uśmiechnąłem. Poprawiła mi humor.
❧
Gdy
tylko Anka wyszła i przestało padać, ubrałem się i poszedłem na spacer. Jak z
doświadczenia wiedziałem, spacery nie były najlepszym wyjściem, odkąd wielka
łąka tak mnie kusiła. Skrzętnie ją omijałem, błądząc po obcych uliczkach,
widząc, że powoli robi się ciemno. Nie przeszkadzało mi to. W mojej głowie
panował taki mętlik, że tylko spacerując bez celu mogłem sobie to wszystko
poukładać. Nie mogłem przestać myśleć o Franku. O tym, co wczoraj z nim przeszedłem.
Nie o tym, że o wszystkim zapomniał, o ile w ogóle był świadomy, gdy to robił.
Nadal bolało tak samo, ale próbowałem powiedzieć sobie, że do niczego nie
doszło, że tego nie było. Tak, wiem, to nie było wyjście z sytuacji. Doskonale
byłem tego świadom. Ale wiedziałem również, że moje zadręczanie się nie wróci
mu tego wydarzenia w formie wspomnień.
Jednak nadal nie dawałem sobie
spokoju tematem Gabi. Pewnie byłem jakiś tępy, ale po prostu.. nie trafiało to
do mnie? Chyba to miałem na myśli. Nie trafiało do mnie, że serio go zdradziła,
o ile Raina się nie myliła, a czasem byłem zdania, że lepiej będzie brać
poprawkę na to, co mówi. Nie, żebym jej nie ufał. Po prostu nie ufałem jej w
pełni i miałem wrażenie, jakby czuła się lepsza poprzez owijanie sobie mojej
przyjaciółki wokół palca. Może nie byłaby tak ochoczo nastawiona w tym kierunku,
gdyby wiedziała, że Anka jest w nią zapatrzona jak w obrazek.. Co ona miała w
sobie, że była chodzącym ideałem, a w dodatku talentem do niszczenia
wszystkiego? No, ale mniejsza o to. Gabi po prostu z natury, jaką pokazywała na
co dzień przeczyła czemuś takiemu. Zawsze miła, pogodna, przy boku Franka,
chodząca za nim jak cień, z małą różnicą, bo cień nie może nawijać. Wierna. Właśnie. Tego nie potrafię
podważyć nawet teraz, gdy rzekomo go zdradziła. To do niej nie pasuje. Wszyscy
o tym wiedzieli, a to tylko potęgowało zdziwienie.
No, i w centrum wszystkiego
był właśnie Franek. Z jednej strony wolałem, żeby Falke nie była w pobliżu
niego, gdy dowie się, że spędziła noc z innym, a jednak z drugiej czułem, że
chciałem tego jak niczego innego. Tego, żeby mu powiedziała, żeby się
dowiedział. Z jej ust, patrząc w jej dwukolorowe oczy. Żeby ją zostawił. Byłem
egoistą? Może. Chciałem go dla siebie? Bez wątpienia. Bałem się tylko, że
zacznę wyznawać zasadę „po trupach do celu”. To nie było w moim stylu.
Minąłem łąkę z zaciekawieniem
przyglądając się stojącej na jej skraju postaci. I znów to czułem. Tę chęć, by
podejść, zobaczyć, wstąpić na teren, który tak napawał mnie strachem. Byłem
jakiś nie do końca zdrowy, skoro chciałem do czegoś, czego się bałem. A jednak.
Powoli szedłem w stronę
postaci, dziwiąc się z każdą chwilą bardziej. Najpierw wydała mi się
nieproporcjonalnie szeroka. W dodatku cała ubrana na czarno. Później
nienaturalnie przechylona na prawo. Aż w końcu, gdy już podszedłem, moim oczom
ukazał się czarny.. Strach na wróble. Tak, autentycznie, był to strach na
wróble. Bałem się go, mimo że był tylko kupą materiałów na drewnianym drążku,
jednak miał w sobie coś, co wywoływało strach. Ale nie tylko strach, bo też
fascynację. Podobało mi się to uczucie. I w dodatku, o zgrozo, chciałem go już
zaraz narysować.
Stałem tam dłuższą chwilę,
widząc jednak, że nic mi z tego nie przyjdzie, ruszyłem do domu, skazując pana
stracha na samotność. Było całkiem ciemno. We wszystkich domach jak i w mieszkaniach
paliło się światło, a w oknach migały cienie postaci, będących w środku.
Niedzielny wieczór. Większość ludzi miała gości, siedzieli w rodzinnym gronie,
rozmawiali. Poczułem się pusty, widząc, że tylko mój dom wśród nich się jakoś
wyróżnia. Tak, tylko tym, że nie paliło się w nim żadne światło. Jakby był
pusty. Bez duszy. Jakby ją stracił.
Pamiętam, gdy tato nie był jeszcze
w wojsku. Byłem mały, miałem ze cztery lata. Mieszkaliśmy jeszcze w Gdańsku, w
małym mieszkaniu na trzecim piętrze, mieliśmy psa i byliśmy szczęśliwi. Co
weekend w domu roiło się od przyjaciół rodziców, gości, rodziny, i tej dalszej
i tej bliskiej. Nasz dom żył. Mój tato
był duszą towarzystwa. Napędzał całą energię, sprawiał, że każdy był miło
nastawiony. Wystarczył jeden jego uśmiech, żeby wszystko było dobrze.
Mijając dom Jabłońskich,
poczułem, że coraz bardziej tęsknię za Frankiem. I to w inny sposób, niż
powinienem kiedykolwiek. Za tym ciepłem, które od niego płynęło, gdy mnie
tulił. Później za jego ustami. Za drobnym, niskim ciałkiem. Byłem nienormalny.
Wyobrażałem sobie bóg wie co, wyobrażałem sobie rzeczy, które tylko pogarszały
sprawę. A teraz, gdy widziałem go z Martynką na rękach, roześmianego,
radosnego, nieświadomego.. Brakowało mi go bardziej niż kiedykolwiek. Czy
chciałem tak dużo, prosząc o jego uśmiech? O dotyk, pocałunek, czy ciepłe
słowo, jakie kierował do Gabi? Tak, prosiłem o zbyt wiele. O coś, co wyraźnie
nie było dla mnie.
Wszedłem do domu, nie zastając
niczego poza ciszą, równocześnie ledwo co uciekając przed kolejną ulewą. Typowe.
Już po chwili słyszałem dudniące o parapet rzęsiste krople deszczu i wywoływany
przez nie szum. Kiedyś mnie uspakajał. Teraz nic nie było w stanie. Czując potok
łez, spływający kaskadami po mojej bladej, rumianej od nerwów i wiatru twarzy,
samoistnie ruszyłem do salonu. Nie kontrolowałem tego, czułem, że muszę.
Wszyscy wokół topili smutki właśnie w alkoholu, więc czemu i ja nie mógłbym
spróbować? Może chociaż od wpływem wódki udałoby mi się przez chwilę czuć jak
normalny hetero chłopak, z dziewczyną do numerków na dwudziestominutowej, bez
łażącej za mną jak cień Nadziei i bez wyolbrzymionych problemów. Otworzyłem
barek, wyjmując pierwszą lepszą butelkę. Nie wiem, co w niej konkretnie było,
ale napis dumnie głosił „40%!” więc wydała mi się odpowiednia. Może za mocna?
Zawahałem się, jednak po chwili zatrzasnąłem mebel i usiadłem na fotelu,
zrzucając z siebie płaszcz i rozpinając koszulę w drobną, niebieską kratkę.
Otworzyłem pewnie butelkę,
odrzucając zakrętkę gdzieś na bok. Wątpiłem, żeby była teraz potrzebna komuś z
zamiarem uchlania się w cztery dupy. Zignorowałem rozhisteryzowaną Nadzieję,
błagającą mnie wręcz, bym odstawił trunek na stół i się opanował. Była żałosna
z tą przerażoną miną na tej idealniej, alabastrowej twarzy, z pomiętą, białą
sukienką. Chciałem ją uciszyć, ale nie słuchała. Nadal krzyczała. Olałem ją.
Pociągnąłem pierwszy łyk.
Skrzywiłem się porządnie, marszcząc czoło. Niedobre. Paliło mi gardło i
podejrzanie rozgrzewało. Za szybko, za mocno. Ale pociągnąłem kolejny łyk.
Nadzieja nadal krzyczała, ale coraz ciszej. Patrzyłem na nią, z satysfakcją
pijąc dalej. Aż w pewnym momencie zniknęła.
Nie wiedziałem, czy to przez
szybko uderzający mi do głowy alkohol, czy po prostu mnie olała – jak ja ją.
Nie obchodziło mnie to. Wybuchłem radosnym śmiechem, bełkocząc coś do rudej
Rybki, kręcącej się po salonie, miauczącej w dodatku na mnie. Nie wiedziałem,
że kiedykolwiek przyjdzie mi się nachlać w towarzystwie kota.. Staczasz się, Gerard. Staczasz się.
Usłyszałem dzwonek do
drzwi, niedługo po tym, jak ze smutkiem uznałem, że wypiłem całą, gigantyczną
butelkę mocnego alkoholu. Jednak wybuchłem tylko śmiechem i powoli, na
chwiejnych nogach, lecz z typową dla nietrzeźwego pewnością siebie ruszyłem do
drzwi z głupim uśmiechem na ustach.
Jedyne, co pamiętam, to ubrany
w mundur mężczyzna, mówiący coś ze smutkiem o.. o ojcu? A może o matce? Jeden
pies. Pewnie o cioci.. Później runąłem jak długi na ziemię, śmiejąc się cicho, słysząc
czyjeś wołania nade mną. Ale było mi zbyt błogo, by się odzywać. By się ocknąć.
By wracać.
Gratulacje, populacje, owulacje ! ;D Nie mam pojęcia co mi odbiło ;] to jest boooooskie ;D Jak ty ślicznie piszesz. oddaj mi skrawek twojego talentu, bo nie chcę ciebie nadmiernie ogołacać ;D Jednocześnie to takie smutne...
OdpowiedzUsuńnie rozumiem ale fajne ;<< szkoda mi mnie.
OdpowiedzUsuń/ heartfalling
Loooolz. Wszyscy zdradzali się nawzajem? Prawie jak "moda na sukces"..xd Szkoda, że Franek nic nie pamięta, ja i tak wiem,że to wszystko przez Rainę i jej przyjaciół. Wgl, dziwni oni wszyscy są. Geerdu, nie zadręczaj się już i nie upijaj! Będzie dobrze, musi być. :3
OdpowiedzUsuńTakże tego, kolejny poproszę.
http://thank-you-for-your-venom.blogspot.com/
Taa Gerard wstydź się, pije z rybką a z nami sie nie podzieli...
OdpowiedzUsuńAle do rzeczy, rozdział jak zawsze super, szkoda tylko że Frano nic nie pamięta :(
Cudny part, jak zresztą każdy od Ciebie ^^
OdpowiedzUsuńFranio sobie wszyyystko przypomni, a.. Tak, przyznam się, według mnie Raina jest spoko i wcale nie jest dupkiem ^^ po prostu jest bardzo spostrzegawczą dziewczyną i umie wyciągać wnioski...
Jak strzelam (mam nadzieję, że celnie), Gerarda ojciec już raczej do domu nie wróci... albo wróci. W trumnie. Biedak.
Oczywiście, czekam na dalszy ciąg.
A co do tego szablonu, ja chętnie skorzystam z Twojej propozycji ;)
Ej, Franek niczego nie pamięta przez tą Raine, tak? Debilka mu coś wstrzyknęła, a on teraz nie pamięta najlepszej rzeczy w sowim życiu. Serio, to się robi coraz bardziej dziwne. No, i… GERARD, ZABIŁAEŚ SWOJĄ NADZIEJĘ. I po jaką się cholerę tak upijał? Przecież kac jest okropny. W dodatku, pewnie powiedzieli ci, że twój tatko nie żyję… ZŁY CZŁOWIEK Z CIEBIE, GERD! Kocham ten rozdział, w sumie jak każdy. Chcę więcej <3 [fools-for-love.blogspot.com]
OdpowiedzUsuńOmnomnom, geniaaaalne, słoneczko moje świecące <3 szkoda, że Franek nic nie pamięta, jednak i tak jest dobrze :33 czekam na kolejne~
OdpowiedzUsuńi want more.!
OdpowiedzUsuńGerdziu nie smuuutaj D: Da, Franek to dupek. Raina tez. I w ogóle.
OdpowiedzUsuńCOOOOOOOMAAAAAAAA <3
Franek, dupo, czemu nie pamiętasz? D:
OdpowiedzUsuńto jest jej wina, Raina jest zła, mówię wam.