I
buy my enemies rope to hang me and the knives to gang me
“Rozpadam
się na kawałki. Tracę oddech. Po policzkach spływają łzy. To
tak bardzo boli...”
Poderwał
się na łóżku, czując krople na policzkach i przyśpieszony,
nierówny oddech. Dopiero po jakimś czasie zorientował się, że
znów wybudza się z koszmaru w środku nocy. Westchnął, obracając
się i spuścił stopy na ziemię, powoli podnosząc się z łóżka;
wypił kilka łyków wody ze szklanki stojącej na biurku i odgarnął
włosy ze spoconej i mokrej od łez twarzy, kilka razy wciągając
powietrze przez usta. Uspokoił się. Wyrzucił z głowy senne
obrazy. Nie było tak źle, jak chociażby dzień wcześniej.
Nie sypiał. Nie miał do tego specjalnego powodu, ale zasypianie, szczególnie wieczorne sprawiało mu wyraźną trudność. Najczęściej, gdy już zasnął, budził się po dwóch, trzech godzinach, przerażony śniącym mu się koszmarem. Ile by nie spał, zawsze mu się śniły. Zawsze, gdy kładł się wieczorem. Bywały dni, gdy był tak zmęczony, że kładł się o piątej, o szóstej i zasypiał, odsypiając poprzednią noc, a dopiero po północy brał się za jakiekolwiek zadania, zajęcia czy naukę. Wiedział, że to nie było normalne.
Wolnym krokiem podszedł do drzwi balkonu i usytuowanego obok okna. Płatki śniegu obijały się bezgłośnie o szybę. Uśmiechnął się. Z okna widać było rozświetlony przez choinkowe lampki salon sąsiada. W zasadzie, od zawsze lubił święta. Żałował jedynie, że w zeszłym roku po raz ostatni spędzili je w komplecie. Po prostu, normalną reakcją było, że nadal bolał go fakt, iż nie spędzi ich z mamą. A tak bardzo by chciał... Przytknął rozgrzane podwyższoną temperaturą czoło do chłodnej szyby i zmrużył powieki, przyglądając się szadzi osadzonej na gałęziach dębu rosnącego w rogu jego ogrodu. Nawet w gorączce, zima była dla kogoś takiego jak on naprawdę magiczną porą roku. Gdyby tylko miał czarny arkusz i białe kredki, już dawno siedziałby na parapecie, szkicując widok z okna w słabym, mlecznym świetle ulicznej latarni.
Śnieżna pierzyna w wolnym tempie pokrywała całe miasto, uśpione w mroku, który przyszedł znacznie zbyt wcześnie, jak na oczekiwania większości mieszkańców. Zima ogólnie była jedną z najmniej lubianych pór roku. Śnieżna, zimna, cechowana krótkimi dniami. W czasie, gdy można by posiedzieć sobie pod kocykiem, z gorącym kakao, przed palącym się kominkiem, albo chociaż na parapecie, przyglądając się wirującym płatkom śniegu za oknem, większość musiała tak jak niezmiennie przez cały rok pracować, robić zakupy, pomagać dzieciom w zadaniach domowych... Gerard uważał, że gdyby chociaż jakaś część populacji zwolniła, przyjęła spokojniejszy tryb życia i znalazła pozytywne strony tej pory roku, na pewno wszystkim byłoby przyjemniej i spostrzegliby, ile uroku i magii kryje się w tym ogólnie nielubianym przez wszystkich, zimnym czasie.
Nie sypiał. Nie miał do tego specjalnego powodu, ale zasypianie, szczególnie wieczorne sprawiało mu wyraźną trudność. Najczęściej, gdy już zasnął, budził się po dwóch, trzech godzinach, przerażony śniącym mu się koszmarem. Ile by nie spał, zawsze mu się śniły. Zawsze, gdy kładł się wieczorem. Bywały dni, gdy był tak zmęczony, że kładł się o piątej, o szóstej i zasypiał, odsypiając poprzednią noc, a dopiero po północy brał się za jakiekolwiek zadania, zajęcia czy naukę. Wiedział, że to nie było normalne.
Wolnym krokiem podszedł do drzwi balkonu i usytuowanego obok okna. Płatki śniegu obijały się bezgłośnie o szybę. Uśmiechnął się. Z okna widać było rozświetlony przez choinkowe lampki salon sąsiada. W zasadzie, od zawsze lubił święta. Żałował jedynie, że w zeszłym roku po raz ostatni spędzili je w komplecie. Po prostu, normalną reakcją było, że nadal bolał go fakt, iż nie spędzi ich z mamą. A tak bardzo by chciał... Przytknął rozgrzane podwyższoną temperaturą czoło do chłodnej szyby i zmrużył powieki, przyglądając się szadzi osadzonej na gałęziach dębu rosnącego w rogu jego ogrodu. Nawet w gorączce, zima była dla kogoś takiego jak on naprawdę magiczną porą roku. Gdyby tylko miał czarny arkusz i białe kredki, już dawno siedziałby na parapecie, szkicując widok z okna w słabym, mlecznym świetle ulicznej latarni.
Śnieżna pierzyna w wolnym tempie pokrywała całe miasto, uśpione w mroku, który przyszedł znacznie zbyt wcześnie, jak na oczekiwania większości mieszkańców. Zima ogólnie była jedną z najmniej lubianych pór roku. Śnieżna, zimna, cechowana krótkimi dniami. W czasie, gdy można by posiedzieć sobie pod kocykiem, z gorącym kakao, przed palącym się kominkiem, albo chociaż na parapecie, przyglądając się wirującym płatkom śniegu za oknem, większość musiała tak jak niezmiennie przez cały rok pracować, robić zakupy, pomagać dzieciom w zadaniach domowych... Gerard uważał, że gdyby chociaż jakaś część populacji zwolniła, przyjęła spokojniejszy tryb życia i znalazła pozytywne strony tej pory roku, na pewno wszystkim byłoby przyjemniej i spostrzegliby, ile uroku i magii kryje się w tym ogólnie nielubianym przez wszystkich, zimnym czasie.
Ale
dobrze pamiętał, jego mama taka nie była. Jego mama zawsze
uwielbiała zimę.
Zacisnął
powieki, sprawiając że wydostały się z nich kolejne pojedyncze
krople. Nim łzy zdołały spłynąć mu po policzkach, przetarł
twarz, ścierając je całkowicie. Nie chciał po raz kolejny tego
roztrząsać. To był tylko wypadek. I mimo, że te wszystkie dziwne
przypadki i zbiegi okoliczności w jego życiu zdawały się mówić
zupełnie co innego, on w to wierzył. A przynajmniej chciał; w
praktyce chyba sam nie wiedział co o tym wszystkim myśleć.
Oderwał
czoło od szyby i odszedł od okna, zasuwając zasłonę. Zadrżał,
rozglądając się. W pokoju było jasno, nawet przez materiał do
środka wpadało uliczne światło, a jeżdżące co jakiś czas,
nieliczne auta, rzucały cień ostrych, samochodowych reflektorów na
jego ściany. Nie zwracał na to uwagi. Tak jak na malującą się na
naściennym zegarze godzinę pierwszą nad ranem. Założył sweter i
objął się rękami, idąc w stronę drzwi. Powoli schodził po
skrzypiących schodach, nie zwracając uwagi na mrok panujący w tej
części domu. Na dobrą sprawę nie wiedział, po co schodził na
parter, chyba z czystego braku pomysłów na to, co mógłby zrobić
z czasem. A jego miał wiele. Aż do rana. Wiedział, że nawet gdyby
się położył, szansa na zaśnięcie wynosiła mniej niż zero.
Boso
przemknął przez korytarzyk do salonu, gdzie niewielka, nieco ubogo
przyozdobiona choinka świeciła swoim kolorowym światłem. Usiadł
na fotelu, zwijając się w kłębek, przyglądając przystrojonemu
drzewku. Na dobrą sprawę nie wiedział, czemu sprawiało mu ono
tyle radości, dlaczego, mimo posępnego nastroju, widząc je miał
ochotę uśmiechnąć się chociaż na moment. Zrobił to. Ale tylko
na krótką chwilkę. Bo zawsze gdy się uśmiechał, momentalnie
myślał o Franku. A o nim akurat myśleć lubił. Bardzo lubił. I
mimo, że Franek z jego koszmarów zawsze był smutny i znikał w
najmniej oczekiwanym momencie, on wiedział, że oryginał by tak nie
zrobił. Nie uciekłby. Nie opuściłby go. Bo przecież zdaniem
Gerarda nigdy tego nie robił. Tak naprawdę chłopak tylko wierzył,
że tak było. Przecież po jego chorym wybryku na wycieczce szkolnej
nie rozmawiali kilka tygodni... Ale to zdawało się go nie
obchodzić. Wierzył, że nawet gdy Jabłoński nie jest przy nim
ciałem, to jest przy nim duchem, że myśli o nim, że stara się
znajdywać dla niego czas... No tak. Głupi, naiwny Gerard.
Przyłożył
policzek do miękkiego oparcia fotela, po chwili zamykając oczy.
Franek, Franek. Miał go w głowie aż w nadmiarze; był wszędzie.
Każda roztrząśnięta przez Fabiańskiego myśl schodziła na jego
temat i, czego nie dało się ukryć, odpowiadało to Gerardowi
zupełnie. Nawet nie obchodziło go to, że coraz częściej mówił
o nim jak o swoim. A przecież do tego było tak daleko. Tak daleko,
mimo, że sama postać była na wyciągnięcie jego ręki, że mógł
go w każdej chwili zobaczyć, przytulić, pocałować, nie licząc
się z tym, że na pewno zostałby odepchnięty. W sumie to nawet nie
wiedział, jak z tym Frankiem było; w związku z Gabi wydawał się
szczęśliwy jak nikt inny, tak samo po jej stracie – wszyscy byli
pewni, że już się nie pozbiera. I może faktycznie, nie można
powiedzieć, żeby pozbierał się całkiem, ale udało mu się to w
dużej mierze. A co najdziwniejsze, niedługo później pierwszy raz
sam go pocałował. Gerard nie umiał oceniać obiektywnie, bo go
kochał, ale... Franek pocałował chłopaka, z którym zerwał
kontakt przez jeden seks po pijaku, chłopaka, który już myślał,
że stracił go na dobre. Pocałował Gerarda, z własnej,
nieprzymuszonej woli.
Fabiański miał już nigdy nie zapomnieć smaku tych miękkich, ciepłych ust.
Fabiański miał już nigdy nie zapomnieć smaku tych miękkich, ciepłych ust.
W
takich momentach chciał go przy sobie. Chciał móc obrócić się i
zobaczyć go obok, przytulić się do niego, uśmiechnąć,
opowiedzieć o problemach, wyrzucić z siebie to, co leży mu na
sercu, po raz drugi, trzeci i czwarty, jeśli będzie trzeba. I gdyby
tylko mógł go mieć, to w życiu by z tego nie zrezygnował. A
teraz, pomimo, że mógł o niego zawalczyć, grzecznie czekał. Bo
na dobrą sprawę nie miał pojęcia jak tamten to wszystko widzi.
Musiało minąć kilka godzin, nim chłopak dźwignął się z
siedziska i ruszył do wieszaka na ubrania. Często to robił.
Sprawdzał kieszenie swojego płaszcza, za każdym razem znajdując
ten sam kawałek papieru - pusty, zmięty. Nie rozumiał, jak w dniu
pogrzebu Gabi mógł cokolwiek na nim zobaczyć, coś z niego
przeczytać. Na dobrą sprawę, z każdym dniem nie rozumiał co raz
więcej rzeczy. Nie rozumiał nieobecności Nadziei, zachowania
Rainy, koszmarów i tej dziwnej istoty, która w nich przeważała,
niemal w ogóle nie pozwalając mu zobaczyć jej twarzy. Nie rozumiał
tego, że w każdy nieprzyjemny sen wplatała się postać Franka, w
dodatku tak bardzo smutnego. Praktycznie przestawał rozumieć
cokolwiek.
Być
może powoli tracił zmysły. Dzień w dzień uświadamiał się w
tym, że skrawek papieru który wdarł się między jego dłonie jest
pusty. Wszelkie literki, każdy ich ślad, bądź malutka poszlaka,
musiała mu się zwyczajnie ubzdurać. Nieziemskim jest magiczne
znikanie tekstu. Nie było nawet na tyle wilgoci, a jeśli by -
pozostałby na niej coś na kształt rozmazanego tuszu. Tymczasem
nic. Mimo czasu, który minął, papier wciąż pozostawał
nieskażony żadnym atramentem ani innym przyborem piśmienniczym.
Sięgnął do kieszeni kurtki, wyciągając niedużą, pogiętą
karteczkę. Rozłożył ją, uważnie oglądnął. Tak, była pusta.
Westchnął, stwierdzając, że po prostu coś musiało w jego głowie
pójść nie tak. Pewnie padł jakiś nietypowy cień, w końcu na
cmentarzu również rosną drzewa, więc gałęzie mogły ułożyć
się w przypominające alfabet kształty, może przeleciał jakiś
ptak, może wiatr niósł ze sobą jakieś drobne płatki śniegu. Bo
przecież gdyby coś tam pisało, napis nagle by nie zniknął.
Ścisnął papierek, upuszczając go na podłogę i wrócił na
fotel. Zbyt często zdarzało się, że coś mu się przywidziało,
ubzdurało, wydawało... I wcale nie był z tego zadowolony.
Nie
miał racji. Karteczka była bezwartościowa. Była zwykłym
śmieciem, którego zebrał z ulicy na pogrzebie swojej koleżanki.
Wcisnął go do wierzchniego odzienia i zamęczał się treścią,
której nigdy tam nie było. Musiał wziąć się w garść, jego
myślenie zdawało się coraz bardziej jego samego zadręczać.
Obrócił się od wieszaka i ze spuszczoną głową, wykopał
zawiniątko przed siebie, po czym spokojnym krokiem, wewnątrz jednak
będąc na granicy wytrzymania, ruszył w stronę wcześniej
nagrzanego fotela. Chciał spędzić kolejne godziny na przyjemnym
odpoczynku, powdychać zapach morelowych świeczek. Zbliżając się
do mebla uniósł głowę; natychmiast znieruchomiał, oddech
zatrzymał się, serce zaczęło szybciej transportować krew,
wytworzyło znaną mu już doskonale adrenalinę.
Jej
nie miało tam być.
Nie
miał pojęcia, czy znów mu się przywidziało, czy dziewczyna z
pogrzebu i jego koszmarów naprawdę siedziała na brzegu kanapy,
patrząc na niego z zainteresowaniem.
-
Nie mam pojęcia, dlaczego nie oddychasz, Gerry – odparła, a jej
głos rozbrzmiał wewnątrz jego głowy, boleśnie raniąc jej
wnętrze. Złapał się za skronie, szybko łapiąc powietrze.
Zabierała mu powietrze. Jakby jej płuca wymagały jej znacznie
większej ilości, choć jego chwiejny i spłoszony wzrok wychwycił,
iż jej klatka piersiowa nie unosi się, jej nozdrza nie rozszerzają.
Kobieta nie wykonując ruchu świdrowała go swoim nienaturalnie
perfekcyjnym wzorkiem.
Wyglądała
idealnie. Kolorowe światło choinki padało na jej długie, proste
włosy w kolorze głębokiej czerni, nadając im blasku. Czarna
suknia przed kolana zaciśnięta w pasie grubym pasem, co dawało
wręcz bolesny widok, zakrywała jej bladą, prawie płową skórę,
w każdym calu idealną i gładką, niczym u porcelanowej lalki na
sklepowej wystawie. Nawet niewiele od niej się różniła. Obydwie
były piękne, obydwie nie oddychały, obydwie dawały złośliwe
uczucie i naciśnięcie na klatkę piersiową. Sam z trudem wciągnął
śladowe ilości tlenu, po czym na drżących nogach zbliżył się,
chcąc poznać jej aparycję dokładniej; chciał zobaczyć jej
twarz, którą tak skrzętnie ukrywała przed nim w jego własnych
koszmarach. Niespodziewanie i energicznie podniosła głowę.
Przyglądał jej się minutę, później drugą, trzecią, czwartą,
nie potrafiąc wydobyć z siebie nawet dźwięku zalęknienia.
Patrzyła na niego dużymi, ciemnymi oczami, a jej długie rzęsy
rzucały cień na mleczne policzki. Od tego spojrzenia zrobił się
dziwnie spokojny, czego nie mógł wytłumaczyć. I na dobrą sprawę
nawet nie chciał.
Patrzył
na nią pustym wzrokiem, nie wiedząc, czy znów tylko mu się
wydaje, czy ona naprawdę tam jest i działa na niego. A może ma
problemy z głową i powinien się leczyć? W sumie wszystko zaczęło
się po tym, jak przeszedł operację, po tym, jak zaczął widzieć.
Rozpoczął normalną naukę, wśród normalnych ludzi, którzy w
zupełności nie miewali takich zagadek, jakie posiadał on. Żyło
im się spokojnie, dlaczego więc on nie mógł? Być może było to
spowodowane tym, że znaczną część swojego życia spędził w
ciemnościach. Nie miał kontaktu wzrokowego z rodziną, ze swoim
własnym pokojem, miał tylko tę ciemność, a teraz ciemność,
jakby za nią zatęsknił, objawiała się w postaci kobiety,
największego i najpiękniejszego koszmaru. Ale on za tym nie
tęsknił.
A
postać, widząc, że Gerard raczej nie odpowie, zbyt oszołomiony
jej obecnością - zwyczajnie zniknęła.
❧
Brązowa
walizka uderzała lekko o schodki, dopóki nie dotarła do celu,
postawiona przed drzwiami u szczytu schodów. Gerard otrzepał ręce
i ruszył do auta po kolejne dwie, niewielkie torby. Był niewyspany,
bo mimo, że spał od popołudnia obudził się ledwie po północy,
a późniejsze wydarzenia tylko rozbudził go i nie było
najmniejszej szansy na zaśnięcie nad ranem. Musiał przyznać, że
to było po prostu dziwne. Swoją drogą, jak całe jego życie od
sierpnia. Zacisnął usta. Nadzieja jak na złość nie miała
zamiaru się pojawić, mimo, że w tym momencie tak bardzo
potrzebował towarzystwa tej wątłej, z deka zarozumiałej istoty,
która podtrzymywała wersję pod tytułem "muszę się tobą
opiekować". Prychnął cichuteńko. Pięknie się opiekowała.
Tak, że w ogóle go olała, bo inaczej tego określić nie umiał.
Olała go, zignorowała, zlekceważyła. Mógłby wymieniać długo.
I to akurat teraz, gdy męczyły go te cholerne koszmary,
przerażające go swoją dokładnością i perfekcją nawet za dnia.
Sny, których urzeczywistnienia pragnąłby na samym końcu. A ona,
jak jakaś co najmniej królewna, wzgardziła nim i w ogóle nie
przychodziła. A dałby wiele, by usłyszeć nawet jakąś głupią
uwagę, zbyt mądrą na niego samego myśl albo... Nawet, gdyby miał
nic nie usłyszeć, a po prostu w trudniejszej chwili wymienić
spojrzenia. Tak, był tak zdesperowany, że po prostu chciał ją
zobaczyć.
Wszystko,
co zdołało wydarzyć się od wakacji było dziwne, momentami nawet
irracjonalne, a każda rzecz po kolei sprawiała, że Gerard zmieniał
się coraz bardziej. Każde wydarzenie w pewien sposób na niego
wpływało, zostawiając w nim mniejszy lub większy ślad. W jego
wnętrzu. W jego mózgu. W jego chorym, pełnym urojeń mózgu.
Momentami czuł się jakby rzeczywiście zwariował, jakby już nie
kontrolował tego, co się z nim działo. I to w sumie byłoby godne
wytłumaczenie wszystkiego. Nawet tego, jakim cudem wtedy, na
wycieczce zebrał się w sobie i powiedział Frankowi prawdę o tym,
co czuje. Wszystko by wyjaśniało, chore sny, przywidzenia,
wielokrotne pomyłki... Przecież wszystko miało jakiś
mniej
lub bardziej racjonalny powód. Tutaj nie było żadnego powodu. A
takiej opcji, z wielu możliwych, niestety nie było, a taka
świadomość nie dawała mu spokoju.
Gdy
bagaże stanęły przy drzwiach, obrócił się w stronę ich
właścicielki, siląc się na uśmiech. Nigdy nie był rodzinny.
Odkąd pamiętał, jeszcze jako mały chłopczyk nie przepadał za
wyjazdami do dziadków, wujostwa czy rozmaitych kuzynów. Gdyby
przyglądnąć się jego egzystencji trzynaście, czternaście lat
temu można by było stwierdzić, że od początku miał ten swój
dziwny świat, w którym lubił przebywać. Później wszystko się
skończyło. Na dwanaście lat stracił na dobrą sprawę każdy
kontakt z ludźmi, bo nawet najbardziej śmiały i komunikatywny
człowiek nie będzie taki sam, tracąc wzrok. Nikt wtedy nie wymagał
od niego bycia rodzinnym. Na dobrą sprawę podobało mu się to w
pewnym stopniu. To, jak niewiele życie wymagało od niego w tamtych
latach. I to, że nie widząc świata, nie widział też innych
rzeczy.
Wyższa
nieco szatynka odwzajemniła jego pusty uśmiech, od razu chwytając
przynętę. Tak, owszem, dobrze zagrał, jednak nie myślał, że
starsza dziewczyna się na to złapie. W końcu jak dobrej gry
aktorskiej i udawania można było oczekiwać po Gerardzie, który
tej nocy zaliczył tyle przygód nie wychodząc nawet z domu? Na
pewno mniej niż zazwyczaj. Jednak wyraźnie tyle wystarczyło, by
nieszczerość wyglądała szczerze i by nie wyszedł na kompletnego
gbura.
-
Jako że nie mamy gościnnego, pościeliłem ci w salonie – odparł,
gdy weszli do przedpokoju a wszystkie walizki jego kuzynki były już
w środku. Odebrał od niej płaszcz, wyjaśnił, gdzie ma zostawić
ośnieżone buty, sam zdjął swoje okrycie. - Mam nadzieję, że nie
będzie ci to przeszkadzało, jeśli chcesz, to zawsze możesz spać
u mnie.
- Nie, będzie dobrze. – Dominika pokiwała głową, uśmiechając się do niego lekko. Patrzył na nią badawczo, śledził jej ruchy; gdy siadała na fotelu, wciąż oglądając salon. Na wspomnienie zajętego przez nią miejsca zrobiło mu się słabiej niż zazwyczaj. Nie znosił go. To tam zaliczył swoją przygodę z alkoholem; po dzień dzisiejszy uważał, że taki siedemnastolatek jak on niżej upaść już nie mógł... Pokręcił głową. Widział po jej zachowaniu, że wszystko jej odpowiadało. Zdziwił się, że jest tak bezproblemowa. - Cieszę się, że mogę spędzić z wami trochę czasu – powiedziała i znów znalazła się w holu, biorąc swoje bagaże.
- My też się cieszymy – odpowiedział jej, siadając na trzecim schodku i objął podkulone nogi, wciąż nienagannie udając pogodnego, nieco zmęczonego siebie. Pomyślał o Franku. O Martynce. O pani Justynie piekącej rozmaite, świąteczne ciasta. Czy im zazdrościł? Pewnie w dużej mierze tak, ale nie przyznał się do tego przed samym sobą, wmawiając sobie, że babcia, kuzynka, tato i brat uszczęśliwią go w pełni podczas tych świąt.
- Nie, będzie dobrze. – Dominika pokiwała głową, uśmiechając się do niego lekko. Patrzył na nią badawczo, śledził jej ruchy; gdy siadała na fotelu, wciąż oglądając salon. Na wspomnienie zajętego przez nią miejsca zrobiło mu się słabiej niż zazwyczaj. Nie znosił go. To tam zaliczył swoją przygodę z alkoholem; po dzień dzisiejszy uważał, że taki siedemnastolatek jak on niżej upaść już nie mógł... Pokręcił głową. Widział po jej zachowaniu, że wszystko jej odpowiadało. Zdziwił się, że jest tak bezproblemowa. - Cieszę się, że mogę spędzić z wami trochę czasu – powiedziała i znów znalazła się w holu, biorąc swoje bagaże.
- My też się cieszymy – odpowiedział jej, siadając na trzecim schodku i objął podkulone nogi, wciąż nienagannie udając pogodnego, nieco zmęczonego siebie. Pomyślał o Franku. O Martynce. O pani Justynie piekącej rozmaite, świąteczne ciasta. Czy im zazdrościł? Pewnie w dużej mierze tak, ale nie przyznał się do tego przed samym sobą, wmawiając sobie, że babcia, kuzynka, tato i brat uszczęśliwią go w pełni podczas tych świąt.
emo martynka! emo martynka! :****
OdpowiedzUsuńOjezu, jezu War! To było takie ładne... Głębokie... Lekko schizowate. Piękne :3 No i dziękujmy eerfh, że ci pomogła. Odwaliłyście kawał świetnej roboty, dziewczyny. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, ze twoja wena niejako powróciła do łask i tworzysz tak zapamiętale. Jak tylko zobaczyłam info na grupie to jak dzika się rzuciłam na link XDDD Dawno nie czułam takiej radości, co jest dość dziwne, bo ostatnio otacza mnie wiele rzeczy, które pozornie powinny bardziej cieszyć niż jakiś tam rozdział jakiegoś tam opowiadania. Z tym, ze to nie jest jakieś tam opowiadanie! Rany, rany, rany. Mam podniete na maksa :3 No i ja tutaj liczę na ogarnięcie Franka i porządne wyruchanie przez niego Gee w jak najbliższym czasie. I to z miłości! xDDDD
OdpowiedzUsuńI w ogóle jakoś ostatnio mam chcice na wspominanie. więc sobie od razu powspominałam, jak to czytałam twoje pierwsze opowiadanie i się ukrywałam jako ninja... to jeszcze na onecie było, i tak się zacieszałam rzeczami, które piszesz... ach ! Piękne czasy ^_^
CZ-CZYTAŁ-ŁAŚ MOJE P-PIERW... PIERWSZE O-OPOWIADANIE...? ;____; *wstyd i się chowa* geezu D: early winter było masakryczne :C
Usuńno ale, dziękuję za TAKI komentarz, gurl *~*
Wczoraj miałam, że wszystko przeczytam, ale dupa, nie dało się. No, ale dzisiaj skończyłam. Masz zapasik jednego rozdziału ._. Znaczy, cieszę się, bo to oznacza, że nawet jeśli coś to dostaniemy coś, ale wtedy ja załamuję się, że nie umiem nic napisać i ryczeć mi się chce *użala się nad sobą*. Okej, dosyć o mnie i mojej kochanej blokadzie.
OdpowiedzUsuńNa początku trochę Gerard sobie pomyślał, podumał. W sumie dobrze, lepiej sobie wszystko jakoś poukładać niż żyć w kompletnym chaosie i takie tam. A że pojawiła się ta dziewczyna... Czyżby ona była duchem, że tak sobie zniknęła? Bo w końcu Ghost Town, prawda? Ta Dominika... Tak jakoś na nią patrzę nieprzychylnie. Nie wiem czemu, lol.
I znowu element zaskoczenia w postaci końca rozdziału. Chcę więcej, no ;_;
*myślałam
UsuńDajże spokój, cały czas mi się błędy wpieprzają :P
Awwwww :3 Nareszcie nowy rozdział! Dzisiaj mam taki wesoły dzień, a jak jeszcze zobaczyłam, że dodałaś- to po prostu pofrunęłam :D Rozdział jest świetny, taki pełen przemyśleń i niewyjaśnionych zjawisk (haha jak wszystko w mózgu Gerarda xD ), no i ta Dominika... Coś czuję, że coś się święci (i to bynajmniej koszyczki na święconkę nie są...) <3
OdpowiedzUsuńyou-can-run-away-with-me
Jaki zajebisty zaciesz miałam, jak zobaczyłam, że dodałaś. <3
OdpowiedzUsuńWłaściwie, to nie wiem, co napisać... W głowie brzęczy mi jedno słowo - idealnie. Brakowało mi tylko takiego magicznego opisu, jak to jest, kiedy po kilku latach pierwszy raz mógł przyjrzeć się choince i innym rzeczom, których wyglądu już zdążył zapomnieć albo coś... Mimo to - idealnie. :3
~ Dead!