sobota, marca 30, 2013

XVI ghost town

I buy my enemies rope to hang me and the knives to gang me

“Rozpadam się na kawałki. Tracę oddech. Po policzkach spływają łzy. To tak bardzo boli...”
Poderwał się na łóżku, czując krople na policzkach i przyśpieszony, nierówny oddech. Dopiero po jakimś czasie zorientował się, że znów wybudza się z koszmaru w środku nocy. Westchnął, obracając się i spuścił stopy na ziemię, powoli podnosząc się z łóżka; wypił kilka łyków wody ze szklanki stojącej na biurku i odgarnął włosy ze spoconej i mokrej od łez twarzy, kilka razy wciągając powietrze przez usta. Uspokoił się. Wyrzucił z głowy senne obrazy. Nie było tak źle, jak chociażby dzień wcześniej.
Nie sypiał. Nie miał do tego specjalnego powodu, ale zasypianie, szczególnie wieczorne sprawiało mu wyraźną trudność. Najczęściej, gdy już zasnął, budził się po dwóch, trzech godzinach, przerażony śniącym mu się koszmarem. Ile by nie spał, zawsze mu się śniły. Zawsze, gdy kładł się wieczorem. Bywały dni, gdy był tak zmęczony, że kładł się o piątej, o szóstej i zasypiał, odsypiając poprzednią noc, a dopiero po północy brał się za jakiekolwiek zadania, zajęcia czy naukę. Wiedział, że to nie było normalne.
Wolnym krokiem podszedł do drzwi balkonu i usytuowanego obok okna. Płatki śniegu obijały się bezgłośnie o szybę. Uśmiechnął się. Z okna widać było rozświetlony przez choinkowe lampki salon sąsiada. W zasadzie, od zawsze lubił święta. Żałował jedynie, że w zeszłym roku po raz ostatni spędzili je w komplecie. Po prostu, normalną reakcją było, że nadal bolał go fakt, iż nie spędzi ich z mamą. A tak bardzo by chciał... Przytknął rozgrzane podwyższoną temperaturą czoło do chłodnej szyby i zmrużył powieki, przyglądając się szadzi osadzonej na gałęziach dębu rosnącego w rogu jego ogrodu. Nawet w gorączce, zima była dla kogoś takiego jak on naprawdę magiczną porą roku. Gdyby tylko miał czarny arkusz i białe kredki, już dawno siedziałby na parapecie, szkicując widok z okna w słabym, mlecznym świetle ulicznej latarni.
Śnieżna pierzyna w wolnym tempie pokrywała całe miasto, uśpione w mroku, który przyszedł znacznie zbyt wcześnie, jak na oczekiwania większości mieszkańców. Zima ogólnie była jedną z najmniej
lubianych pór roku. Śnieżna, zimna, cechowana krótkimi dniami. W czasie, gdy można by posiedzieć sobie pod kocykiem, z gorącym kakao, przed palącym się kominkiem, albo chociaż na parapecie, przyglądając się wirującym płatkom śniegu za oknem, większość musiała tak jak niezmiennie przez cały rok pracować, robić zakupy, pomagać dzieciom w zadaniach domowych... Gerard uważał, że gdyby chociaż jakaś część populacji zwolniła, przyjęła spokojniejszy tryb życia i znalazła pozytywne strony tej pory roku, na pewno wszystkim byłoby przyjemniej i spostrzegliby, ile uroku i magii kryje się w tym ogólnie nielubianym przez wszystkich, zimnym czasie.
Ale dobrze pamiętał, jego mama taka nie była. Jego mama zawsze uwielbiała zimę.
Zacisnął powieki, sprawiając że wydostały się z nich kolejne pojedyncze krople. Nim łzy zdołały spłynąć mu po policzkach, przetarł twarz, ścierając je całkowicie. Nie chciał po raz kolejny tego roztrząsać. To był tylko wypadek. I mimo, że te wszystkie dziwne przypadki i zbiegi okoliczności w jego życiu zdawały się mówić zupełnie co innego, on w to wierzył. A przynajmniej chciał; w praktyce chyba sam nie wiedział co o tym wszystkim myśleć.
Oderwał czoło od szyby i odszedł od okna, zasuwając zasłonę. Zadrżał, rozglądając się. W pokoju było jasno, nawet przez materiał do środka wpadało uliczne światło, a jeżdżące co jakiś czas, nieliczne auta, rzucały cień ostrych, samochodowych reflektorów na jego ściany. Nie zwracał na to uwagi. Tak jak na malującą się na naściennym zegarze godzinę pierwszą nad ranem. Założył sweter i objął się rękami, idąc w stronę drzwi. Powoli schodził po skrzypiących schodach, nie zwracając uwagi na mrok panujący w tej części domu. Na dobrą sprawę nie wiedział, po co schodził na parter, chyba z czystego braku pomysłów na to, co mógłby zrobić z czasem. A jego miał wiele. Aż do rana. Wiedział, że nawet gdyby się położył, szansa na zaśnięcie wynosiła mniej niż zero.
Boso przemknął przez korytarzyk do salonu, gdzie niewielka, nieco ubogo przyozdobiona choinka świeciła swoim kolorowym światłem. Usiadł na fotelu, zwijając się w kłębek, przyglądając przystrojonemu drzewku. Na dobrą sprawę nie wiedział, czemu sprawiało mu ono tyle radości, dlaczego, mimo posępnego nastroju, widząc je miał ochotę uśmiechnąć się chociaż na moment. Zrobił to. Ale tylko na krótką chwilkę. Bo zawsze gdy się uśmiechał, momentalnie myślał o Franku. A o nim akurat myśleć lubił. Bardzo lubił. I mimo, że Franek z jego koszmarów zawsze był smutny i znikał w najmniej oczekiwanym momencie, on wiedział, że oryginał by tak nie zrobił. Nie uciekłby. Nie opuściłby go. Bo przecież zdaniem Gerarda nigdy tego nie robił. Tak naprawdę chłopak tylko wierzył, że tak było. Przecież po jego chorym wybryku na wycieczce szkolnej nie rozmawiali kilka tygodni... Ale to zdawało się go nie obchodzić. Wierzył, że nawet gdy Jabłoński nie jest przy nim ciałem, to jest przy nim duchem, że myśli o nim, że stara się znajdywać dla niego czas... No tak. Głupi, naiwny Gerard.
Przyłożył policzek do miękkiego oparcia fotela, po chwili zamykając oczy. Franek, Franek. Miał go w głowie aż w nadmiarze; był wszędzie. Każda roztrząśnięta przez Fabiańskiego myśl schodziła na jego temat i, czego nie dało się ukryć, odpowiadało to Gerardowi zupełnie. Nawet nie obchodziło go to, że coraz częściej mówił o nim jak o swoim. A przecież do tego było tak daleko. Tak daleko, mimo, że sama postać była na wyciągnięcie jego ręki, że mógł go w każdej chwili zobaczyć, przytulić, pocałować, nie licząc się z tym, że na pewno zostałby odepchnięty. W sumie to nawet nie wiedział, jak z tym Frankiem było; w związku z Gabi wydawał się szczęśliwy jak nikt inny, tak samo po jej stracie – wszyscy byli pewni, że już się nie pozbiera. I może faktycznie, nie można powiedzieć, żeby pozbierał się całkiem, ale udało mu się to w dużej mierze. A co najdziwniejsze, niedługo później pierwszy raz sam go pocałował. Gerard nie umiał oceniać obiektywnie, bo go kochał, ale... Franek pocałował chłopaka, z którym zerwał kontakt przez jeden seks po pijaku, chłopaka, który już myślał, że stracił go na dobre. Pocałował Gerarda, z własnej, nieprzymuszonej woli.
Fabiański miał już nigdy nie zapomnieć smaku tych miękkich, ciepłych ust.
W takich momentach chciał go przy sobie. Chciał móc obrócić się i zobaczyć go obok, przytulić się do niego, uśmiechnąć, opowiedzieć o problemach, wyrzucić z siebie to, co leży mu na sercu, po raz drugi, trzeci i czwarty, jeśli będzie trzeba. I gdyby tylko mógł go mieć, to w życiu by z tego nie zrezygnował. A teraz, pomimo, że mógł o niego zawalczyć, grzecznie czekał. Bo na dobrą sprawę nie miał pojęcia jak tamten to wszystko widzi.
Musiało minąć kilka godzin, nim chłopak dźwignął się z siedziska i ruszył do wieszaka na ubrania. Często to robił. Sprawdzał kieszenie swojego płaszcza, za każdym razem znajdując ten sam kawałek papieru - pusty, zmięty. Nie rozumiał, jak w dniu pogrzebu Gabi mógł cokolwiek na nim zobaczyć, coś z niego przeczytać. Na dobrą sprawę, z każdym dniem nie rozumiał co raz więcej rzeczy. Nie rozumiał nieobecności Nadziei, zachowania Rainy, koszmarów i tej dziwnej istoty, która w nich przeważała, niemal w ogóle nie pozwalając mu zobaczyć jej twarzy. Nie rozumiał tego, że w każdy nieprzyjemny sen wplatała się postać Franka, w dodatku tak bardzo smutnego. Praktycznie przestawał rozumieć cokolwiek.
Być może powoli tracił zmysły. Dzień w dzień uświadamiał się w tym, że skrawek papieru który wdarł się między jego dłonie jest pusty. Wszelkie literki, każdy ich ślad, bądź malutka poszlaka, musiała mu się zwyczajnie ubzdurać. Nieziemskim jest magiczne znikanie tekstu. Nie było nawet na tyle wilgoci, a jeśli by - pozostałby na niej coś na kształt rozmazanego tuszu. Tymczasem nic. Mimo czasu, który minął, papier wciąż pozostawał nieskażony żadnym atramentem ani innym przyborem piśmienniczym. Sięgnął do kieszeni kurtki, wyciągając niedużą, pogiętą karteczkę. Rozłożył ją, uważnie oglądnął. Tak, była pusta. Westchnął, stwierdzając, że po prostu coś musiało w jego głowie pójść nie tak. Pewnie padł jakiś nietypowy cień, w końcu na cmentarzu również rosną drzewa, więc gałęzie mogły ułożyć się w przypominające alfabet kształty, może przeleciał jakiś ptak, może wiatr niósł ze sobą jakieś drobne płatki śniegu. Bo przecież gdyby coś tam pisało, napis nagle by nie zniknął. Ścisnął papierek, upuszczając go na podłogę i wrócił na fotel. Zbyt często zdarzało się, że coś mu się przywidziało, ubzdurało, wydawało... I wcale nie był z tego zadowolony.
Nie miał racji. Karteczka była bezwartościowa. Była zwykłym śmieciem, którego zebrał z ulicy na pogrzebie swojej koleżanki. Wcisnął go do wierzchniego odzienia i zamęczał się treścią, której nigdy tam nie było. Musiał wziąć się w garść, jego myślenie zdawało się coraz bardziej jego samego zadręczać. Obrócił się od wieszaka i ze spuszczoną głową, wykopał zawiniątko przed siebie, po czym spokojnym krokiem, wewnątrz jednak będąc na granicy wytrzymania, ruszył w stronę wcześniej nagrzanego fotela. Chciał spędzić kolejne godziny na przyjemnym odpoczynku, powdychać zapach morelowych świeczek. Zbliżając się do mebla uniósł głowę; natychmiast znieruchomiał, oddech zatrzymał się, serce zaczęło szybciej transportować krew, wytworzyło znaną mu już doskonale adrenalinę.
Jej nie miało tam być.
Nie miał pojęcia, czy znów mu się przywidziało, czy dziewczyna z pogrzebu i jego koszmarów naprawdę siedziała na brzegu kanapy, patrząc na niego z zainteresowaniem.
- Nie mam pojęcia, dlaczego nie oddychasz, Gerry – odparła, a jej głos rozbrzmiał wewnątrz jego głowy, boleśnie raniąc jej wnętrze. Złapał się za skronie, szybko łapiąc powietrze. Zabierała mu powietrze. Jakby jej płuca wymagały jej znacznie większej ilości, choć jego chwiejny i spłoszony wzrok wychwycił, iż jej klatka piersiowa nie unosi się, jej nozdrza nie rozszerzają. Kobieta nie wykonując ruchu świdrowała go swoim nienaturalnie perfekcyjnym wzorkiem.
Wyglądała idealnie. Kolorowe światło choinki padało na jej długie, proste włosy w kolorze głębokiej czerni, nadając im blasku. Czarna suknia przed kolana zaciśnięta w pasie grubym pasem, co dawało wręcz bolesny widok, zakrywała jej bladą, prawie płową skórę, w każdym calu idealną i gładką, niczym u porcelanowej lalki na sklepowej wystawie. Nawet niewiele od niej się różniła. Obydwie były piękne, obydwie nie oddychały, obydwie dawały złośliwe uczucie i naciśnięcie na klatkę piersiową. Sam z trudem wciągnął śladowe ilości tlenu, po czym na drżących nogach zbliżył się, chcąc poznać jej aparycję dokładniej; chciał zobaczyć jej twarz, którą tak skrzętnie ukrywała przed nim w jego własnych koszmarach. Niespodziewanie i energicznie podniosła głowę. Przyglądał jej się minutę, później drugą, trzecią, czwartą, nie potrafiąc wydobyć z siebie nawet dźwięku zalęknienia. Patrzyła na niego dużymi, ciemnymi oczami, a jej długie rzęsy rzucały cień na mleczne policzki. Od tego spojrzenia zrobił się dziwnie spokojny, czego nie mógł wytłumaczyć. I na dobrą sprawę nawet nie chciał.
Patrzył na nią pustym wzrokiem, nie wiedząc, czy znów tylko mu się wydaje, czy ona naprawdę tam jest i działa na niego. A może ma problemy z głową i powinien się leczyć? W sumie wszystko zaczęło się po tym, jak przeszedł operację, po tym, jak zaczął widzieć. Rozpoczął normalną naukę, wśród normalnych ludzi, którzy w zupełności nie miewali takich zagadek, jakie posiadał on. Żyło im się spokojnie, dlaczego więc on nie mógł? Być może było to spowodowane tym, że znaczną część swojego życia spędził w ciemnościach. Nie miał kontaktu wzrokowego z rodziną, ze swoim własnym pokojem, miał tylko tę ciemność, a teraz ciemność, jakby za nią zatęsknił, objawiała się w postaci kobiety, największego i najpiękniejszego koszmaru. Ale on za tym nie tęsknił.
A postać, widząc, że Gerard raczej nie odpowie, zbyt oszołomiony jej obecnością - zwyczajnie zniknęła.


Brązowa walizka uderzała lekko o schodki, dopóki nie dotarła do celu, postawiona przed drzwiami u szczytu schodów. Gerard otrzepał ręce i ruszył do auta po kolejne dwie, niewielkie torby. Był niewyspany, bo mimo, że spał od popołudnia obudził się ledwie po północy, a późniejsze wydarzenia tylko rozbudził go i nie było najmniejszej szansy na zaśnięcie nad ranem. Musiał przyznać, że to było po prostu dziwne. Swoją drogą, jak całe jego życie od sierpnia. Zacisnął usta. Nadzieja jak na złość nie miała zamiaru się pojawić, mimo, że w tym momencie tak bardzo potrzebował towarzystwa tej wątłej, z deka zarozumiałej istoty, która podtrzymywała wersję pod tytułem "muszę się tobą opiekować". Prychnął cichuteńko. Pięknie się opiekowała. Tak, że w ogóle go olała, bo inaczej tego określić nie umiał. Olała go, zignorowała, zlekceważyła. Mógłby wymieniać długo. I to akurat teraz, gdy męczyły go te cholerne koszmary, przerażające go swoją dokładnością i perfekcją nawet za dnia. Sny, których urzeczywistnienia pragnąłby na samym końcu. A ona, jak jakaś co najmniej królewna, wzgardziła nim i w ogóle nie przychodziła. A dałby wiele, by usłyszeć nawet jakąś głupią uwagę, zbyt mądrą na niego samego myśl albo... Nawet, gdyby miał nic nie usłyszeć, a po prostu w trudniejszej chwili wymienić spojrzenia. Tak, był tak zdesperowany, że po prostu chciał ją zobaczyć.
Wszystko, co zdołało wydarzyć się od wakacji było dziwne, momentami nawet irracjonalne, a każda rzecz po kolei sprawiała, że Gerard zmieniał się coraz bardziej. Każde wydarzenie w pewien sposób na niego wpływało, zostawiając w nim mniejszy lub większy ślad. W jego wnętrzu. W jego mózgu. W jego chorym, pełnym urojeń mózgu. Momentami czuł się jakby rzeczywiście zwariował, jakby już nie kontrolował tego, co się z nim działo. I to w sumie byłoby godne wytłumaczenie wszystkiego. Nawet tego, jakim cudem wtedy, na wycieczce zebrał się w sobie i powiedział Frankowi prawdę o tym, co czuje. Wszystko by wyjaśniało, chore sny, przywidzenia, wielokrotne pomyłki... Przecież wszystko miało jakiś
mniej lub bardziej racjonalny powód. Tutaj nie było żadnego powodu. A takiej opcji, z wielu możliwych, niestety nie było, a taka świadomość nie dawała mu spokoju.
Gdy bagaże stanęły przy drzwiach, obrócił się w stronę ich właścicielki, siląc się na uśmiech. Nigdy nie był rodzinny. Odkąd pamiętał, jeszcze jako mały chłopczyk nie przepadał za wyjazdami do dziadków, wujostwa czy rozmaitych kuzynów. Gdyby przyglądnąć się jego egzystencji trzynaście, czternaście lat temu można by było stwierdzić, że od początku miał ten swój dziwny świat, w którym lubił przebywać. Później wszystko się skończyło. Na dwanaście lat stracił na dobrą sprawę każdy kontakt z ludźmi, bo nawet najbardziej śmiały i komunikatywny człowiek nie będzie taki sam, tracąc wzrok. Nikt wtedy nie wymagał od niego bycia rodzinnym. Na dobrą sprawę podobało mu się to w pewnym stopniu. To, jak niewiele życie wymagało od niego w tamtych latach. I to, że nie widząc świata, nie widział też innych rzeczy.
Wyższa nieco szatynka odwzajemniła jego pusty uśmiech, od razu chwytając przynętę. Tak, owszem, dobrze zagrał, jednak nie myślał, że starsza dziewczyna się na to złapie. W końcu jak dobrej gry aktorskiej i udawania można było oczekiwać po Gerardzie, który tej nocy zaliczył tyle przygód nie wychodząc nawet z domu? Na pewno mniej niż zazwyczaj. Jednak wyraźnie tyle wystarczyło, by nieszczerość wyglądała szczerze i by nie wyszedł na kompletnego gbura.
- Jako że nie mamy gościnnego, pościeliłem ci w salonie – odparł, gdy weszli do przedpokoju a wszystkie walizki jego kuzynki były już w środku. Odebrał od niej płaszcz, wyjaśnił, gdzie ma zostawić ośnieżone buty, sam zdjął swoje okrycie. - Mam nadzieję, że nie będzie ci to przeszkadzało, jeśli chcesz, to zawsze możesz spać u mnie.
- Nie, będzie dobrze. – Dominika pokiwała głową, uśmiechając się do niego lekko. Patrzył na nią badawczo, śledził jej ruchy; gdy siadała na fotelu, wciąż oglądając salon. Na wspomnienie zajętego przez nią miejsca zrobiło mu się słabiej niż zazwyczaj. Nie znosił go. To tam zaliczył swoją przygodę z alkoholem; po dzień dzisiejszy uważał, że taki siedemnastolatek jak on niżej upaść już nie mógł... Pokręcił głową. Widział po jej zachowaniu, że wszystko jej odpowiadało. Zdziwił się, że jest tak bezproblemowa. - Cieszę się, że mogę spędzić z wami trochę czasu – powiedziała i znów znalazła się w holu, biorąc swoje bagaże.
- My też się cieszymy – odpowiedział jej, siadając na trzecim schodku i objął podkulone nogi, wciąż nienagannie udając pogodnego, nieco zmęczonego siebie. Pomyślał o Franku. O Martynce. O pani Justynie piekącej rozmaite, świąteczne ciasta. Czy im zazdrościł? Pewnie w dużej mierze tak, ale nie przyznał się do tego przed samym sobą, wmawiając sobie, że babcia, kuzynka, tato i brat uszczęśliwią go w pełni podczas tych świąt.

7 komentarzy:

  1. emo martynka! emo martynka! :****

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojezu, jezu War! To było takie ładne... Głębokie... Lekko schizowate. Piękne :3 No i dziękujmy eerfh, że ci pomogła. Odwaliłyście kawał świetnej roboty, dziewczyny. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, ze twoja wena niejako powróciła do łask i tworzysz tak zapamiętale. Jak tylko zobaczyłam info na grupie to jak dzika się rzuciłam na link XDDD Dawno nie czułam takiej radości, co jest dość dziwne, bo ostatnio otacza mnie wiele rzeczy, które pozornie powinny bardziej cieszyć niż jakiś tam rozdział jakiegoś tam opowiadania. Z tym, ze to nie jest jakieś tam opowiadanie! Rany, rany, rany. Mam podniete na maksa :3 No i ja tutaj liczę na ogarnięcie Franka i porządne wyruchanie przez niego Gee w jak najbliższym czasie. I to z miłości! xDDDD

    I w ogóle jakoś ostatnio mam chcice na wspominanie. więc sobie od razu powspominałam, jak to czytałam twoje pierwsze opowiadanie i się ukrywałam jako ninja... to jeszcze na onecie było, i tak się zacieszałam rzeczami, które piszesz... ach ! Piękne czasy ^_^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. CZ-CZYTAŁ-ŁAŚ MOJE P-PIERW... PIERWSZE O-OPOWIADANIE...? ;____; *wstyd i się chowa* geezu D: early winter było masakryczne :C
      no ale, dziękuję za TAKI komentarz, gurl *~*

      Usuń
  3. Wczoraj miałam, że wszystko przeczytam, ale dupa, nie dało się. No, ale dzisiaj skończyłam. Masz zapasik jednego rozdziału ._. Znaczy, cieszę się, bo to oznacza, że nawet jeśli coś to dostaniemy coś, ale wtedy ja załamuję się, że nie umiem nic napisać i ryczeć mi się chce *użala się nad sobą*. Okej, dosyć o mnie i mojej kochanej blokadzie.
    Na początku trochę Gerard sobie pomyślał, podumał. W sumie dobrze, lepiej sobie wszystko jakoś poukładać niż żyć w kompletnym chaosie i takie tam. A że pojawiła się ta dziewczyna... Czyżby ona była duchem, że tak sobie zniknęła? Bo w końcu Ghost Town, prawda? Ta Dominika... Tak jakoś na nią patrzę nieprzychylnie. Nie wiem czemu, lol.
    I znowu element zaskoczenia w postaci końca rozdziału. Chcę więcej, no ;_;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *myślałam
      Dajże spokój, cały czas mi się błędy wpieprzają :P

      Usuń
  4. Awwwww :3 Nareszcie nowy rozdział! Dzisiaj mam taki wesoły dzień, a jak jeszcze zobaczyłam, że dodałaś- to po prostu pofrunęłam :D Rozdział jest świetny, taki pełen przemyśleń i niewyjaśnionych zjawisk (haha jak wszystko w mózgu Gerarda xD ), no i ta Dominika... Coś czuję, że coś się święci (i to bynajmniej koszyczki na święconkę nie są...) <3
    you-can-run-away-with-me

    OdpowiedzUsuń
  5. Jaki zajebisty zaciesz miałam, jak zobaczyłam, że dodałaś. <3
    Właściwie, to nie wiem, co napisać... W głowie brzęczy mi jedno słowo - idealnie. Brakowało mi tylko takiego magicznego opisu, jak to jest, kiedy po kilku latach pierwszy raz mógł przyjrzeć się choince i innym rzeczom, których wyglądu już zdążył zapomnieć albo coś... Mimo to - idealnie. :3

    ~ Dead!

    OdpowiedzUsuń