Chasing a dream so real, I've been up in the air.
Z jakiegoś powodu, który w głębi duszy znała doskonale, wiedziała, że nie będzie łatwo. Czyjeś zimne ręce ściskały jej własne, boleśnie wykręcone w tył. Było niemal zupełnie ciemno, długi korytarz niósł echem kroki kilku towarzyszących im osób. Znikome światło padało na ich ciała, rzucające długie cienie na posadzce za nimi, która z każdym krokiem pogrążała się w mroku. Już blisko, wiedziała. Czuła, że zaraz będą na miejscu.
Duma i pewność siebie towarzyszące jej
niemalże zawsze, teraz uleciały z niej jak z przebitego balonika, ponieważ
wiedziała, co zrobiła. Tym razem czuła tylko palące poczucie winy i strach,
coś, co już tak dawno jej nie wypełniało, że niemal zapomniała jak to jest.
Strach przed nieznanym, bo przecież nie wiedziała, co ją czeka. Ale spodziewała
się kary, bo na nią zasłużyła.
Emocje, które miotały się w jej
wnętrzu, jakiekolwiek uczucia, były tak nowe, tak obce, jakby wraz z
pozwoleniem na przejęcie w sobie kontroli tej duszy, została w niej cząstka człowieczeństwa.
Jakby nagle była zdolna odczuwać psychiczny ból, strach i inne, podobne emocje.
Nie wiedziała już, czego bała się bardziej – choć strach również był nowy –
kary, czy czucia? A może Pani właśnie w ten sposób zaplanowała ją ukarać?
Wszystko było takie niepewne… Jedyną rzeczą, co do której nie mogła się mylić,
były ciemny korytarz i krew ściekająca z jej spętanych za plecami dłoni. Drzwi
pojawiły się w mroku, znienacka. Jej towarzysze pchnęli je, pozwalając by
jaskrawe, białe światło uderzyło w nią, drażniąc oczy. Ich wzrok był wyjątkowo
wrażliwy, ale postacie zdawały się nie zauważyć zmiany. Czy to ona odczuwała
coś inaczej, mocniej? Nie wiedziała. N i c z e g o nie wiedziała.
Wprowadzili ją do wielkiej, jasnej sali
i pchnęli gdzieś po środku, sprawiając, że upadła na kolana. Przez fakt, jak ją
potraktowali, teraz poczuła gniew. To nieco stłumiło strach. Zawsze była tak
dumna, tak doskonała, a teraz zwyczajnie ją upokorzyli. Chciała krzyczeć. Nie
wiedziała, jak szybko spełni się jej prośba.
W jednej chwili całe jej ciało zaczęło
płonąć. Tak przynajmniej myślała. Nigdzie jednak nie było płomienia, nie zajęła
się ogniem. To był ból, tak przeszywający, że przypominał przypalanie żywcem,
był wszędzie, sprawiając, że w jednej chwili zaczęła wrzeszczeć w agonii.
Skowyt przeszył całą salę, odbijając się echem od pustych ścian. Nigdy
wcześniej nie czuła czegoś podobnego i była przerażona ogromem cierpienia,
które spadło na nią w jednej sekundzie. Jakby była rozrywana na strzępy i
płonęła jednocześnie, mimo, że nic takiego się nie działo.
W pewnym momencie koszmarny ból ustał tak nagle, jak się
rozpoczął.
– Nadal pragniesz krzyczeć? – Piękny głos
wypełnił jej głowę i choć zawsze był tak przyjemny w odbiorze, teraz niemalże
wwiercał się w jej umysł.
– N-nie – wyjąkała cicho, nie podnosząc się z zimnej posadzki. Jej
myśli nie były tutaj wolne, czuła, jakby były związane ciasnym sznurem, jak jej
dłonie. A to wszystko za jej sprawą. To Ona.
Uniosła głowę,
przyglądając jej się. Była jeszcze piękniejsza, niż zwykle, jakby z każdym
kolejnym spojrzeniem na tę gładką twarz przybywało jej urody. Wręcz
filigranowa, jej ciało momentami zdawało się być z porcelany, która mogłaby
potłuc się przy najmniejszym dotknięciu. Spojrzenie trwało niespełna sekundę,
ale zdążyła zlustrować jej oblicze, zauważyć długie, czarne włosy i czarną
suknię z gorsetem. Jej krańce drgały delikatnie, rozsypując się na maleńkie,
czarne odłamki, bez końca, jednak pozostawiając materiał w całości.
Jej Pani była piękna.
Ale była również straszna, a jeszcze straszniejszy był zadany przez nią ból.
– Dobrze. To nic nie da
– odparła beztrosko. Nie musiała wysilać się i na nią patrzeć, by wiedzieć, że
na jej twarzy pojawił się cień czegoś pomiędzy zawiścią a zadowoleniem. – Wiesz
w ogóle co ty zrobiłaś?!
Donośny krzyk odbił się
od ścian w jej umyśle, zadając ból porównywalny do niewidocznych płomieni,
które trawiły ją kilka chwil wcześniej. Sapnęła cicho, kuląc się jeszcze
bardziej na lodowatej podłodze.
– Nie masz prawa nigdy
więcej pozwolić tej duszy przejąć nad tobą kontroli, rozumiesz? – powiedziała
Pani, o wiele spokojniej. – Nigdy!
– O-oczywiście –
jęknęła. Bała się. Nic gorszego nie mogło jej już spotkać, ale wciąż panował
nad nią strach.
– Prawdopodobnie i tak
nic do ciebie nie dotarło. Jesteś idiotką, która nie umie wykonać banalnego
zadania. – wyrzuciła z siebie te słowa z taką pogardą, że leżąca na ziemi
dziewczyna nagle stała się bliska płaczu. Nie wiedziała nawet, kiedy z jej
policzków zaczęły spływać strugi łez, które ani trochę nie przynosiły ulgi.
Coraz więcej emocji pojawiało się w niej, napływały i wzmagały się, jak fale na
morzu podczas sztormu. Zdawało się jej, że jest jak samotna łódź pośród tych
fal, bez żadnych szans na przetrwanie. Niemal czuła je w płucach, jak wodę,
odbierające tlen. Choć przecież zwykła nie potrzebować tlenu. Do niedawna nie
potrzebowała takich rzeczy.
Chcę uciec, przeszło jej przez myśl, lecz kolejnym, co poczuła, był
strach. Przecież Ona słuchała. Ona wiedziała wszystko.
Usłyszała parsknięcie i
Pani znowu pojawiła się przed nią. Ostatkami sił podniosła się, podpierając
rękami i spojrzała na nią przerażona. Pani patrzyła na nią z odrazą.
Przykucnęła przed nią z gracją, uśmiechając się lekko, ale nie był to kojący
uśmiech, choć wciąż piękny. Ona się nią brzydziła, a jednocześnie ekscytowała
bólem, jaki jej zadała. Położyła jej dłonie na policzkach, wpatrując się w jej
oczy z wyższością. Powietrze wokół niej zdawało się wibrować.
– Nie uciekniesz, Raino.
Przecież wiesz – odpowiedziała ze spokojem, a sponiewieranej dziewczynie wyrwał
się cichutki szloch. Pani pochyliła się i wyszeptała jej prosto do ucha. - Ecce
ego ad te fata*.
W tym zdaniu było więcej
prawdy, niż Raina by chciała.
❧
– To naprawdę urocze.
Gerard uśmiechnął się
delikatnie. Przez ostatnie kilka dni co chwilę to robił, a każda najmniejsza
rzecz wywoływała w nim radość. Czuł się lekki, jakby grawitacja w ogóle go nie
dotyczyła, a jego waga równała się ciężkości piórka. A przede wszystkim czuł się
szczęśliwy, tak szczęśliwy, jak jeszcze nigdy dotąd. I choć jeszcze kilka
tygodni temu wszystko zmuszało go do myślenia, że już nigdy tego nie poczuje,
ba, że nawet już nie wie, jak to jest być szczęśliwą osobą, teraz wszystko
odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni.
Od sylwestrowego
wieczora wspominał swobodnie całe pół roku życia. To, jak zachwycił się kolorem
brzoskwiniowym na ścianach w przedpokoju, bo w końcu mógł go widzieć, wreszcie
widział świat i był on piękniejszy niż ten, który pamiętał z wczesnego
dzieciństwa. To, jak zobaczył Nadzieję na środku ulicy. Jak poznali Rainę. Jak
Anka w pełni zaakceptowała jego orientację i powiedziała mu o swojej. Jak
pojechali na wycieczkę klasową. Jak upił się i dowiedział, że zmarła mama. Jak
mieli wypadek i umarła Gaba. I to, jak tato dowiedział się o nim i podobnie,
jak później Michał, przyjął wszystko dobrze. Te wspomnienia nie bolały,
nieważne, jakie by nie były.
Po nich zaczął
przypominać sobie Franka. Od samego początku, jakby wraz z tymi myślami poznawał
go od nowa. Jakby to było wczoraj, pamiętał stukot kuli i jego głos w
poczekalni. Pamiętał obietnicę. Spotkanie w szkole. Poznanie pani Justyny i
Martynki. Przypomniał sobie nawet zazdrość, którą wielokrotnie czuł, gdy Franek
był w związku, rozmawiał z jakąś dziewczyną, lub gdy po prostu na niego nie
patrzył. Smutek i łzy też pamiętał, ale nie wzruszało go to tak, jak kiedyś.
Następnie przypomniał sobie swoje wyznanie, ale fakt, że wtedy został odrzucony
również nie sprawił mu bólu. Dalej przyszedł jego pierwszy raz, ponowne
zbliżanie się do siebie, wszystkie niewłaściwe spojrzenia wymieniane ukradkiem,
pocałunki. Aż w końcu usłyszał w głowie dwa słowa, które Franek skierował do
niego kilka dni wcześniej i nic nie było już w stanie zasmucić go czy zadać ból.
Był nieśmiertelny. Niewzruszony
całym tym bólem. Kuloodporny. Miał swoją tarczę, a ona mogła obronić go przed
wszystkim, przed smutkiem, zniewagą, natarczywymi wspomnieniami.
Miał swoją miłość. Ich
miłość.
I miał Franka. Dla
siebie, na wyłączność.
– To… Miło, że tak
myślisz, Nadziejko – powiedział z tym niemal przyklejonym do jego twarzy
uśmiechem, przyglądając się ramce stojącej na regale przy oknie. Była jego
prezentem od Franka, na święta. A w niej było ich wspólne zdjęcie, które teraz
wydawało mu się tak piękne, że nie był w stanie wyrazić tego przy pomocy słów.
Biała postać siedziała
na jego kanapie, jak gdyby nigdy nic. Jakby była jego przyjaciółką i przyszła
do niego z wizytą. W zasadzie, tak było. Pojawiła się kilka dni temu,
utwierdzając Gerarda w tym, że od zawsze była prawdziwa, przypominając mu swoją
lakoniczność i bezinteresowną opiekę, którą mu powierzała. I choć nie
potrzebował tej opieki, bo dzięki Frankowi czuł się w pełni sił, przyjął ją,
poprosił o rozmowę i wręcz chciał, by z nim została. Ona zgodziła się,
otworzyła się przed nim i pokazała zupełnie nową siebie.
A teraz jeszcze uznała,
że jego związek jest uroczy.
– Jedynie mówię prawdę. Zasłużyłeś na to, Gerard.
Spojrzał na nią z nieopisaną wdzięcznością,
kierując się do wyjścia z pokoju. Poszła za nim, zeszli ze schodów ramię w
ramię. Gerard czuł, jak jego serce przyśpiesza, a dłonie lekko się pocą, ale
traktował to zupełnie normalnie. Zbliżała się szesnasta, za chwilę miał przyjść
Franek, mieli wyjść i spędzić czas jak para, po raz pierwszy w ten sposób.
Zerknął na Nadzieję jeszcze raz, a przez głowę przemknęła mu pewna myśl.
Chroniła go. Nigdy nie wiedział przed czym, choć domyślał się – wciąż jednak
nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa, które ponoć istniało. Skoro tu była,
czy coś mu groziło? Czy może była przy nim tylko z wyboru?
– Wiesz, zastanawiam się... – zaczął powoli,
patrząc jej w oczy. – Czy to ta postać ze snów… To ona, tak? Przez nią tu
jesteś? – urwał na moment, ostatecznie zadając jeszcze jedno pytanie. – Czy ona
mi grozi?
Widział, że ściągnęła twarz, ale nie potraktował
tego jako zły znak. Stanęła przed nim.
– Dopóki ja jestem tutaj, a Franek – dotknęła
jego piersi w miejscu serca – tutaj; Nic ci nie grozi, Gerard.
Uspokoiła go, mimo, że być może powinien mieć się
na baczności. Nie roztrząsał tego. Rozbrzmiał dzwonek do drzwi, więc Nadzieja
tylko uśmiechnęła się do niego i zniknęła powoli. Teraz był ich czas, nie mógł
go marnować na zamartwianie. Ubrał płaszcz, zawiązał szalik i wyszedł na
styczniowy mróz.
❧
Franek siedział na niewysokim murku, prawie w
całości pokrytym śniegiem. Wtulony w Gerarda, oplatając dodatkowo go nogami,
zapomniał o wszystkim poza ich dwójką. Trwali tak długo, Gerd stojąc, a on
siedząc, przyciśnięci do siebie. Gdy zaczęło robić im się zimno, po prostu
rozpiął płaszcz bruneta, wsuwając pod niego dłonie, co sprawiło, że byli
jeszcze bliżej siebie. Spojrzał na niego z nieopisaną czułością, tonął w jego
ślicznych, błękitnych oczach, nadal nie wierząc, że ich właściciel jest jego i
tylko jego. Chyba nie można być bardziej szczęśliwym, niż on wtedy był.
Przycisnął głowę do jego piersi, pod dłonią czując przyśpieszone bicie
gerdowego serca.
Fabiański pochylił się nieco, wtulając głowę w
jego szyję. Po chwili zostawił na niej kilka drobnych pocałunków, które
sprawiły, że mimo mrozu ciepło rozeszło się po ciele młodszego. Uwielbiał to
uczucie. Nie czekając na nic, podniósł głowę i przyciągnął twarz Gerarda bliżej
siebie, całując jego malinowe wargi. Nic nie równało się z ich smakiem,
miękkością, delikatnymi ruchami. Zdawało mu się, że słyszy jakieś obelgi z
oddali, ale nie przejął się tym. Skupił się na tym idealnym pocałunku pod
gwiazdami, głaszcząc delikatnie policzki chłopaka. Swojego chłopaka, swojego
Gerda. Ta świadomość wywoływała w nim niepohamowaną euforię. Czuł dłonie
Gerarda na swoich udach, trzymające je subtelnie. Powędrował jedną dłonią na
jego szyję, i wcześniej wsuwając ją pod puchaty szalik, zaczął delikatnie gładzić
jego rozgrzany kark. Nie odrywali się od siebie bardzo długo, pozwalając ich
wargom łączyć się i rozdzielać, a językom tańczyć w nieznanym im wcześniej
tańcu.
– Jesteś cudowny – szepnął cicho Franek, gdy tylko
nieco się od siebie odsunęli. Gerard uciekł wzrokiem na moment i pewnie
zarumieniłby się, gdyby nie fakt, że jego policzki od dawna były czerwone z
zimna. Był cudowny, w rzeczy samej. Był ucieleśnieniem wszystkich frankowych
marzeń, ten żałował czasem, że tak późno się o tym przekonał. Ale gdy patrzył w
jego tęczówki, gdy trzymał go w ramionach i wiedział, że teraz już może się nim
cieszyć, robił to, a wszelkie negatywne emocje, złe wspomnienia czy zwyczajne,
codzienne problemy znikały, jakby były tylko bańką mydlaną, która pęka, gdy dotkniesz
jej palcem.
Gerard z powrotem spojrzał w jego oczy, dłońmi
oplatając jego plecy.
– Znalazłem kiedyś taki ładny cytat – powiedział
cicho, nosem przejeżdżając po jego chłodnym policzku i zbliżył wargi do jego
ucha. – Słowami też można dotykać. Nawet
czulej niż dłońmi.
– Jesteś pieprzonym romantykiem, Gerard. – Na
twarzy Franka malował się szeroki, rozmarzony uśmiech, jakby właśnie usłyszał
najpiękniejszą rzecz na świecie. Prawie mógł przysiąc, że tak było. Prawie, bo
wciąż pamiętał pewne dwa słowa, które kiedyś usłyszał. One bezapelacyjnie były
najpiękniejszymi na świecie, tak samo chłopak, który je wypowiedział.
– Mhm, wiem – mruknął brunet przy jego uchu i
wtulił się w jego szyję. – Kocham cię.
– Ja też cię kocham, Gerdziu.
Żaden z nich nigdy nie wyobrażał sobie podobnego
zakończenia, a już na pewno nie Franek. Pamiętał, jak siedząc na balkonie
rozmyślał o tym, że znajdzie sobie żonę i przeżyje życie według określonego
schematu, zadowalając wszystkich wokół, poza sobą. Obiecywał, że nigdy nie ujawni
swoich prawdziwych pragnień. Ale na jego drodze pojawił się ten szczupły,
ciemnowłosy chłopak i cały plan spełzł na niczym. Czego nigdy nie będzie
żałował i przede wszystkim, nawet nie chciał. Po raz pierwszy w życiu nie
brakowało mu niczego.
Gerard chwycił go za rękę, splatając ich palce.
Odsunął się nieco, ciągnąc go za sobą, więc zeskoczył z murka i podszedł do
niego.
– Chodźmy do mnie, nie ma nikogo – powiedział,
całując go krótko w usta. – Nie chcę się dziś z tobą żegnać.
Franek wbił w niego rozczulone spojrzenie i
przytulił go bardzo mocno. Nie miał pojęcia, czym zasłużył sobie na takie
szczęście.
❧
*Ecce ego ad te fata – Jestem twoim losem/przeznaczeniem.
Cieszę się, że tu jestem.
Wreszcie dorwałam działającego bloggera, więc masz spóźniony komentarz. W końcu ;_; So... jestem zachwycona tym rozdziałem, tym opowiadaniem, bohaterami, wszystkim! Bez problemu weszłaś w opowiadanie, ciągnąc je dalej w bardzo dobrym kierunku. Ogólnie Gerdu i Franek to najbardziej urocza para, no brakowało mi takiego gejostwa! No i jeszcze ta sprawa z Rainą... (odmieniłam dobrze, prawda? D:) A Nadzieja mi się bardzo podoba, kochana jest <3 Jestem zachwycona, serio, cieszę się jak głupia. Kochałam to opowiadanie i dobrze, że je kontynuujesz. Myślę, że ta przerwa nawet dobrze ci zrobiła. Dalej piszesz świetnie, jak nie lepiej. Weny dużo <3
OdpowiedzUsuńAaaaaa dostarło do mnie, że wcześniejsze rozdziały średnio pamiętam i to tak mnie frustruje XD Chyba będę musiała wrócić na sam początek... :/ Ale to kiedyś, bo już sobie obiecałam, że za jakiś czas usiądę do tego ponownie :3 Pamiętam jedynie większe wydarzenia, a szczegóły mi naturalnie umknęły, a zapewne są najważniejsze ;___;
OdpowiedzUsuńChłopcy tacy rozczulający <3 Każda yaoistka tego pragnie XDDD Żeby jej OTP było szczęśliwe. Sytuacja z Rainą i jej Panią zastanawiająca bardzo. Ta dziewczyna jest dla mnie tajemnicą, bo nie pamiętam tych durnych szczegółów XD Mam nadzieję, że moja amnezja będzie mijała wraz z następnymi rozdziałami, także pisz szybko :3
Ohh, no... Wchłonięte opowiadanie w całości dopiero dzisiaj, bardzo żałuję, że się nie zetknęłam z nim wcześniej. Jestem nim zachwycona! Ono jest takie cudowne. Wszystko jest tak pięknie napisane, że aż żal przerywać czytanie, aby zrobić coś innego. xD Bardzo mi się spodobało, że cała akcja się rozgrywa w Polsce, nigdy się z takim Frerardem nie spotkałam.
OdpowiedzUsuńFrank i Gerard są tak uroczy... *-* Wszyscy bohaterowie są też wspaniali, idzie ich pokochać, jak się czyta. Nadzieja jest tak kochana. Intryguje mnie sprawa Rainy.
No nie wiem co tu jeszcze napisać.
No to jest po prostu idealne! :3
Brak słów, żeby opisać wspaniałość tego opowiadania! <3
Mam nadzieję, że wstawisz coś za niedługo, bo jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej. :)
Dużooooooo weny życzę! :D
xoxo
Dziękuję za te wszystkie miłe słowa, to naprawdę wiele znaczy! Pracuję nad kolejną częścią, mam nadzieję, że pojawi się jeszcze w grudniu.
Usuńxo, Ann ;)
Heej, wpadłam żeby Ci podziękować za komentarz pod moim shotem! To bardzo dużo dla mnie znaczy :) Pamiętam, że kiedyś czytałam Twoje opowiadanie, ale później jakoś się urwało i teraz już nie bardzo pamiętam. W każdym razie nadrobię w najbliższym czasie, a Tobie życzę duuużo weny i pomysłów x
OdpowiedzUsuńNie ma za co, Twój shot był wspaniały! Miło słyszeć, że czytasz <3
Usuń