piątek, sierpnia 08, 2014

XX ghost town


Chasing a dream so real, I've been up in the air.

Z jakiegoś powodu, który w głębi duszy znała doskonale, wiedziała, że nie będzie łatwo. Czyjeś zimne ręce ściskały jej własne, boleśnie wykręcone w tył. Było niemal zupełnie ciemno, długi korytarz niósł echem kroki kilku towarzyszących im osób. Znikome światło padało na ich ciała, rzucające długie cienie na posadzce za nimi, która z każdym krokiem pogrążała się w mroku. Już blisko, wiedziała. Czuła, że zaraz będą na miejscu.
         Duma i pewność siebie towarzyszące jej niemalże zawsze, teraz uleciały z niej jak z przebitego balonika, ponieważ wiedziała, co zrobiła. Tym razem czuła tylko palące poczucie winy i strach, coś, co już tak dawno jej nie wypełniało, że niemal zapomniała jak to jest. Strach przed nieznanym, bo przecież nie wiedziała, co ją czeka. Ale spodziewała się kary, bo na nią zasłużyła.
         Emocje, które miotały się w jej wnętrzu, jakiekolwiek uczucia, były tak nowe, tak obce, jakby wraz z pozwoleniem na przejęcie w sobie kontroli tej duszy, została w niej cząstka człowieczeństwa. Jakby nagle była zdolna odczuwać psychiczny ból, strach i inne, podobne emocje. Nie wiedziała już, czego bała się bardziej – choć strach również był nowy – kary, czy czucia? A może Pani właśnie w ten sposób zaplanowała ją ukarać? Wszystko było takie niepewne… Jedyną rzeczą, co do której nie mogła się mylić, były ciemny korytarz i krew ściekająca z jej spętanych za plecami dłoni. Drzwi pojawiły się w mroku, znienacka. Jej towarzysze pchnęli je, pozwalając by jaskrawe, białe światło uderzyło w nią, drażniąc oczy. Ich wzrok był wyjątkowo wrażliwy, ale postacie zdawały się nie zauważyć zmiany. Czy to ona odczuwała coś inaczej, mocniej? Nie wiedziała. N i c z e g o nie wiedziała.
         Wprowadzili ją do wielkiej, jasnej sali i pchnęli gdzieś po środku, sprawiając, że upadła na kolana. Przez fakt, jak ją potraktowali, teraz poczuła gniew. To nieco stłumiło strach. Zawsze była tak dumna, tak doskonała, a teraz zwyczajnie ją upokorzyli. Chciała krzyczeć. Nie wiedziała, jak szybko spełni się jej prośba.
         W jednej chwili całe jej ciało zaczęło płonąć. Tak przynajmniej myślała. Nigdzie jednak nie było płomienia, nie zajęła się ogniem. To był ból, tak przeszywający, że przypominał przypalanie żywcem, był wszędzie, sprawiając, że w jednej chwili zaczęła wrzeszczeć w agonii. Skowyt przeszył całą salę, odbijając się echem od pustych ścian. Nigdy wcześniej nie czuła czegoś podobnego i była przerażona ogromem cierpienia, które spadło na nią w jednej sekundzie. Jakby była rozrywana na strzępy i płonęła jednocześnie, mimo, że nic takiego się nie działo.
W pewnym momencie koszmarny ból ustał tak nagle, jak się rozpoczął.
         – Nadal pragniesz krzyczeć? – Piękny głos wypełnił jej głowę i choć zawsze był tak przyjemny w odbiorze, teraz niemalże wwiercał się w jej umysł.
         – N-nie – wyjąkała cicho, nie podnosząc się z zimnej posadzki. Jej myśli nie były tutaj wolne, czuła, jakby były związane ciasnym sznurem, jak jej dłonie. A to wszystko za jej sprawą. To Ona.
         Uniosła głowę, przyglądając jej się. Była jeszcze piękniejsza, niż zwykle, jakby z każdym kolejnym spojrzeniem na tę gładką twarz przybywało jej urody. Wręcz filigranowa, jej ciało momentami zdawało się być z porcelany, która mogłaby potłuc się przy najmniejszym dotknięciu. Spojrzenie trwało niespełna sekundę, ale zdążyła zlustrować jej oblicze, zauważyć długie, czarne włosy i czarną suknię z gorsetem. Jej krańce drgały delikatnie, rozsypując się na maleńkie, czarne odłamki, bez końca, jednak pozostawiając materiał w całości.
         Jej Pani była piękna. Ale była również straszna, a jeszcze straszniejszy był zadany przez nią ból.
         – Dobrze. To nic nie da – odparła beztrosko. Nie musiała wysilać się i na nią patrzeć, by wiedzieć, że na jej twarzy pojawił się cień czegoś pomiędzy zawiścią a zadowoleniem. – Wiesz w ogóle co ty zrobiłaś?!
         Donośny krzyk odbił się od ścian w jej umyśle, zadając ból porównywalny do niewidocznych płomieni, które trawiły ją kilka chwil wcześniej. Sapnęła cicho, kuląc się jeszcze bardziej na lodowatej podłodze.
         – Nie masz prawa nigdy więcej pozwolić tej duszy przejąć nad tobą kontroli, rozumiesz? – powiedziała Pani, o wiele spokojniej. – Nigdy!
         – O-oczywiście – jęknęła. Bała się. Nic gorszego nie mogło jej już spotkać, ale wciąż panował nad nią  strach.
         – Prawdopodobnie i tak nic do ciebie nie dotarło. Jesteś idiotką, która nie umie wykonać banalnego zadania. – wyrzuciła z siebie te słowa z taką pogardą, że leżąca na ziemi dziewczyna nagle stała się bliska płaczu. Nie wiedziała nawet, kiedy z jej policzków zaczęły spływać strugi łez, które ani trochę nie przynosiły ulgi. Coraz więcej emocji pojawiało się w niej, napływały i wzmagały się, jak fale na morzu podczas sztormu. Zdawało się jej, że jest jak samotna łódź pośród tych fal, bez żadnych szans na przetrwanie. Niemal czuła je w płucach, jak wodę, odbierające tlen. Choć przecież zwykła nie potrzebować tlenu. Do niedawna nie potrzebowała takich rzeczy.
         Chcę uciec, przeszło jej przez myśl, lecz kolejnym, co poczuła, był strach. Przecież Ona słuchała. Ona wiedziała wszystko.
         Usłyszała parsknięcie i Pani znowu pojawiła się przed nią. Ostatkami sił podniosła się, podpierając rękami i spojrzała na nią przerażona. Pani patrzyła na nią z odrazą. Przykucnęła przed nią z gracją, uśmiechając się lekko, ale nie był to kojący uśmiech, choć wciąż piękny. Ona się nią brzydziła, a jednocześnie ekscytowała bólem, jaki jej zadała. Położyła jej dłonie na policzkach, wpatrując się w jej oczy z wyższością. Powietrze wokół niej zdawało się wibrować.
         – Nie uciekniesz, Raino. Przecież wiesz – odpowiedziała ze spokojem, a sponiewieranej dziewczynie wyrwał się cichutki szloch. Pani pochyliła się i wyszeptała jej prosto do ucha. - Ecce ego ad te fata*.
         W tym zdaniu było więcej prawdy, niż Raina by chciała.


         – To naprawdę urocze.
         Gerard uśmiechnął się delikatnie. Przez ostatnie kilka dni co chwilę to robił, a każda najmniejsza rzecz wywoływała w nim radość. Czuł się lekki, jakby grawitacja w ogóle go nie dotyczyła, a jego waga równała się ciężkości piórka. A przede wszystkim czuł się szczęśliwy, tak szczęśliwy, jak jeszcze nigdy dotąd. I choć jeszcze kilka tygodni temu wszystko zmuszało go do myślenia, że już nigdy tego nie poczuje, ba, że nawet już nie wie, jak to jest być szczęśliwą osobą, teraz wszystko odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni.
         Od sylwestrowego wieczora wspominał swobodnie całe pół roku życia. To, jak zachwycił się kolorem brzoskwiniowym na ścianach w przedpokoju, bo w końcu mógł go widzieć, wreszcie widział świat i był on piękniejszy niż ten, który pamiętał z wczesnego dzieciństwa. To, jak zobaczył Nadzieję na środku ulicy. Jak poznali Rainę. Jak Anka w pełni zaakceptowała jego orientację i powiedziała mu o swojej. Jak pojechali na wycieczkę klasową. Jak upił się i dowiedział, że zmarła mama. Jak mieli wypadek i umarła Gaba. I to, jak tato dowiedział się o nim i podobnie, jak później Michał, przyjął wszystko dobrze. Te wspomnienia nie bolały, nieważne, jakie by nie były.
         Po nich zaczął przypominać sobie Franka. Od samego początku, jakby wraz z tymi myślami poznawał go od nowa. Jakby to było wczoraj, pamiętał stukot kuli i jego głos w poczekalni. Pamiętał obietnicę. Spotkanie w szkole. Poznanie pani Justyny i Martynki. Przypomniał sobie nawet zazdrość, którą wielokrotnie czuł, gdy Franek był w związku, rozmawiał z jakąś dziewczyną, lub gdy po prostu na niego nie patrzył. Smutek i łzy też pamiętał, ale nie wzruszało go to tak, jak kiedyś. Następnie przypomniał sobie swoje wyznanie, ale fakt, że wtedy został odrzucony również nie sprawił mu bólu. Dalej przyszedł jego pierwszy raz, ponowne zbliżanie się do siebie, wszystkie niewłaściwe spojrzenia wymieniane ukradkiem, pocałunki. Aż w końcu usłyszał w głowie dwa słowa, które Franek skierował do niego kilka dni wcześniej i nic nie było już w stanie zasmucić go czy zadać ból.
         Był nieśmiertelny. Niewzruszony całym tym bólem. Kuloodporny. Miał swoją tarczę, a ona mogła obronić go przed wszystkim, przed smutkiem, zniewagą, natarczywymi wspomnieniami.
         Miał swoją miłość. Ich miłość.
         I miał Franka. Dla siebie, na wyłączność.
         – To… Miło, że tak myślisz, Nadziejko – powiedział z tym niemal przyklejonym do jego twarzy uśmiechem, przyglądając się ramce stojącej na regale przy oknie. Była jego prezentem od Franka, na święta. A w niej było ich wspólne zdjęcie, które teraz wydawało mu się tak piękne, że nie był w stanie wyrazić tego przy pomocy słów.
         Biała postać siedziała na jego kanapie, jak gdyby nigdy nic. Jakby była jego przyjaciółką i przyszła do niego z wizytą. W zasadzie, tak było. Pojawiła się kilka dni temu, utwierdzając Gerarda w tym, że od zawsze była prawdziwa, przypominając mu swoją lakoniczność i bezinteresowną opiekę, którą mu powierzała. I choć nie potrzebował tej opieki, bo dzięki Frankowi czuł się w pełni sił, przyjął ją, poprosił o rozmowę i wręcz chciał, by z nim została. Ona zgodziła się, otworzyła się przed nim i pokazała zupełnie nową siebie.
         A teraz jeszcze uznała, że jego związek jest uroczy.
– Jedynie mówię prawdę. Zasłużyłeś na to, Gerard.
Spojrzał na nią z nieopisaną wdzięcznością, kierując się do wyjścia z pokoju. Poszła za nim, zeszli ze schodów ramię w ramię. Gerard czuł, jak jego serce przyśpiesza, a dłonie lekko się pocą, ale traktował to zupełnie normalnie. Zbliżała się szesnasta, za chwilę miał przyjść Franek, mieli wyjść i spędzić czas jak para, po raz pierwszy w ten sposób. Zerknął na Nadzieję jeszcze raz, a przez głowę przemknęła mu pewna myśl. Chroniła go. Nigdy nie wiedział przed czym, choć domyślał się – wciąż jednak nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa, które ponoć istniało. Skoro tu była, czy coś mu groziło? Czy może była przy nim tylko z wyboru?
– Wiesz, zastanawiam się... – zaczął powoli, patrząc jej w oczy. – Czy to ta postać ze snów… To ona, tak? Przez nią tu jesteś? – urwał na moment, ostatecznie zadając jeszcze jedno pytanie. – Czy ona mi grozi?
Widział, że ściągnęła twarz, ale nie potraktował tego jako zły znak. Stanęła przed nim.
– Dopóki ja jestem tutaj, a Franek – dotknęła jego piersi w miejscu serca – tutaj; Nic ci nie grozi, Gerard.
Uspokoiła go, mimo, że być może powinien mieć się na baczności. Nie roztrząsał tego. Rozbrzmiał dzwonek do drzwi, więc Nadzieja tylko uśmiechnęła się do niego i zniknęła powoli. Teraz był ich czas, nie mógł go marnować na zamartwianie. Ubrał płaszcz, zawiązał szalik i wyszedł na styczniowy mróz.


Franek siedział na niewysokim murku, prawie w całości pokrytym śniegiem. Wtulony w Gerarda, oplatając dodatkowo go nogami, zapomniał o wszystkim poza ich dwójką. Trwali tak długo, Gerd stojąc, a on siedząc, przyciśnięci do siebie. Gdy zaczęło robić im się zimno, po prostu rozpiął płaszcz bruneta, wsuwając pod niego dłonie, co sprawiło, że byli jeszcze bliżej siebie. Spojrzał na niego z nieopisaną czułością, tonął w jego ślicznych, błękitnych oczach, nadal nie wierząc, że ich właściciel jest jego i tylko jego. Chyba nie można być bardziej szczęśliwym, niż on wtedy był. Przycisnął głowę do jego piersi, pod dłonią czując przyśpieszone bicie gerdowego serca.
Fabiański pochylił się nieco, wtulając głowę w jego szyję. Po chwili zostawił na niej kilka drobnych pocałunków, które sprawiły, że mimo mrozu ciepło rozeszło się po ciele młodszego. Uwielbiał to uczucie. Nie czekając na nic, podniósł głowę i przyciągnął twarz Gerarda bliżej siebie, całując jego malinowe wargi. Nic nie równało się z ich smakiem, miękkością, delikatnymi ruchami. Zdawało mu się, że słyszy jakieś obelgi z oddali, ale nie przejął się tym. Skupił się na tym idealnym pocałunku pod gwiazdami, głaszcząc delikatnie policzki chłopaka. Swojego chłopaka, swojego Gerda. Ta świadomość wywoływała w nim niepohamowaną euforię. Czuł dłonie Gerarda na swoich udach, trzymające je subtelnie. Powędrował jedną dłonią na jego szyję, i wcześniej wsuwając ją pod puchaty szalik, zaczął delikatnie gładzić jego rozgrzany kark. Nie odrywali się od siebie bardzo długo, pozwalając ich wargom łączyć się i rozdzielać, a językom tańczyć w nieznanym im wcześniej tańcu.
– Jesteś cudowny – szepnął cicho Franek, gdy tylko nieco się od siebie odsunęli. Gerard uciekł wzrokiem na moment i pewnie zarumieniłby się, gdyby nie fakt, że jego policzki od dawna były czerwone z zimna. Był cudowny, w rzeczy samej. Był ucieleśnieniem wszystkich frankowych marzeń, ten żałował czasem, że tak późno się o tym przekonał. Ale gdy patrzył w jego tęczówki, gdy trzymał go w ramionach i wiedział, że teraz już może się nim cieszyć, robił to, a wszelkie negatywne emocje, złe wspomnienia czy zwyczajne, codzienne problemy znikały, jakby były tylko bańką mydlaną, która pęka, gdy dotkniesz jej palcem.
Gerard z powrotem spojrzał w jego oczy, dłońmi oplatając jego plecy.
– Znalazłem kiedyś taki ładny cytat – powiedział cicho, nosem przejeżdżając po jego chłodnym policzku i zbliżył wargi do jego ucha. – Słowami też można dotykać. Nawet czulej niż dłońmi.
– Jesteś pieprzonym romantykiem, Gerard. – Na twarzy Franka malował się szeroki, rozmarzony uśmiech, jakby właśnie usłyszał najpiękniejszą rzecz na świecie. Prawie mógł przysiąc, że tak było. Prawie, bo wciąż pamiętał pewne dwa słowa, które kiedyś usłyszał. One bezapelacyjnie były najpiękniejszymi na świecie, tak samo chłopak, który je wypowiedział.
– Mhm, wiem – mruknął brunet przy jego uchu i wtulił się w jego szyję. – Kocham cię.
– Ja też cię kocham, Gerdziu.
Żaden z nich nigdy nie wyobrażał sobie podobnego zakończenia, a już na pewno nie Franek. Pamiętał, jak siedząc na balkonie rozmyślał o tym, że znajdzie sobie żonę i przeżyje życie według określonego schematu, zadowalając wszystkich wokół, poza sobą. Obiecywał, że nigdy nie ujawni swoich prawdziwych pragnień. Ale na jego drodze pojawił się ten szczupły, ciemnowłosy chłopak i cały plan spełzł na niczym. Czego nigdy nie będzie żałował i przede wszystkim, nawet nie chciał. Po raz pierwszy w życiu nie brakowało mu niczego.
Gerard chwycił go za rękę, splatając ich palce. Odsunął się nieco, ciągnąc go za sobą, więc zeskoczył z murka i podszedł do niego.
– Chodźmy do mnie, nie ma nikogo – powiedział, całując go krótko w usta. – Nie chcę się dziś z tobą żegnać.
Franek wbił w niego rozczulone spojrzenie i przytulił go bardzo mocno. Nie miał pojęcia, czym zasłużył sobie na takie szczęście.


*Ecce ego ad te fata – Jestem twoim losem/przeznaczeniem.

Cieszę się, że tu jestem.

6 komentarzy:

  1. Wreszcie dorwałam działającego bloggera, więc masz spóźniony komentarz. W końcu ;_; So... jestem zachwycona tym rozdziałem, tym opowiadaniem, bohaterami, wszystkim! Bez problemu weszłaś w opowiadanie, ciągnąc je dalej w bardzo dobrym kierunku. Ogólnie Gerdu i Franek to najbardziej urocza para, no brakowało mi takiego gejostwa! No i jeszcze ta sprawa z Rainą... (odmieniłam dobrze, prawda? D:) A Nadzieja mi się bardzo podoba, kochana jest <3 Jestem zachwycona, serio, cieszę się jak głupia. Kochałam to opowiadanie i dobrze, że je kontynuujesz. Myślę, że ta przerwa nawet dobrze ci zrobiła. Dalej piszesz świetnie, jak nie lepiej. Weny dużo <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Aaaaaa dostarło do mnie, że wcześniejsze rozdziały średnio pamiętam i to tak mnie frustruje XD Chyba będę musiała wrócić na sam początek... :/ Ale to kiedyś, bo już sobie obiecałam, że za jakiś czas usiądę do tego ponownie :3 Pamiętam jedynie większe wydarzenia, a szczegóły mi naturalnie umknęły, a zapewne są najważniejsze ;___;

    Chłopcy tacy rozczulający <3 Każda yaoistka tego pragnie XDDD Żeby jej OTP było szczęśliwe. Sytuacja z Rainą i jej Panią zastanawiająca bardzo. Ta dziewczyna jest dla mnie tajemnicą, bo nie pamiętam tych durnych szczegółów XD Mam nadzieję, że moja amnezja będzie mijała wraz z następnymi rozdziałami, także pisz szybko :3

    OdpowiedzUsuń
  3. Ohh, no... Wchłonięte opowiadanie w całości dopiero dzisiaj, bardzo żałuję, że się nie zetknęłam z nim wcześniej. Jestem nim zachwycona! Ono jest takie cudowne. Wszystko jest tak pięknie napisane, że aż żal przerywać czytanie, aby zrobić coś innego. xD Bardzo mi się spodobało, że cała akcja się rozgrywa w Polsce, nigdy się z takim Frerardem nie spotkałam.
    Frank i Gerard są tak uroczy... *-* Wszyscy bohaterowie są też wspaniali, idzie ich pokochać, jak się czyta. Nadzieja jest tak kochana. Intryguje mnie sprawa Rainy.
    No nie wiem co tu jeszcze napisać.
    No to jest po prostu idealne! :3
    Brak słów, żeby opisać wspaniałość tego opowiadania! <3
    Mam nadzieję, że wstawisz coś za niedługo, bo jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej. :)
    Dużooooooo weny życzę! :D
    xoxo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za te wszystkie miłe słowa, to naprawdę wiele znaczy! Pracuję nad kolejną częścią, mam nadzieję, że pojawi się jeszcze w grudniu.
      xo, Ann ;)

      Usuń
  4. Heej, wpadłam żeby Ci podziękować za komentarz pod moim shotem! To bardzo dużo dla mnie znaczy :) Pamiętam, że kiedyś czytałam Twoje opowiadanie, ale później jakoś się urwało i teraz już nie bardzo pamiętam. W każdym razie nadrobię w najbliższym czasie, a Tobie życzę duuużo weny i pomysłów x

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co, Twój shot był wspaniały! Miło słyszeć, że czytasz <3

      Usuń